Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Carlo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Carlo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 kwietnia 2017

Od Carlo "Pamiątki po przeszłości" cz. 2 (cd. chętny)

Ostatnimi dniami po terenach Czarnego Królestwa zaczynały się włóczyć obce mi wilki. Witałem wszystkie szerokim uśmiechem, lecz nie mogłem się pozbyć ciekawości ich osobami. Trochę brakowało mi zapoznawania się z obcymi. Chciałem zagadać, lecz coś mnie przed tym powstrzymywało. Sam do końca nie wiedziałem, co. Może to dlatego, że przywykłem do dawnego składu...
Mijając kolejnego, kompletnie nowego członka, zmierzając jednocześnie do swojego szałasu po skończeniu dyżuru na budowie, doznałem olśnienia. Skoro są nowi, nie znają mnie ani moich wyczynów. Łatwo w nich zapewne wzbudzić podziw. Już dość, że zatrzymywali na mnie dłużej spojrzenia, chociażby przez moje charakterystyczne, duże i wyjątkowo barwne skrzydła. Z zadowoleniem nimi pomachałem, a podmuchy wiatru wzbiły tumany piachu w powietrze. Wilk, który mnie właśnie mijał, zakasłał. Właściwie, to była wadera. Rzuciła mi niezadowolone spojrzenie. Wyszczerzyłem się szeroko. Próba zaimponowania Aryi nie była dobrym pomysłem, jednak kątem oka zauważyłem, że samica, która była tu kompletnie nowa, a którą widziałem chwilę temu, aż przystanęła i wbijała we mnie spojrzenie z bezpiecznej odległości.
- Carlo... - zaczęła Arya, zapewne chcąc palnąć mi wykład na temat zachowania wśród wilków, jednak ja całkowicie ją ignorując, wykonałem zwrot na tylnych łapach, robiąc pazurami pod sobą koło. Eksponowałem przy tym moje zadbane pióra, a wilków przychodziło coraz więcej i więcej. Właściwie nic dziwnego, że zastanowiła ich ten nagłe podmuchy w najbliższej okolicy. W końcu tego dnia, choć słonecznego, nie było ani śladu wiatru.
Ku mojemu rozczarowaniu, wkrótce zaczęły się rozchodzić, pewnie nieco znudzone moimi wymysłami lub zwyczajnie spieszące do innych obowiązków. Na nowo stanąłem na wszystkich czterech łapach i się otrząsnąłem. Nieco nastroszyło mi się futro, a bardzo nie lubiłem tego uczucia. Było na swój sposób irytujące.
Stałem jeszcze przez chwilę, w zamyśleniu, a może i nawet smutku spowodowanego nagłą utratą przywileju bycia w centrum uwagi. Wpatrywałem się w punkt, w którym ostatni raz widziałem jakąś żywą duszę. Odetchnąłem cicho. Już chciałem zawracać do siebie, kiedy dostrzegłem, że w moim kierunku jakaś nieznana mi śnieżnobiała wadera poprzecinana czarnymi liniami. Obróciłem w jej łeb i się uśmiechnąłem. No, Carlo, może choć raz wydasz się być sympatycznym basiorem - pomyślałem, jednocześnie badając jej sylwetkę. Im bliżej była, tym bardziej skupiałem się na jej wspaniałych ślepiach. Miałem ochotę je pochwalić, jednakże zdecydowałem, że tym razem zachowam się jak na normalnego obywatela przystało.
- Cześć. Jesteś nowa tutaj? - zapytałem pogodnym tonem. Pysk wadery jednak zachowywał całkowitą powagę. Oho, wyglądało mi to na typ zimnej kobiety. Od razu przed pyskiem przebiegły mi wizje wspomnień wszystkich kochanek o tym typie charakteru...
- Tak. Mogę poznać twoje imię? - odezwała się. Jej głos był równie chłodny, co oczy i postura.
- Carlo - mówiąc to, lekko się ukłoniłem. Ach, aż po prostu nie mogłem się powstrzymać przed udawaniem dżentelmena.
- Na mnie wołają Nana.
- Skąd u ciebie tyle blizn? - zapytałem, zauważywszy, że owe czarne wzory były tak naprawdę szwami. Chciałem ponadto odbiec spojrzeniem od jej oczu, by nie oskarżyła mnie o to, że się gapię. Pewnie bym wtedy palnął coś głupiego.
- Eee... Tam stare dzieje - ucięła - Pamiątki po przeszłości, a ty co taki wesoły?
- Jakoś tak wyszło.
Nagle wybuchnęła nieco ironicznym śmiechem. Uniosłem brwi, starając się zamaskować lekkie zaskoczenie.
- Nie męczy cię ta gra?
- Jaka gra?
- To udawanie przed wszystkimi ze wszystko gra, a tak naprawdę jesteś smutny - dodała. Nie wiedziałem co powiedzieć. Ja? Smętny? Właściwie każdy może interpretować wszystko na wiele sposobów. Dla niej może jestem skrytym emo. Pomimo blizn wzdłuż żył na nadgarstkach... czy wilki mają nadgarstki? Powiedzmy, łapach, nie jestem emo. Przynajmniej tak mi się wydaje.
- Ja taki jestem i już - odpowiedziałem krótko, wciąż się uśmiechając.
- Jasne.
Po tych słowach postąpiła kilka kroków w moim kierunku i położyła łapę na moim boku.
- Latający wilk z lękiem wysokości to bardzo rzadki przypadek.
Nie dałem po sobie poznać, że to mnie w jakikolwiek sposób dotknęło. Zamiast tego tym razem to ja wybuchnąłem śmiechem. Niestety był to mój słynny śmiech psychopaty, który przyprawiał nie tylko szczeniaki o senne koszmary. Słysząc go nie tylko zabrała łapę, ale i również spojrzała na mnie nieco zdezorientowana, może i nawet nieco przestraszona.
- Tak? A na jakiej podstawie to stwierdzasz? - zapytałem, nie przestając się śmiać. Zacisnęła usta w wąską kreskę. Jej pysk wyrażał zakłopotanie i kompletne niezrozumienie - Rada na przyszłość: nigdy nie zarzucaj komuś tego, do czego nie masz całkowitej pewności lub choćby jednego dowodu.
- Nie oderwałeś się nawet od ziemi - powiedziała szybko. Co prawda przestałem się śmiać, lecz wciąż z jakiegoś powodu cały czas śmieszyła mnie ta sytuacja.
- I to jest powód, dla którego twierdzisz, że mam lęk wysokości? Może po prostu mam łamliwe kości, które nie uniosą mnie na wyższe wysokości? - odparłem, nieco mijając się z prawdą. Tym razem już naprawdę wyglądała na nieźle zagubioną.
Nim zdołała się jakkolwiek odezwać, do mojego delikatnego wilczego słuchu dobiegły szelesty i krzyki. Znajome krzyki. Kiedy odwróciłem w kierunku źródła dźwięków łeb, zza krzaków wyskoczyła Babs, a zaraz za nim ledwo utrzymując równowagę, zziajany Rafael.
- Carlo! - wykrzyknęli równocześnie, kiedy tylko mnie rozpoznali.
- Nie mogłem jej zatrzymać! - wysapał smukły basior.
- Carlo! - powtórzyła tylko samica o złocistym futrze. Charakterystycznym dla niej szybkim krokiem podeszła bliżej mnie. Ja się tylko zaśmiałem i objąłem ją łapą, co wcale w tej formie nie było zadaniem prostym.
- Cześć, ślicznotko.
Znowu zacząłem marzyć o powrocie do ludzkiej formy, jednak widząc, że na pysku Babs po zasłyszanym komplemencie pojawił się krzywy, pozornie wymuszony uśmiech, odpowiedziałem jej tym samym.
- Idzie ci coraz lepiej! - pochwaliłem szczerze, choć doskonale wiedziałem, że Nana stojąc z boku nie miała zielonego pojęcia, co miałem przez to na myśli.
- Jeszcze raz przepraszam - odezwał się po raz kolejny kryszytałokrwisty wilk.
- Nic nie szkodzi. Przecież wiesz, że Babs jest jak rozpędzony pociąg - jak już ruszy, to nic jej nie zatrzyma.
Raf jednak nie zaśmiał się na mój żart, nie do końca wiedząc, czy mówię dosłownie, czy w przenośni. Westchnąłem.
- Babeczki? - zapytała przytulana przeze mnie wadera.
- Może później.
- A ciastka?
- Zobaczymy - zaśmiałem się. Przypomniawszy sobie o obecności Nany, puściłem Babs i obróciłem się w kierunku wadery o śnieżnobiałym futrze. Patrzyła na nas w kompletnym osłupieniu. Nic w sumie dziwnego. Byliśmy wyjątkowo specyficzną bandą... przyjaciół? Chyba tak.
- To jest Babs, a to Rafael - przedstawiłem wilki.
- Nana - powiedziała niepewnie. Cały czas wodziła po nas nieufnym wzrokiem.
- Nie martw się, że czegoś nie rozumiesz. My po prostu jesteśmy dziwni - odparłem swobodnie. Całe napięcie poprzedniej rozmowy nagle zniknęło, co chyba sprawiło, że zamurowało ją jeszcze bardziej.
- Ciasto? - zapytała znowu Babs. Ponownie wybuchnąłem śmiechem.
- Już ci coś mówiłem.
- Tylko o babeczkach i ciastkach - odpowiedziała ze śmiertelną powagą.
- To jutro po zmianie na budowie upieczemy ciastka, dobrze?
Skinęła głową, wyraźnie usatysfakcjonowana.
- Biegła tu ten kawał drogi tylko po to, by zapytać o durne wypieki...? - zapytała ostrożnie Nana. Raf potaknął. Odebrało jej mowę. Może nie rozumiała też dlatego, że większość z nas była wilkami, które nie jadają ani tym bardziej nie wiedzą, jak się posłużyć mąką, cukrem, jajami... właśnie, nie mieliśmy składników.
- Babs, mogłabyś zdobyć do tego czasu wszystko, co było nam potrzebne do tego ostatnim razem?
Widząc zacięcie na jej pysku, od razu pojąłem, że przyjęła wyzwanie.
- A ty jej przypilnujesz, aby nie dokonała masowego mordu na niewinnych stworzeniach - zwróciłem się do ministranta.
- Dlaczego znowu ja?! - wykrzyknął zbulwersowany.
- Masz najmniej zajęć. Ja muszę jutro z rozkazu Severusa złowić kilkadziesiąt ryb - zmyśliłem się, patrząc na niego z udawanym smutkiem. Skonsternowany wyglądał jeszcze piękniej. Jego szlachetne rysy podkreślało późnopopołudniowe promienie słońca, a grzywka opadała na jego pysk w taki sposób, że nabrałem chęci odgarnięcia jej...
Carlo, nie. Znowu odpływasz. Potrząsnąłem głową.
- Niech ci będzie. Ale następnym razem to ty będziesz za nią ganiać - mruknął, znikając za krzakami. Babs już chwilę temu puściła się pędem, by znaleźć ptasie jaja porzucone samotnie w lesie przez jakąś ptasią rodzinę.
Ponownie odwróciłem się do Nany. Chyba odzyskała głos, więc widząc, że chce się odezwać, czekałem na jej reakcję z delikatnie przechylonym łbem.

<Ktoś może chętny?>

niedziela, 16 października 2016

Od Carlo "Everything is fine" cz. 3

- Słyszysz to? - wyszeptał Cerber, stawiając uszy. Przystanąłem i również zacząłem nasłuchiwać. Rzeczywiście z oddali słychać było piskliwe wrzaski. Posłaliśmy sobie porozumiewawcze spojrzenie. Wiedziałem, że powinienem biec jako pierwszy, bo jestem na tyle szybki, by uciec, a on w razie czego podejmie pierwszy atak. Ruszyłem pędem w kierunku źródła dźwięku. Bezgłośnie przeskakiwałem kolejne niskie warstwy śniegu, coraz bardziej zbliżając się do celu. Ukradkiem obejrzałem się przez ramię. Tak jak podejrzewałem nigdzie nie dostrzegłem swojego towarzysza. Musiał się ukryć. Właśnie z tego powodu zazdrościłem mu zimą jasnego ubarwienia. Mijając ostatnie drzewa zobaczyłem stworzenie przypominające połączenie... lisa z jeleniem. Przed nim kuliła się mała wadera. Nie dając się zwieść pozorom, natychmiast wyczarowałem z lodu miecz i nie zwalniając wykonałem skok, dosięgając do szyi mutanta. Wziąłem zamach i uderzyłem. Kiedy gładko wylądowałem na ziemi, wspomagając się nieco skrzydłami, łeb jeleniolisa upadł na śnieg, a z kikuta, który był jego połową szyi zaczęła ciec fontanna krwi. Stwór jeszcze kilka razy się zachwiał, po czym upadł. Śnieg u mych łap zaczął się barwić na czerwono. Obserwując to zjawisko, dostrzegłem, że Cerber również podbiegł, by zobaczyć, co się stało. Sprawiłem, że mój miecz się w jednej chwili zdematerializował.
- Nigdy nie widziałem takiego stworzenia... ma zęby niczym żarłacz biały, a kły przypominają nieco wampira ludzkiego pospolitego - stwierdził, podchodząc bliżej truchła i analizując jego budowę - Wygląda mi to na nieudaną krzyżówkę. Organizm jest słaby, a ciało mało wytrzymałe, szczególnie jak na drapieżnika. Nogi nie wyglądają na szczególnie silne, przejęły więcej cech od lisa, przez co nie są wcale aż takie długie, jak powinny być. Ma wiele zadrapań, co wskazuje na małą zgrabność podczas walki. Jest zbyt duży nawet jak na rosłego jelenia... Możliwe, że osoba która wykonała tę krzyżówkę spodziewała się niezbyt wysokiego stworzenia o niesamowitej szybkości i sprycie oraz inteligencji.
Dłużej już nie słuchałem specjalisty analizującego nowy gatunek mieszanki, gdyż całą swoją uwagę poświęciłem na roztrzęsionej waderce leżącej w śniegu. Płakała. To ona musiała wołać o pomoc.
- Cześć... jak ci na imię? - powiedziałem delikatnym głosem, uśmiechając się przyjaźnie. Dysząc wciąż z zdenerwowania, kilkakrotnie spoglądała to na mnie, to na Cerbera. Jej ciepły oddech zmieniał się w parę.
- Ky-Kylilo...
Nachyliłem się nad jej pyszczkiem, tak, jakbym miał jej zdradzić tajemnicę.
- Ja jestem Amor. Ten tam każe nazywać siebie Cerberem. Straszny z niego ważniak. Jak zacznie opowiadać o kolejnym swoim wynalazku, możesz się wyłączyć. Wystarczy mu potakiwać, udając, że się słyszy.
- Mój drogi, dla twojej informacji mam doskonały słuch - wtrącił mój partner z udawanym przekąsem. Kylilo wyczuwając, że tak tylko z siebie żartujemy również lekko się uśmiechnęła. Pomogłem jej wstać.
- Co tutaj robiłaś? Te tereny nie wyglądają mi na zamieszkałe - zapytał mój brat. Popatrzyła srebrnymi oczami to na mnie, to na niego.
- Nie wiecie?
Uniosłem brew. Zauważyła to, więc postanowiła kontynuować:
- Znaleziono gniazdo potworów w okolicach naszej watahy. Wszyscy w popłochu zaczęli zabierać najważniejsze rzeczy i uciekać. Ja jestem dość dorosła, by wyruszyć w pojedynkę... - urwała, spuszczając wzrok - Król nie będzie zadowolony.
- Król? - dopytałem, spoglądając na Cerbera. Jego spojrzenie było całkowicie skupione na bladofioletowej waderze. Widocznie też zrozumiał, że może chodzić o Białe Królestwo, którego poszukiwaliśmy przez ostatnie tygodnie wspólnej podróży. Szczerze patrząc teraz na niego mogę stwierdzić, że było z nim znacznie lepiej, niż się tego mogłem spodziewać. Zachowywaliśmy się jak dobrzy partnerzy - kiedy on potrzebował wsparcia, uderzając w stronę kolejnego mutanta, który zagrodził nam drogę, ja pędziłem z pomocą. Rozumieliśmy się bez słów. Walczyliśmy zupełnie jak jeden mąż.
- Król Glory I Wielki, władca Białego Królestwa już od pięciu lat. Nasza wataha mu podlegała. By żeby utrzymać stosunki handlowe z największymi ośrodkami w kraju i całej Peralli mieliśmy znosić dla mieszkańców Królestwa część naszych zbiorów i łupów.
- Mam rozumieć, że tak działają wszystkie stada w tej okolicy? - dopytywał Cerber. Wadera skinęła głową. Zasępił się. Pewnie układał w swej genialnej głowie kolejny misterny plan, więc odpuściłem sobie myślenie.
- Amor. Mam pomysł. Musimy tylko trochę poczekać, aż do Białego Królestwa dojdzie wieść o rozpadzie tejże watahy.
Kylilo popatrzyła na nas z zdezorientowaniem.
- W Błękitnym Imperium już wiedzą, więc do Białego Królestwa wiadomości niedługo dojdą... - wymamrotała. Spojrzałem na nią nieco zdziwiony. To jakaś nowość. Dostrzegając mój nierozumiejący wzrok pospieszyła z wyjaśnieniami: - Od niedawna uznajemy Błękitne Imperium. Jest to wspólnota wielu watah i stad różnego rodzaju z okolic, w które zostają wdrążane te same tradycje i kultura. Na jego czele stoi przede wszystkim Glory I Wielki... o pozostałych przywódcach nie mamy zbyt wiele informacji. Wiadomo tylko tyle, że są to Alfy większych stad.
- Wyglądasz mi na bystrą bestię - oznajmiłem, szczerząc się szeroko do nastoletniej samicy. Zaczynała mi się podobać. Uśmiechnęła się nieśmiało.
- Byłam Obserwatorką, Tropicielką i miałam zostać mianowana na Posłankę.
- Cokolwiek to znaczy, brzmi nieźle.
- Daruj sobie te flirty - wtrącił Cerber, o którego obecności niemalże zapomniałem. Nie wyglądał nazbyt zadowolonego tą sytuacją.
- A co? Zazdrościsz?
- Wolę trochę starsze od niej.
- Osiemdziesiąt plus?
- Amor... Jestem na skraju wytrzymałości. Nie chcesz, abym się na ciebie zezłościł, prawda?
Westchnąłem i przyznałem mu rację. Wyglądało na to, że nie jest w nastroju do żartów.
- W takim razie przejdźmy do konkretów. Z całą pewnością król ogłosi, że śmiałek, który wybierze się na wytępienie potworów zostanie hojnie wynagrodzony. Wtedy zgłosimy się my i wytępimy wszystkie z nich. Dostaniemy stałą pracę w Białym Królestwie i będziemy mogli wieść wygodne życie, niepozbawione kolejnych zasług i przygód.
Zapanowała cisza. Musiałem to wszystko przetworzyć raz jeszcze, by dojść do wniosku, że to faktycznie ma sens.
- Mogę do was dołączyć? - zapytała Kylilo. Cerber rzucił mi takie spojrzenie, które bez problemu zinterpretowałem jako prośbę podjęcia przeze mnie decyzji.
- Sądzę, że masz bystry umysł, więc dlaczego by nie? Nie wiąże nas żadna umowa, więc możesz odejść kiedy tylko zechcesz. Jedyna prośba z naszej strony - jeśli nie pozwolimy, nie ma mowy o żadnym rozgłaszaniu o tym, co robimy i jakim sposobem. Rozumiesz, tajemnice zawodowe.
- Czy był tutaj jakiś podtekst?
Cerber wybuchnął śmiechem.
- Szybko podchwyciła, że nie jesteś do końca normalny.
***
Stanęliśmy pod bramą wjazdową do Białego Królestwa. Mury były jeszcze solidniejsze i wyższe niż podejrzewałem. Ciekawe tylko, czy Biały Pałac był równie imponujący z bliska, co z okolicznych wzniesień, a miasto tak bogate i żywe jak w opowieściach Cerbera.
- Czego tu państwo szukają? - przeniosłem wzrok na uzbrojonego po zęby strażnika.
- Zobaczyliśmy to ogłoszenie - wygrzebałem świstek papieru z torby, który ułożyłem pod łapy dwóch basiorów strzegących bramy - i postanowiliśmy, że to właśnie my pozbędziemy się tego gniazda.
Posłali nam nieufne spojrzenia. Fakt, nie przypominaliśmy szczególnie wojowników. Kylilo miała dopiero obiecywane szkolenie, które już połowicznie zaczęliśmy po drodze. Wyglądała na niezwykle zaangażowaną i podnieconą faktem, że może zostać choćby po części tak dobrą wojowniczką, jak my. Ja nie miałem przy sobie akurat żadnej broni, gdyż zawsze posługiwałem się wyłącznie mieczem, który wyczarowywałem w razie potrzeby, a Cerber z kolei zawsze ciskał tym, co było pod ręką... a raczej łapą (cholera, wciąż nie przywykłem do tego, że częściej jestem ostatnio w formie wilka). Rzadko kiedy sięgał do zawartości torby przewieszonej przez bok, która prezentowała się dość niewinnie. Poza tym miał kilka srebrnych sztyletów zagrzebanych w długim białym futrze.
- Zaprowadzę was do króla. Tylko żadnych numerów, rozumiemy się? - burknął grubszy ze strażników. Przytaknęliśmy. Pchnął złotą bramę i wpuścił nas do środka. Czując niezmierne podekscytowanie ruszyłem w ślad za nim. Nie musieliśmy daleko iść, by wejść między zadbane, murowane budynki. Na parterze wielu z nich znajdowały się wystawy z tak zachęcającymi produktami, że nie mogłem nasycić oczu samym ich widokiem. Kiedy tylko będę mógł wybiorę się na wielkie zakupy i wydam wszystkie swoje oszczędności - pomyślałem. Najdłużej swoje spojrzenie zatrzymywałem na zadbanych wystawach cukierni. Ciepłe pączki z dżemem różanym pokryte grubą warstwą słodkiego lukru, babeczki z najświeższymi owocami o miodowym cieście ozdobione kolorowym kremem, barwne ciasta biszkoptowe, cytrynowe, kakaowe... aż zaburczało mi w brzuchu. Byliśmy w podróży tak długo, że niemalże zapomniałem, jaką miłością darzę słodkości wszelakiej maści.
- Cerber, patrz jaka wielka czekolada! A jakie orzechy! I ten karmel! - zachwycałem się na głos.
- Amor, nie zapominaj, że mam uczulenie na kakao.
- Wybacz - mruknąłem. Nie widzieliśmy się siedem lat, więc miałem jak największe prawo zapomnieć takich drobnostek... Zrównałem krok z Kylilo.
- Które wystawy podobają ci się najbardziej?
- Te z zabawkami... - odpowiedziała.
- Nie jesteś czasem trochę na nie za stara? - zapytałem z rozbawieniem.
- Nie o to chodzi... po prostu nigdy takich nie widziałam... Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że tutaj jestem. Zawsze do Białego Miasta wysyłane były inne wilki z watahy i to jeszcze w mniej bogate rejony.
Przez chwilę szliśmy w milczeniu.
- Kim chciałbyś zostać z zawodu?
- Kim tylko los zapragnie mnie uczynić - stwierdziłem.
- Może inaczej... kim chciałeś zostać będąc dzieciakiem?
- Na początku chyba piosenkarzem. Chociaż nie... najpierw chciałem hodować króliki. Moja siostra miałaby stado kóz, a ja uroczych gryzoni... - rozmarzyłem się - Później chciałem być zawodowym podróżnikiem, prezenterem w telewizji, dziennikarzem, animatorem, YouTuberem, perkusistą, pianistą, pisarzem... ale zostałem prawnikiem.
- Przepraszam, ale połowy z tych zawodów nie znam - powiedziała po chwili milczenia.
- Nic dziwnego. Przybywamy... z daleka - mruknąłem, wiedząc, że tutaj nieprzychylnie podchodzą do magicznych istot, które większość życia spędziły w formie ludzkiej. Już starczyło, że strażnik, który nas prowadził nasłuchiwał i z tego niczego nie rozumiał, zupełnie jak Kylilo. Wolałem nie kusić losu. Jeszcze by mnie stąd wyrzucili.
Kilkanaście minut drogi później stanęliśmy przed potężnym, śnieżnobiałym pałacu wykonanym z marmuru, który lśnił w zimowym słońcu. Kylilo wydała z siebie cichy okrzyk zachwytu. Każda cześć ściany była wspaniale zdobiona. Co ciekawe nigdzie nie dostrzegłem powtarzającego się motywu. Ktokolwiek to zrobił, wykonał kawał dobrej roboty. Olbrzymie złote wrota otworzyły się przed nami otworem, ukazując naszym oczom potężny, równie zadbany hol. Przełknąłem ślinę. Chyba jeszcze nigdy nie byłem w tak wspaniałym miejscu. Ukradkiem spojrzałem na Cerbera. Jego pysk nie zdradzał większego zainteresowania pałacem. Wyglądał na wyjątkowo skupionego na zadaniu.
- Król powinien być o tej porze w ogrodzie - stwierdził strażnik, wskazując równie duże szklane drzwi. Oddalił się. Musiał chyba wrócić na swoją służbę... Tym bardziej, że dostrzegłem tutaj również wielu stróżów prawa, którzy mogli go zastąpić w pilnowaniu tego, abyśmy nie zrobili jakiejś głupoty. Cerber jako pierwszy zbliżył się do wrót i lekko je pchnął. Dopiero wtedy zwróciłem uwagę na to, że choć mieliśmy środek zimy wszystkie rośliny na rozległym dziedzińcu wciąż były zielone, kolorowe i pachnące. To pewnie za sprawą czaru - pomyślałem po chwili i dogoniłem brata i Kylilo. Musieli już wypatrzyć poszukiwanego władcę. Zrobiłem się trochę nerwowy. Nigdy nie spodziewałem się, że tereny należące do magicznego świata są tak rozległe, zupełnie jak jego polityka. Z całą pewnością wilk ten ma w swoich łapach los wielu więcej istnień, niż początkowo mi się zdawało. Świadczy o tym chociażby to, jaką czcią jest darzony bądź kunszt tego pałacu.
Za krzakiem białych róż dostrzegłem ciemnego wilka otoczonego przez trzech strażników. U jego boku stała niska, jasno umaszczona wadera. Rozmawiali. To pewnie on.
- Panie... - ukłonił się Cerber, więc ja i Kylilo zrobiliśmy to samo. Basior wraz z waderą odwrócił się w naszą stronę. Jego oblicze było znacznie bardziej wyniosłe, niż mogłem się tego spodziewać. Miał zadbane, kruczoczarne futro, był mniej więcej mojego wzrostu. Mierzył nas chłodnym spojrzeniem intensywnie błękitnych oczu. Choć było w nich coś przerażającego i tak dostrzegałem piękno tego koloru. Nie umiałem stwierdzić jego wieku, jednak na oko wyglądał mi na trzydziestkę. Przeszedł mnie dreszcz podekscytowania. Wspaniały. Prawdę mówiąc brałbym go w krzakach.
- Z czym przybywacie? - odezwał się głębokim basem.
- Przybywamy z daleka i usłyszeliśmy o grasującym w pobliżu stadzie drapieżnych potworów. Zgłaszamy się na ochotników - oznajmił Cerber.
Król Glory zrozumiawszy, co mamy mu do przekazania tylko skinął głową.
- Wyruszcie jak najprędzej. Na dowód wykonanego zadania przynieście mi głowę ich matki, a sowicie was wynagrodzę.
- Tak, panie.
Nie musieliśmy już nic więcej mówić, bo mój brat dał znak głową, abyśmy wstali z klęczek i odeszli z Białego Pałacu. Pora się przygotować. Z niewiadomego mi powodu Kylilo cały czas chichotała. Kiedy staliśmy już poza potężną białą budowlą Cerber się do mnie odezwał wyjątkowo znużonym głosem:
- Załamujesz mnie czasami.
- Czym?
- Podnieciłeś się.
***
Na jeszcze przed wschodem słońca umówiliśmy się pod starym drzewem w okolicach bramy wjazdowej na tereny Białego Miasta. Byłem jako pierwszy, gdyż często budziłem się i koniec końców byłem o dobre pół godziny za wcześnie. Siedziałem przy ścieżce, obserwując okazjonalnie przechodzących wędrownych lub przejeżdżające wozy sklepikarzy. Im bliżej było wschodu, tym ruch stawał się coraz większy. Jako drugi przyszedł Cerber, który również przybył jeszcze wcześniej, niż trzeba. Chwilę później pojawiła się Kylilo, która jako jedyna była w porę.
- Spóźniłam się?
- Nie. To my jesteśmy za wcześnie - uśmiechnąłem się.
- Całe szczęście. Ulżyło mi - zaśmiała się.
- Jak się śmiejesz, jesteś jeszcze bardziej urocza niż zwykle - stwierdziłem. Ona na to przestała się śmiać i wyglądała na bardzo zawstydzoną. Chyba rzadko kiedy ktoś ją chwali w ten sposób.
- Może zabierzmy się do pracy? Mam nadzieję, że wszyscy jesteście przygotowani na to, że będziemy walczyć z zagrożeniem, którego nawet nie znamy. Dopiero kiedy zrobimy co trzeba możecie wrócić do swoich amorów - mówiąc to, rzucił mi wymowne spojrzenie. Wyszczerzyłem się szeroko.
- A co jeśli nie przeżyjemy tego? - zapytała cicho Kylilo.
- Nic nam się nie stanie, zobaczysz. Jeśli będziemy działać według planu, który ustaliliśmy dzień wcześniej, nie powinno wydarzyć się nic złego. Wystarczy, że trochę poobserwujemy jeszcze te stworzenia i udoskonalimy co trzeba.
Kylilo pokiwała głową, lecz bez przekonania. Nic w sumie dziwnego, bo ze względu na jej dość małe umiejętności i kolor umaszczenia zdecydowaliśmy, aby była przynętą i rozpraszaczem za razem. Biegała dość szybko, by uciec przed stadem mutantów, które według jej słów były dokładnie tym samym, co na naszych oczach ją zaatakowało kilka dni wcześniej.
Szybkim krokiem ruszyliśmy w kierunku wskazanym przez waderę. Musieliśmy zdążyć przed świtem odwalić całą robotę. Cerber już wczoraj stwierdził, że możemy zastosować małe oszustwo, by zwiększyć nasze zasługi. Król nie musi przecież wiedzieć, że jesteśmy profesjonalistami o dużym stażu, prawda? Lepiej, abyśmy w jego oczach byli bardzo obiecującymi materiałami na łowców. Wówczas wynagrodzenie może być nawet wyższe, a zadania łatwiejsze. Sumienne ich spełnianie może wiele zmienić w jego oczach. Gdybyśmy rzeczywiście przyznali się do bycia profesjonalistami, mógłby nam coś zlecać dużo rzadziej. W ten sposób stopniowo uzyska do nas zaufanie i nie będzie patrzeć na nas jak na zadufanych w sobie egoistów, na których nic już nie robi wrażenia.
Gdy staliśmy w niewielkiej dolinie, Kylilo kazała nam się zatrzymać.
- To już niedaleko. Powinniśmy się ukryć - wyszeptała. Skinęliśmy głowami i weszliśmy między kamienie. Dalej szliśmy niewygodną dróżką w ukryciu, gdyż jeleniolisy żyły w dolinie i większość czasu spędzały na otwartej przestrzeni. Kiedy zobaczyliśmy owe stworzenia i zatrzymaliśmy się, rozpoczęła się cicha dyskusja o tym, co dokładnie mamy robić dalej. Kiedy tylko wszystko było już ustalone, kazaliśmy Kylilo stanąć na najwyższej ze skał i krzyknąć... cokolwiek. Wyglądała na trochę roztrzęsioną, ale zgodziła się zrobić to, co trzeba. W tym samym czasie ja i Cerber zajęliśmy dogodne pozycje.
- Hej ho! - krzyknęła nasza towarzyszka - Wiecie jak kocham małże?!
Uśmiechnąłem się lekko. Nie dało się zaprzeczyć, że jest pomysłowa. Potężne, smukłe głowy wszystkich jeleniolisów zwróciły się w kierunku Kylilo. Rzuciłem się na pierwszego lepszego członka stada i wbiłem zęby w jego szyję. Krew wypełniła mój pysk, co było wciąż dla mnie nieco nienaturalne, ale starałem się zignorować to uczucie. Stwór ryknął i zaczął się wić we wszystkie strony, próbując mnie ugryźć. Kiedy zaczął się chwiać, tracąc równowagę, sprawnie z niego zeskoczyłem i zacząłem biegać slalomem między pozostałymi. Kilka z nich przewróciłem, atakując swoimi silnymi skrzydłami. Wyglądały na zagubione i wściekłe za razem. Każdy próbował mnie kopnąć, ugryźć lub uderzyć ogonem, jednak wszystko na nic.
- Za wolno! - krzyknąłem ze śmiechem, wyczarowując lodowy miecz, który pochwyciłem w pysk i za jednym zamachem rozciąłem piersi dwóch jeleniolisów. Cerber miał rację - były bardzo kruche. Ostrze przebiło je bez najmniejszego oporu. Już chwilę później zostałem otoczony stadem warczących mutantów. Wtedy do ataku przystąpił mój brat. Zwierzęta były teraz już przerażone tak bardzo, że nie wiedziały gdzie uciekać, gdyż udało mi się wydostać z okręgu wykorzystując ich nieuwagę i zawsze podbiegać pod ich kopyta, szczerząc przy tym groźnie kły. To pozwalało Cerberowi na dobijanie stworów. Chyba równie przerażał je widok postaci człowieka, którą przybrał mój towarzysz. Kilka jeleniolisów ku mojemu zaskoczeniu padło na zawał, nie wytrzymując tak gwałtownych emocji. Marne z nich drapieżniki. To nawet ja miałem w sobie więcej dzikości.
Kiedy Kylilo zbiegła na sam dół, zastała tylko stertę trupów, wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę o długich włosach koloru słomy, który poszukiwał największego jeleniolisa będącego zapewne matką stada i mnie - niebieskiego wilka z barwnymi skrzydłami, który aktualnie nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić.
- U-dało się - wykrztusiła. Wyglądała na wyjątkowo zmęczoną. Musiała wdrapać się na bardziej stromy kamień, niż mi się początkowo zdawało. - Wciąż nie mogę w to uwierzyć... Cała nasza wataha nie dała im rady! A wy załatwiliście je we dwójkę!
- Jaką dwójkę? A ty? - Uśmiechnąłem się szeroko - No i jestem za tym, by uczcić nasz pierwszy sukces w tym składzie.
***
- Królu... oto głowa - oświadczył z powagą Cerber, kłaniając się lekko Gloremu. Położyłem odcięty fragment ciała matki jeleniolisów przed jego łapami. Patrzył na nią przez dobrą chwilę, zachowując pysk bez wyrazu, aż w końcu podniósł na nas wzrok i oznajmił:
- Dobrze więc. Czym chcecie być wynagrodzeni?
- Zadowolimy się dołączeniem do szeregów jednych z lepszych twoich wojowników lub chociażby łowców potworów. Chcemy mieć źródło stałych dochodów, nauki nowych sztuk oraz rozwoju. Na razie nie wymagamy złota. Przyjęcie nas może przynieść wiele zysków Białemu Królestwu i okolicznym watahom.
Król zmierzył nas wzrokiem i niemalże od razu wydał osąd:
- Przyjmuję waszą propozycję.

<C.D.N.>

piątek, 26 sierpnia 2016

Od Carlo "Everything is fine" cz. 2

Obserwowałem ogień tańczący na ciemniejącym kawałku drewna w kominku. W pokoju panował półmrok, a jedynym źródłem światła było właśnie to jedno okienko. Poczułem, że ciepłe ciało Paris się do mnie przybliża. Przejechała dłonią po moich mięśniach brzucha i wyszeptała:
- Jak było tym razem?
- Doskonale - uśmiechnąłem się do niej. Odpowiedziała tym samym. Wyglądała na niezwykle zadowoloną. Spojrzałem w jej kierunku. Położyła się, a jej długie kasztanowe loki rozsypały się na poduszce.
- Tym razem też uciekniesz, nim się obudzę?
- Znając życie, tak - westchnąłem, spoglądając ponownie w stronę trzaskającego cicho ognia. Cały czas miałem przed oczami wizję płonących dłoni własnego brata... Cały czas kojarzył mi się on tylko ze złem i niszczeniem.
- W takim razie wygląda na to, że muszę ci przekazać teraz wiadomość.
Zmarszczyłem brwi.
- Jaką wiadomość?
- Przedstawił się jako Cerber...
- Cholera... i co mówił? Czego znowu ode mnie chce?
Przez chwilę milczała.
- Spotkania jutro po południu w kawiarni "Tenebris"...
- Typowe. Co on tutaj w ogóle robi? - warknąłem.
- Nie mam pojęcia... to ktoś dla ciebie ważny? - zapytała zaskoczona.
- I tak i nie.
- Twój eks?
Zaśmiałem się bez cienia radości. Wolałem sobie nawet tego nie wyobrażać.
- Nie. To w tej chwili jest najmniej istotne. - Również opadłem na poduszkę i popatrzyłem w ciemne oczy kochanki. - Chciał czegoś jeszcze?
- Nie...
Pokiwałem w zamyśleniu głową, po czym przytuliłem kobietę.
- Miejmy tylko nadzieję, że ponownie nie zrujnuje mojego życia - wyszeptałem w jej włosy.
***
Stanąłem przed drzwiami kawiarni, nad którymi wisiał zniszczony napis z jednym słowem: "Tenebris". Znaczyło ono dla mnie i Cerbera znacznie więcej, niż by się mogło zdawać, ale starałem się zapomnieć o tym epizodzie, który skłócił jego i resztę jego rodziny już na zawsze. Po chwili minąłem próg zatęchłej kawiarni, w której podawali kawę, która przypominała raczej zimną, mętną lurę. Na sali było całkowicie pusto... prócz jednej osoby siedzącej z gazetą w ręce. Zasłaniał twarz papierem. Nawet nie musiałem się zastanawiać nad tym, czy to jest osoba, której szukam, gdyż co jak co, ale nigdy się nie spóźniał. Zawsze zjawiał się na miejscu przede mną.
- Czego chcesz? - zapytałem, stojąc naprzeciwko dwuosobowego stoliku, przy którym przysiadł mężczyzna. Opuścił gazetę, za którą ujawniła się jego przystojna twarz. Z uśmiechem wskazał drugie krzesło.
- Siadaj.
Nie spuszczając go z oczu, wykonałem polecenie. Co on znowu knuje? Przez chwilę w milczeniu obserwowałem, jak kończy czytać artykuł, a następnie splata dłonie, nachyla się nieco nad stolikiem i stwierdza:
- Ile my się już nie widzieliśmy? Siedem zim?
- No, coś koło tego - poruszyłem się niespokojnie na krześle. Nie czułem się zbyt komfortowo w jego obecności.
- Ściąłeś włosy - stwierdził jak gdyby nigdy nic.
- A ty zapuściłeś - oznajmiłem, wywracając oczami. Zaśmiał się lekko, kręcąc głową. Jego długie, proste blond włosy rozsypały się na ramionach.
- Fakt. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że w ogóle przyszedłeś.
- Możesz mówić do rzeczy? Mogę sobie zaraz pójść.
- Oczywiście. Myślałeś o powrocie do życia w wilczej formie?
Znieruchomiałem. Co on planował? Nie brzmiało to zbyt zachęcająco. Pewnie były jakieś haczyki, ale powstrzymałem się od pytań, wiedząc, że sam zaraz wyjaśni o co chodzi.
- W Polsce znajduje się olbrzymie wilcze królestwo, zwane Białym. Stolica wszystkich magicznych stworzeń - powiedział podekscytowany. Przez ten czas jednak to się ani trochę nie zmieniło: cały czas emocjonował na na myśl wszystkiego, co niedostępne dla większości ludzi. Popukał kilkakrotnie palcem w stół. - To właśnie tam przychodzą wilki z całego świata, rozumiesz? Do legendarnego Białego Królestwa!
- I?
- Nie chciałbyś się tam znaleźć? Zobaczyć, jak żyją? Poznać tajniki ich życia? Doskonale wiesz, że z naszymi umiejętnościami moglibyśmy zostać celebrytami - Jego zielone oczy lśniły. Pokręciłem przecząco głową.
- Niestety nie. Nie ufam tobie.
- To doskonała okazja, abyś zaczął - dotknął mojej dłoni - Tak jak kiedyś. Możemy jeszcze nadrobić te kilka lat, które straciliśmy. Nie masz chętki na prawdziwą podróż z przybranym bratem? To będzie zupełnie jak te twoje podróże w czasie, tyle, że będziesz miał wpływ na to, co się stanie. Zamki, pałace, piękne sale, księżniczki, królowie, wielkie bale i przyjęcia, prawdziwe intrygi... są też slumsy, do których znając życie przylegniesz i nie będziesz chciał się odczepić. Naprawdę nie chciałbyś się znaleźć wśród swoich, którzy nie traktują naszych ciągłych przemian i rzucania czarów za coś niezwykłego?
- Mam tutaj własne życie... - mruknąłem, jednak on mi znowu przerwał:
- Amor, naprawdę powinieneś to przemyśleć. Jeśli idziesz ze mną, to zjaw się jutro rano pod tą kawiarnią. Obiecuję, że poczekam na ciebie.
Patrzyłem na ciemną lurę, którą miał w niegdyś białej filiżance. Zastanawiałem się nie tylko nad tym, czy ją wypije, ale i nad tym, jakim cudem odnalazł mnie w tym małym francuskim miasteczku... Nie mogłem przecież zapominać o tym, że najprawdopodobniej poszedł w ślady ojca i dorabia sobie na czarno, mordując za pieniądze, jednak pokusa dowiedzenia się tego, czy żałuje i jak bardzo zmienił się przez te lata była naprawdę silna. Popatrzyłem na blizny ciągnące się wzdłuż moich nadgarstków...
Z zamyślenia wyrwał mnie dopiero Cerber, który z szelestem papieru zwinął gazetę, wstał z krzesła i założył kurtkę. Ku mojemu zaskoczeniu wylał zimną kawę do najbliższej doniczki i odstawił filiżankę z powrotem na spodek. Popatrzył na mnie zaskoczony.
- Ty nie idziesz?
Otrząsnąłem się i wstałem.
- Idę, idę...
Kiedy wyszedłem na zewnątrz, zauważyłem, że zaczął prószyć śnieg. Odwróciłem się za siebie, by zapytać o coś Cerbera, ale przekonałem się o tym, że już zniknął. Mogłem się tego domyślić. Od zawsze miał tendencję do pojawiania się i znikania niezauważonym, nawet jeśli ubierał się zwykle w jaśniejsze kolory. Włożyłem ręce do kieszeni kurtki i wpatrywałem się w zamyśleniu w opustoszałą ulicę. I co ja mam teraz zrobić?
***
- Jak było? - zapytała Paris, stojąc w drzwiach - Widzę, że jednak nie aż tak źle.
Podniosłem na nią wzrok. Od razu uśmiech zniknął z jej twarzy. Zacisnąłem mocniej pięści.
- Muszę odejść.
- Jak to... ale... Carlo? - odezwała się, nie dowierzając. Choć już jej wielokrotnie tłumaczyłem, że ten związek nie ma przyszłości, ta i tak była zaskoczona.
- Przyszedłem po rzeczy.
- Tak... tak, oczywiście - wykrztusiła. Wszedłem do mieszkania. - Piłeś?
Nie odpowiedziałem. Miała rację. Będąc lekko wstawionym lepiej się myśli. Łatwiej popełnić błąd, ale podejmowanie spontanicznych decyzji należało do mojej specjalności. Szczególnie, gdy byłem pijany. Świat zdawał się być wtedy nieco mniej porąbany.
- Wyjeżdżasz? - zapytała, kiedy już upychałem ubrania do torby. Pokiwałem niemalże niezauważanie głową. Gdy podniosłem głowę, dostrzegłem, że opierała się o ramę drzwi i... płakała. Tusz do rzęs rozmazał jej się na całej twarzy. - Dlaczego?
Milczałem.
- Nie wrócisz, prawda? - dopytała. Podszedłem bliżej i ucałowałem delikatnie jej czubek głowy.
- Nie wiem... naprawdę nie wiem.
Kobieta wtuliła się we mnie tak mocno, jakby nie miała mnie już nigdy puścić. Staliśmy tak dobre kilka minut, kiedy oznajmiła, że teraz mogę już odejść. Została w mieszkaniu sam na sam z własną rozpaczą.
***
Dziś nocuję na ulicy... no chyba, że przez ten czas będę się szlajał po uśpionym mieście. To zdawało się być najlepszym wyjściem z tej sytuacji, gdyż pewnie i tak nie zdołałbym usnąć. Było zimno, mój oddech zamarzał, jednak starałem się na to nie zwracać uwagi. Otuliłem się lepiej szalikiem, który otrzymałem na gwiazdkę w prezencie od Paris i wędrowałem dalej poprzez chodniki pokryte coraz to grubszą powłoką białego puchu. Nie potrafiłbym jej spojrzeć tej nocy w oczy ze świadomością, że kilka godzin ją opuszczę. Wolałem mieć to szybciej z głowy. Wtedy będzie miała przynajmniej więcej czasu na zrozumienie mojej decyzji. Prędzej się z tym pogodzi. Mimo, że zrywałem już tak wiele razy, to i tak to zabolało. Mój związek z nią należał do jednego z tych dłuższych...
Niespodziewanie ktoś zakrył mi zmarzniętymi dłońmi oczy.
- Zgadnij kto to - zadrwił.
- Cerber? - zapytałem nie do końca pewien swoich słów, jednak mężczyzna mnie puścił. Odwróciłem się i ku swojemu zaskoczeniu ujrzałem tego właśnie blondyna we własnej osobie. Wyglądał na niezwykle uszczęśliwionego moim widokiem. - Śledziłeś mnie?
- Nie... po prostu wyszedłem się przejść. Zobaczyłem cię i pomyślałem, że może... no właśnie, zdecydowałeś się już?
Pokiwałem głową bez przekonania.
- I jak? Zostajesz z Paris, prawda?
Wolałem nawet nie wiedzieć, skąd zna imię mojej partnerki, ale zdecydowałem się pominąć ten temat.
- Nie. Dam ci jeszcze jedną szansę. Ten jeden raz. Sądzę, że się zmieniłeś i zasługujesz na to, bym ci uwierzył.
Aż zaniemówił z wrażenia.
- Naprawdę? - zapytał po chwili. Głos mu się trząsł ze wzruszenia. Oczy mu lśniły, ale wiedziałem, że jest dość twardy, by się nie rozpłakać. Skinąłem głową. - Musimy to jakoś uczcić! Co powiesz na grzaniec?

Zabawne, ale nawet siedząc nad kubkiem i czując ostry zapach przypraw, nie czułem się ani trochę lepiej. Wciąż nie dawało mi spokoju to, że zostawiłem ją tak po prostu bez większych wyjaśnień.
- Coś cię dręczy - oznajmił Cerber, popijając grzane wino.
- Powiedzmy... - mruknąłem. Nie byłem pewien, czy to właściwy moment, by już mu się zwierzać, ale warto choć zaryzykować.
- Co dokładnie, jeśli można zapytać?
- Paris.
- Mogłem się tego domyślić... Ach, kobiety... zawsze był z nimi kłopot. Z tego co pamiętam, nigdy jakoś szczególnie nie przywiązywałeś się do swoich dziewczyn - powiedział, naciskając szczególnie na ostatni wyraz - Nie jednak będę mówić, że w Białym Królestwie znajdziesz nową, bo każda jest jedyna w swoim rodzaju, ale przynajmniej pocieszaj się tym, że masz obok siebie kogoś, kto ma mniej szczęścia do kobiet, niż ty. Na ciebie lecą nawet faceci.
Uśmiechnąłem się blado.
- Nadal sobie żadnej nie znalazłeś?
Prychnął cicho, biorąc kolejny łyk napoju. Uznałem to za potwierdzenie mojej racji. Nie spodziewałem się tego, ale to rzeczywiście nieco podniosło mnie na duchu. Mimo tak wielu przeszkód Cerber sobie radził, więc dlaczego ja nie mógłbym zrobić tego samego? Jakby nie patrzeć jemu zawsze było pod górkę, a ja umiałem się poddać już po jednej próbie. Nie wiedziałem, że kiedykolwiek to przyznam, ale... mogę pod tym względem brać z niego przykład. Umiałem wiele, ale z niczego nie byłem na mistrzowskim poziomie. On za to chciał wszystkiego wyuczyć się do perfekcji. To już wyraźna oznaka jego wytrwałości, której ja nie posiadałem.
Uniosłem swój kubek i oznajmiłem:
- Za zdrowie naszej wyprawy i nowych związków!
Zaśmiał się lekko, po czym dołączył do mojego toastu, stukając swoim kubkiem w mój.
- Zdrowie!

<C.D.N.>

środa, 3 sierpnia 2016

Od Carlo "Everything is fine" cz. 1

Stukałem palcami o kierownicę, bacznie obserwując czerwone światło. Z radia wydobywały się dźwięki jednego z najnowszych hitów, więc postanowiłem je nieco podgłośnić i się zrelaksować. Niespodziewanie do moich uszu dotarł szaleńczy rok silnika, niebezpiecznie zbliżający się do krzyżówki, na której aktualnie stałem. Towarzyszyły mu piski, wydobywające się z wozów policyjnych. Pościg. Poczułem dziwny niepokój. Przeczucie mówiło mi, że zaraz stanie się coś, czego zupełnie nie spodziewałem się tego ranka. Wtem zza rogu wyłonił się czarny motor, który z rozpędu zahaczył o bok mojego auta, a motocyklista z hukiem przetoczył się po mojej masce, dachu i spadł z tyłu pojazdu. Na szczęście zdążyłem się schylić i ukryć głowę między rękoma, inaczej z całą pewnością ucierpiałbym w tej kolizji. Popatrzyłem w górę i ujrzałem lekkie wgniecenie. Coś mi mówiło, że będę musiał złożyć wizytę w salonie samochodowym.
- Ręce do góry! - wykrzyknął policjant, wyskakujący z wozu, którego słyszałem bardzo dobrze, gdyż w ten upał postanowiłem otworzyć okno. Zorientowałem się, że mówił do postaci leżącej na ziemi. Wyskoczyłem z samochodu i obróciłem się w jej kierunku. Kobieta ze złością zrzuciła z głowy kask. Czarne, lekko falowane włosy okalały jej bladą twarz. Wyzywająco popatrzyła na policjanta i stękając cicho podniosła się z ziemi. Jej ciemny strój motocyklistki był miejscowo podarty, a ona krwawiła, jednak nie mocno. Miała nienaturalnie zielone oczy, które zdawały się samoczynnie błyszczeć. Mocny makijaż dodawał jej mocy i pogardy, którą najwyraźniej darzyła całe swoje otoczenie. Podobała mi się.
- Słuchajcie, chyba nie ma sensu jej zastraszać bronią - powiedziałem, zwracając się do trzech policjantów - Zapłaci wam jakiś mandat i po sprawie. Odszkodowania nawet nie chcę, mam dość pieniędzy, by to naprawić. - Poklepałem wgniecenia blachy. Popatrzyli po sobie, po czym powoli opuścili pistolety, jednak nie spuszczając wzroku z kobiety.
- Sprawiła zagrożenie dla przechodniów - oznajmiła brytyjska strażniczka prawa - Powinna zostać zamknięta za duże wykroczenie.
- A ja spłacę jej kaucję - rzekłem, opierając się o samochód - Ile płacę?
- Zna ją pan? - zapytał jeden z policjantów. Odwróciłem głowę w stronę motocyklistki, która miała minę, jakby miała rozerwać ich na strzępy.
- Jak się nazywasz? - zadałem jej pytanie, na co ta posłała mi równie wściekłe spojrzenie, jednak ujrzałem w jej oczach nutkę zdezorientowania. Zrozumiałem, że nie rozumie, co do niej mówię. - Skąd jesteś?
- Dupek - warknęła w języku, który od razu rozpoznałem. Polski. Miała szczęście, że niegdyś ktoś mnie go nauczył, więc od razu zszedłem z angielskiego na jej ojczysty:
- Jak masz na imię?
- A co cię to? - zapytała ze złością. Popatrzyłem na policjantów.
- Niestety nie bardzo. Wiem tylko tyle, że jest z Polski - oznajmiłem już po angielsku.
***
Patrzyłem, jak kobieta próbuje uruchomić motor. Ten jednak zacharczał tylko i nie ruszył z miejsca. Po kilku próbach zeskoczyła z maszyny i z furią kopnęła pojazd, przez co przewrócił się na chodnik. Uśmiechnąłem się lekko. Było widać, że jest dość porywcza, a ten dzień nie należał do jej ulubionych. Mieliśmy już całą sprawę z płatnościami załatwioną, a policjanci odjechali kilka minut temu.
- Podwieźć cię? - zapytałem po chwili.
- Wal się. Sama sobie dam radę - mruknęła, nieruchomiejąc. Zaciskała dłonie w pięści.
- Jak sobie życzysz. W takim razie żegnaj... - Oznajmiłem, wsiadając do samochodu. Kobieta jednak po chwili podbiegła i przytrzymała ręką drzwi.
- Poczekaj...
- Zmieniłaś zdanie? - Zapytałem, z nutką ironii w głosie. Skinęła lekko głową, na co ja poklepałem ręką siedzenie obok mnie. - W takim razie zapraszam.
Żwawo zajęła miejsce po moim boku, jednak nie wyglądała na szczególnie zachwyconą moim towarzystwem. To jednak już coś, że postanowiła skorzystać z mojej pomocy.
- Pozbędą się tego złomu? - zadała pytanie, kiedy ja przekręcałem kluczyk. Silnik bez oporu się uruchomił. Od razu zrozumiałem, że chodziło o jej motor.
- Tak. Mogą go sobie przywłaszczyć do komisu, albo skończy na złomowisku. Nie żal ci go?
- Nie. Mogę zawsze sprawić sobie nowy. Niech się głupcy cieszą, a ja wtedy sprawię, że wybuchnie.
Nie zapytałem, co miała przez to na myśli, gdyż odnosiłem wrażenie, że mam do czynienia z osobą równie utalentowaną pod względem zaklęć, co ja. Może i nawet lepszą. Pozostała jednak kwestia gatunku. Czarodziejka? Czarownica? Może jakaś wróżka?
- To gdzie mam cię zawieźć?
- Do dupy... - mruknęła niezadowolona, jednak ja udałem, że nie usłyszałem jej wypowiedzi.
- Co proszę?
- Na lotnisko - oznajmiła głośniej. Teraz domyśliłem się, że pewnie zwyczajnie nie wie, gdzie to jest i nie ma zamiaru wypytywać miejscowych, tym bardziej, że nie zna języka angielskiego. Pokiwałem w zamyśleniu głową i skręciłem w lewo.
- Ktoś tam na ciebie czeka?
Prychnęła.
- Nie. Jest tam tylko taka para idiotów, przez których chce mi się rzygać.
- To dlaczego do nich jedziesz? To twoi rodzice?
Zaśmiała się lekko.
- Oni? Zgłupiałeś? Są młodsi ode mnie i wybitnie idiotyczni. Nic, tylko się liżą. Najchętniej bym tego babsztyla do najbliższego rowu wrzuciła.
- Jesteś zazdrosna?
- Nienormalny czy jak? - wydała z siebie dźwięk podobny do hamowanego kaszlu - Nawet dwumetrowym kijem przez szmatę bym go nie tknęła.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Czego się cieszysz?
- Jesteś urocza i zabawna za razem.
- Że co? - zapytała obrzydzona. Kątem oka dostrzegłem, że jednak ją tym nieco zaskoczyłem.
- Nic istotnego... - oznajmiłem. - Tak w ogóle to jestem Carlo. Teraz dobrze by było, abyś ty również zdradziła swoje imię.
- Kazuma - burknęła.
- A więc droga Kazumo... co robisz w Londynie, nie znając nawet angielskiego?
Milczała. Miałem wrażenie, że sama się nad tym zastanawia. Wyglądało na to, że wiozłem na lotnisko piękną i zarozumiałą kobietę o imieniu Kazuma, która ma poważne problemy z prawem oraz rozumieniem tego, co jest słuszne, a co nie. W końcu zaciekle przekonywała, abym nie płacił jej mandatu, choć ta nie miała pieniędzy przy sobie. Chciała być na siłę samodzielna. Miałem również wrażenie, że przeżyła jakąś traumę, przez którą nie chce nikomu ani niczemu ufać.
- "Miłość jest niedos­ko­nała, po­lega na zaufa­niu in­nych. Niena­wiść możesz tworzyć samodzielnie". Słyszałaś kiedyś o takim cytacie? - zapytałem po kilku minutach. Pokręciła głową. Wyglądała na nieco zdezorientowaną. - Odnoszę wrażenie, że to może i równie dobrze być twoim życiowym mottem. Zawiodłaś się kiedyś na kimś, przez co bezpodstawnie nienawidzisz resztę świata, czyż nie?
Nie odpowiedziała. Siedziała ze spuszczonym wzrokiem, wpatrując się w swoje dłonie. Były pokryte cienką warstwą zakrzepłej krwi. Jeszcze kilka minut temu miała na nich zadrapania, a teraz były z powrotem w jednym kawałku. Tak, to zdecydowanie osoba ze zdolnościami magicznymi.
- Mogę włączyć? - zapytała po kolejnych kilku minutach ciszy. Spojrzałem w jej kierunku. Wskazywała palcem, którego paznokieć był pomalowany na czarno w kierunku radia.
- Możesz.
Uruchomiła urządzenie. Samochód wypełniły mocne, gitarowe dźwięki oraz zachrypnięty głos wokalisty. Już po kilkunastu sekundach dostrzegłem, że zaczęła rytmicznie stukać obcasem o wykładzinę.
- Co to jest? - zapytała.
- AC/DC. Lubisz rock?
Zawahała się, po czym niepewnie skinęła głową. Wsłuchiwaliśmy się w piosenkę, aż w końcu na refrenie dołączyłem do Briana Johnsona. Kobieta popatrzyła na mnie zdezorientowana, ale niczego nie skomentowała. Po chwili jednak zrobiła to samo, przekręcając przy tym znaczną część słów i urywając w kilku momentach.
Kiedy piosenka "Highway to Hell" dobiegła do końca, nieco ściszyłem głośność, gdyż leciał już jakiś spokojniejszy kawałek, który mniej wpadał w ucho.
- Masz ładny głos - oświadczyłem szczerze. Przez chwilę nie wiedziała co powiedzieć, więc odwróciła twarz w stronę okna i rzuciła tylko:
- Ty też.
- Dziękuję - odparłem - Jeżeli mogę zapytać... Jesteś magiczną istotą, prawda? Nie potrafię jednak poznać, jaką dokładnie. Mogłabyś mi rozwiać wszystkie wątpliwości?
Zesztywniała, ale po chwili mruknęła:
- Magiczny wilk. Jestem magicznym wilkiem.
Szczerze zaskoczyła mnie tym. Nie spodziewałem się, abym spotkał w takich warunkach przedstawiciela tej samej rasy, której i ja jestem.
- Witaj w klubie - powiedziałem pogodnie - Zgaduję, że mieszkasz w jakiejś polskiej watasze. Mam rację?
- Tak - zrobiła pauzę - Umiesz czytać w myślach?
- Nie, a przynajmniej jeszcze nie. Może kiedyś się nauczę. Dlaczego pytasz?
- Ciekawość - rzekła wymijająco. Już po chwili pojąłem, o co może jej chodzić. Chyba nie na co dzień znajdowała kogoś, kto by ją rozumiał tak dobrze. Możliwe, że nawet nigdy nie miała takiej osoby.
- No i jesteśmy na miejscu - oświadczyłem, skręcając na parking - Tak właściwie to po co chcesz ich odwiedzić?
Zatrzymałem się na jednym z wolnych miejsc.
- Żeby im zepsuć wyjazd - rzekła, wyskakując z samochodu. Wyłączyłem silnik i dołączyłem do Kazumy, która już śpieszyła do środka. Była dość... nieprzewidywalna. Zupełnie, jakby na siłę próbowała być wrzodem na dupie. Przeszła przez automatyczne drzwi i usiadła na jednym z wolnych plastikowych krzesełek. Opadła łokcie na kolanach, a głowę o nadgarstki. Kiedy usiadłem tuż obok, popatrzyła na mnie zaskoczona.
- A ty tu czego?
- Potowarzyszę ci. I tak miałem wracać do domu, w którym nikt na mnie nie czeka.
W ciszy wpatrywaliśmy się w bramki, przez które przechodzili pasażerowie. Kiedy już wszyscy zniknęli, postanowiłem zapytać:
- Kiedy dokładnie przylecą?
- Za godzinę.
Westchnąłem i oparłem się o parapet, który cały czas miałem za plecami.
***
Kazuma drgnęła niespokojnie. Zorientowałem się, że zapewne wypatrzyła swój "cel". Po chwili poderwała się z miejsca i ku mojemu zaskoczeniu wyciągnęła spod skórzanej kurtki pistolet.
- Czekaj... co ty chcesz zrobić? - zapytałem lekko przestraszony. Również podniosłem się z krzesełka, ale w tym momencie wystrzeliła. Raz, drugi, trzeci... rozległy się krzyki, a dziewczyna, w którą celowała niemalże upadła, ale chwycił ją jej partner. Wtedy zaczęła i w niego strzelać.
- Przestań! - krzyknąłem, wyrywając jej z ręki pistolet. Jednakże już pędzili do nas ochroniarze. Wiedziałem, że teraz nie ma innej opcji, niż zostanie zamkniętym za bycie wspólnikiem terrorystki.

Cofnąłem się w czasie o te kilkanaście sekund. Kazuma podrywała się z miejsca, ale w chwili, kiedy wyciągała broń, wyrwałem ją jej z ręki.
- Co ty robisz?! - wykrzyknęła, rzucając się na mnie z próbą odebrania mi przedmiotu.
- Terroryści!! - wrzasnął ktoś, a ludzie dostrzegający, że mamy prawdziwą broń, zaczęli panicznie uciekać. Kobieta, z którą się siłowałem, jednak chwyciła broń tak, że nacisnęła spust i wystrzeliliśmy w stronę sufitu. Za tym razem również zbliżali się do nas funkcjonariusze. Szlag.

Kolejna próba, po raz następny wyrywam jej pistolet i ponownie się na mnie rzuca.
- Przestań, bo nas zatrzymają...
- W dupie to mam! Chcę ich zabić, rozumiesz?! - krzyknęła dziko. Ludzie siedzący obok popatrzyli na nas z trwogą, a na przedmiot w mojej ręce zareagowali tak samo, jak wcześniej. Zorientowałem się, że skończy się to tak samo, więc po raz kolejny cofnąłem czas, tym razem o jakieś dwie minuty.

Wstałem z miejsca.
- Co robisz? - zapytała Kazuma.
- Idę rozprostować nogi - powiedziałem wymijająco, po czym ruszyłem w kierunku bramek, zza których miała się wyłonić roześmiana para. W końcu ich dostrzegłem i od razu stanąłem przy ich boku.
- Witam państwa! Wygraliście państwo wycieczkę na szczyt Mount Everest!
- Proszę? - zapytał zdezorientowany mężczyzna - Nie jesteśmy alpinistami i nie braliśmy udziału w żadnym konkursie.
- Nauczymy was jak się wspinać! Wspaniała okazja! Jesteście w końcu tysięczną osobą przechodzącą przez te bramki!
Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale ponownie rozległ się huk i padł na ziemię. Jego dziewczyna bądź żona pisnęła cicho i rzuciła się w jego kierunku. Dostał kulką w łeb. Wyglądało na to, że to sytuacja bez wyjścia, a ja muszę pogrzebać w nieco dalszej przeszłości.

- Mamy jeszcze kwadrans do ich przylotu. Może pójdziemy coś zjeść? - zapytałem.
- Wtedy się spóźnimy i mi gdzieś uciekną.
- Nie spóźnimy się... w pobliżu jest bar, w którym podają pyszne i tanie jedzenie.
- Nie jestem głodna.
- A ja jestem.
- To idź sam.
- Żebyś mi zwiała i zrobiła coś głupiego? - zaśmiałem się - Przypominam ci, że w takim przypadku nawet byś się z ludźmi nie dogadała. W tej chwili jestem twoim prywatnym tłumaczem.
Kazuma niechętnie zgodziła się się na taki układ. Patrząc na jej kościste palce i chudą twarz, odnosiłem lekkie wrażenie, że może być anorektyczną. Dalsze głodzenie jej nie zdawało się być dobrym pomysłem. Gdy byliśmy na miejscu, ta jednak oświadczyła, że nie chce nawet frytek. Zapytałem ją o przynajmniej szklankę wody, gdyż słońce zaczęło nieźle prażyć. Na szczęście przyjęła ten "prezent". Siedząc przy stoliku i patrząc w zamyśleniu na Kazumę, która popijała małymi łyczkami napój, zapytałem:
- Jesteś na coś chora?
Odpowiedziała mi tylko przelotnym spojrzeniem. Nie odpowiedziała, więc pewnie miałem rację. Podejrzewałem anoreksję bądź inne schorzenie powiązane z układem pokarmowym. Skoro nie chciała mówić, nie chciałem jej dłużej męczyć. Kiedy skończyłem jedzenie, spojrzałem na na złoty zegarek, który nosiłem na ręce.
- Która godzina? - mruknęła ozięble.
- Spóźniliśmy się... - oświadczyłem z udawanym smutkiem. Zabrzmiało to jednak na tyle realnie, że ona tylko podniosła się z miejsca tak gwałtownie, że krzesełko upadło, po czym wybiegła z baru. Podążyłem w ślad za nią. Zaskoczony dostrzegłem, iż musiała mieć jakiś dziwny instynkt, gdyż już po trzech minutach drogi odnalazła parę.
Dziewczyna roześmiana odrzuciła swój długi, czarny warkocz, a chłopak objął ją w pasie. W drugiej ręce ściskał rączkę walizki. Zapatrzyłem się w nich aż za bardzo, gdyż dopiero z zamyślenia wyrwał mnie huk wystrzału. Dziewczyna zachwiała się i upadła na chłopaka, który aby ją utrzymać, upuścił walizkę. Tym razem znajdowali się w mało ruchliwej uliczce, ale i tak zdarzyła się tragedia, której nie chciałem. Cofnąłem się w czasie.

Po raz kolejny patrzyłem, jak dziewczyna zarzuca warkoczem, ale zaraz po tym zwróciłem się w stronę Kazumy. Celowała, więc pierwszą rzeczą, którą mi przyszła do głowy, było rzucenie się naprzód i osłonienie pary własnymi plecami. Poczułem chłód w okolicach łopatki, który pozbawił mnie tchu. Kątem oka dostrzegłem, że Kazuma stojąca za jednym z koszów na śmieci popatrzyła na mnie z niedowierzaniem, po czym zniknęła w cieniu jednego z zaułków. Nogi zgięły mi się w kolanach, przez co upadłem na ziemię. Czułem, jak krew wlewa się do jednego z moich płuc. Zacząłem się krztusić. Dziewczyna podbiegła i padła na ulicę tuż obok mnie.
- Proszę pana! - krzyknęła przerażona - Nath! Wezwij karetkę!
- Nic się nie stało... - wykrztusiłem, spoglądając w jej hipnotyzujące stalowoszare oczy - Przeżyję... - zakaszlałem - Prze...żyję.

<C.D.N.>
Nomida zaczarowane-szablony