Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shammen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shammen. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 listopada 2016

Od Shammen’a „Ja należę do tej watahy” cz.4 (C.D Nickolas)

Lukrowane ciasteczko rozpływało mi się w pysku. Było to coś pysznego. Owszem, to przysmak ludzi i może mi zaszkodzić, ale było to tak pyszne, że nie zwróciłem na to uwagi. Ewentualnie zakończy się to serią wymiotów.
- Ludzie to mają dobrze z tymi słodyczami – Powiedziałem z wypchanym pyskiem. Tak, tak, nie przestrzegam zasad kultury, bla, bla… Mojego rozmówcę to pewnie nawet nie obchodzi.
- Rzeczywiście, ale bycie wilkiem nie jest złe. Ma swoje zalety.
Przytaknąłem tylko głową. Ma rację, ale te wypieki zamąciły mi chyba w głowie. Chwila. Coś mi nie pasuje. Skąd on je ma?
- Pracujesz w cukierni? – Zaprzeczył gestem głowy. Grubo. – Skąd je masz?
- Jakoś dostałem.
- Ukradłeś je, prawda?
Nie odpowiedział. Stał i po prostu się we mnie wpatrywał. No to już wszystko wiemy.
- Chodźmy się przejść. I pamiętaj o regularnym zmienianiu opatrunku na uchu. Filos ci pomoże, umie przemienić się w człowieka. Ludzkie dłonie bardziej się do tego nadają, niż wilcze łapy.
- Tak, jasne. Łąka na Wschodzie? Małe wodospady, dużo skałek… woda pewnie będzie już bardzo zimna, bo idzie zima. Ale to i tak przyjemność dla oka. - Mój pomysł bardzo mi się spodobał i nie zniósłbym sprzeciwu, bo to chyba jedyne miejsce, gdzie chciałbym się udać. Po prostu mnie odpręża, nic więcej, żadne wspomnienia nie są z nim związane.
Aby dostać się na wschodnią część królestwa musieliśmy przejść przez Las… e… nie pamiętam, nie mam głowy do tak skomplikowanych nazw. Coś na N w każdym razie. Wokół nas panowała cisza. Nie była ona w żaden sposób  niezręczna. Podziwialiśmy tylko niewielkie ilości śniegu pokrywające bladozieloną trawę ‘opatuloną’ szronem, krzaki oraz korony drzew. Nadchodzi najtrudniejsza pora roku dla każdego zwierzęcia drapieżnego – Pora Nagich Drzew, Pora Śnieżnego Puchu, czy jak kto woli, zima. Polowania są coraz trudniejsze, nie tylko z powodu burz śnieżnych, choć i tak zelżały już one podczas kilku lat, grubego śniegu, ale jeśli chodzi o nasz gatunek to poduszki łap ułatwiają przebycie przez zdradziecką zawieruchę, ale również z mniejszej ilości zwierząt hasających sobie po ziemi, a nie w krainie hibernacji. Prawdopodobnie parę wilków będzie musiało wziąć udział w jednym polowaniu, bo w pojedynkę będzie o wiele trudniej. Mimo, że byłem zamyślony, usłyszałem, jak coś poruszyło się w krzakach. Zarówno ja i Nick stanęliśmy i obserwowaliśmy stronę, z której pochodził dźwięk. Skupiłem się. Nie byłem przygotowany na schwytanie zwierzyny, ale… kto wie? Zrobiłem dosłownie jeden kroczek. Moim oczom ukazał się ogromny, czarny ptak. Wzleciał ponad konary i odleciał na północ. Westchnąłem cicho. To na pewno nie był normalny gatunek. Ma w sobie coś nadprzyrodzonego. Porozmawiam o tym później z Qui, może ona coś wie. Dalej kierowaliśmy się ścieżką wydeptaną przez różne zwierzęta. Racja, chodzimy „różnymi drogami”. Aczkolwiek jest jedna główna, która przecina las. Teraz mało kto tędy przechodzi. Wolą trzymać się w swoich mieszkankach – szałasach, jaskiniach, grotach, norach, lub dziuplach. Sami jesteśmy teraz narażeni na wiele niebezpieczeństw. Nadal nie kojarzymy naszych „sąsiadów”, czyli innych watah. Nie jest wykluczone, że jakiś nieznany wilk wyjdzie nam na spotkanie. Zdarzyło mi się tak tylko raz, czy dwa, ale byli oni nieszkodliwi. Miałem ich w zasięgu wzroku. Wymieniliśmy przelotne spojrzenia i odeszliśmy w swoje strony. Zupełnie pokojowo nastawieni. Właściwie to były to nasze tereny… mniejsza z tym, po prostu przeżyłem już spotkanie z nieznajomymi. Nie wymieniliśmy ani słowa. Tak, jakby nie było drugiego. Nie, żeby mi to przeszkadzało. Było mi to obojętne. Szliśmy dwadzieścia, może trzydzieści minut, ale dotarliśmy do celu. Wokół nas rosły pojedyncze sosny o wiecznie zielonych igłach, kamieniste wzniesienia i polany w towarzystwie szronu, śniegu i szarych chmur na niebie. Nie można było zapomnieć o dwóch małych wodospadach, u których ‘nóg’ znajdował się niewielki zbiornik wodny. Aktualnie temperatura tego była z pewnością poniżej zera i pokryta była cieniusieńką warstwą lodu, ale nadal było widać, choć niedokładnie, co dzieje się pod nią. Czyli nic ciekawego. Terytorium niby ponure i szare, ale mimo wszystko nie przygnębiało mnie. Lubiłem tu przebywać. Gdy spojrzałem na mojego towarzysza, ten stał i bacznie przyglądał się wszystkiemu wokół.
- Fajnie tu. Nie za kolorowo, nie za wesoło… - Szepnął. Jemu chyba też się tutaj spodobało.
Uśmiechnąłem się delikatnie i powędrowałem w stronę trzech skałek, które tworzyły... okrąg? Albo coś na jego podobieństwo. Możliwie chroniły one przed wiatrem, ale zależało to też od jego kierunku. Za sobą słyszałem powolne człapanie. Zadowolony usiadłem przy jednej  z większych skałek. Poszczęściło mi się, bo idealnie zasłaniała mnie od podmuchów wiatru. Nie oznacza to, że w ogóle go nie czułem. Stał się słabszy. Do głowy przyszło mi pewne pytanie.
- Nick, czy ty masz rodzinę? Nie musisz odpowiadać… po prostu… chcę się czegoś o tobie dowiedzieć.

< Nick? Nie wiem, co miałam napisać, ostatnio słabo mi idzie pisanie na watahach… >

poniedziałek, 12 września 2016

Od Shammen’a „Ja należę do tej watahy” cz. 2 (cd. chętny)

Tak jak zwykle, po całym dniu harówki, chciałem się przejść. Na niebie ani jednej chmurki, żar lał się z nieba. Wiele bym dał, aby słońce już zaszło, żeby już nie świeciło i w końcu stało się nieco chłodniej. Sierść ma pozlepiana była od potu, więc niewykluczone było, że za może godzinkę, półtorej, udam się nad rzekę, wodospad – cokolwiek, żeby tylko była tam woda zdatna do picia i taka, w której bez kłopotów mogę się ‘umyć’.
Nieświadomie nuciłem sobie coś pod nosem, prawdopodobnie jedna z kołysanek, którym Qui usypiała nie tylko szczeniaki, ale również mi. Takie piosenki po budowie, były… odprężające. Tak, nawet bardzo odprężające i jestem wtedy tak zmęczony, że zasypiam niczym mały wilczek. Zresztą i tak wychodzę na tym korzystnie. Jestem w końcu wyspany rano i nie muszę próbować zasnąć przez dwie, trzy godziny, zależy. Niby boli mnie wszystko, ale jednak z wpadnięciem w przysłowiowe objęcia Morfeusza mam problem. Czy naprawdę jestem aż tak nietypowy, iż zachowuję się inaczej, niż reszta wilków? I co jest tego przyczyną?
W zamyśleniu nogi zaniosły mnie na Łąkę na Południu. Nawet nie wiem, w którym momencie się tam znalazłem, lecz poczułem pod łapami miękką trawę, w której gdzieniegdzie były powtykane kwiatki, przeważnie gromady stokrotek i drzewa. Wszystko spowijała mgła, która chwilowo pogarszała mi wzrok. Rośliny w oddali wydawały się być tylko zielonymi plamami. Po środku terenu płynęła rwista rzeka, która zdawała się śpiewać i zachęcać mnie do ścigania. Dzisiaj mi coś naprawdę odbija, a wyobraźnia się obudziła. Dla własnej frajdy zacząłem biec wzdłuż niebieskiej wstążki. Na samym dnie umiejscowiły się kamyki w piasku, które w wodzie zdawały się lśnić. W rzeczywistości były jednak one matowe i już nie tak piękne, jak w ich naturalnym środowisku. Gdy popatrzyłem się nagle wprzód, a nie w mojego rywala, ujrzałem niewielkie drzewo, pod którym stał oparty wilk. Z pewnością basior, niby jest dość szczupły, ale po łapach zdawałoby się, że jednak jest on tej samej płci, co ja. Nie znałem go. Ja z wielu przyczyn nie przychodziłem na żadne zebrania, więc może i to jest nowy wilk. Ale chyba zawsze lepiej się upewnić. Równie dobrze może być to nieostrożny szpieg.
- Ej! – Zawołałem w jego stronę. Dzieliło nas tylko kilka metrów, więc musiał to usłyszeć.
Na dźwięk mojego głosu lekko podskoczył, ale szybko się opamiętał i gwałtownie obrócił głowę do tyłu. Próbował wytężyć wzrok, aby mnie rozpoznać, ale prawdopodobnie ze względu na moje umaszczenie mógł tylko wywnioskować, iż jestem wilkiem – nic poza tym. Może to i dobrze? Tylko troszkę się do niego zbliżyłem i przypatrzyłem. Mgła co prawda trochę utrudniała mi dokładną obserwację, lecz oczy tego ‘kogoś’ chyba były w kolorze miodu. Nie byłem pewien, ale tak przynajmniej zdawało się przy tamtym oświetleniu.
- Hej, nie rozpędzaj się! Jeszcze jeden krok w przód i będzie źle – Kiedy tylko usłyszałem te słowa, musiałem wysilić się, żeby odeprzeć atak niepohamowanego śmiechu.
Ten młodzieniec, który jest z pewnością ode mnie młodszy, uważa, że coś mi zrobi? To śmieszne. Jego słowa nie przeraziły mnie ani trochę, lecz postanowiłem mu odparować.
- To ty powinieneś zejść mi z oczu, jeśli Ci życie miłe – Jego zachowanie było tak rozbawiające, że sam postanowiłem wyrażać się na jego, no cóż, przyznajmy, niskim poziomie.
Basior roześmiał się w głos tak, jakby miał nie po kolei w głowie, co może być nawet możliwe. Uśmiechnąłem się delikatnie, ale nieznajomy raczej tego nie uchwycił, bo miał zamknięte oczy i musiał opierać się o pień, żeby nie przewrócić się.
- J – ja? JA? – Jego zachowanie było… tak dziwne, że aż śmieszne.
Może jakiś młodzik przypałętał się, zapewne zdany na łaskę starszych… Hehe. Chociaż… nie jestem nawet pewien. Jest w każdym razie góra pół roku starszy ode mnie, ale i tak zachowuje się jak idiota, niczym głupi szczeniak. Nie lubię takich typów, co prawda może nie są oni zbędni, bo byłoby bardzo nudno na świecie, ale nie zamierzam mieć kogoś takiego w Królestwie.
- Tak, ty – Nie chciałem, żeby pomyślał, że jestem szczerze rozbawiony zaistniałą sytuacją, więc spróbowałem dodać trochę stanowczości memu głosu, żeby przybysz zrozumiał, że nie jestem byle kim i musi uważać na słowa. I tak wątpiłem, że zrobiło to na nim wrażenie.
- A to niby czemu? – Chyba już się uspokoił, bo całej wypowiedzi nie przerywały niepokojąco brzmiące chichoty, od których już pękała mi głowa, a w niej cały czas słyszałem ten dźwięk.
Zastanawiałem się, czy może nie należy on do Białego Królestwa i nie wyda naszego pobytu. W końcu jednak zdecydowałem się mu wyjawić prawdę, bo mógłby mnie uznać za tchórza, który nie umie się wysłowić.
- Jesteś na terenie Czarnego Królestwa.
Cisza. Nie powiedział ani słowa. Przez chwilę myślałem, że uśpi moją czujność i nagle czmychnie w stronę nieprzychylnej nam ‘watahy’. Jednakże on wybuchnął tym swoim… eh… chyba inaczej tego nie nazwę – psychicznym śmiechem, który z pewnością był słyszalny na dużą odległość, bo zrobił to tak głośno, że odszedłem parę kroków, po moim ciele przeszedł dreszcz i ja sam się wzdrygnąłem. On nie może zbliżyć się do moich dzieci, bo tylko je wystraszy i jego śmiech będzie im się śnił w koszmarach. No dobrze, może zaprzestańmy fantazjowania i zabierzmy się do racjonalnego myślenia.
- Ja należę do tej „watahy” – Ups, chyba mi coś nie wyszło. Czyżby ten młodzik należał do tego samego stowarzyszenia co ja? I w dodatku nie zauważyłem go w ciągu nędznego miesiąca?
- W takim razie przepraszam – Próbowałem go przekrzyknąć, ale wszystko zagłuszał jego śmiech. Tak, jak wcześniej. Przewróciłem oczami, bo stawało się tu już irytujące. Ile można?
Finalnie odszedłem bez słowa, a w każdym razie ON tego nie usłyszał. Uszedłem dwa, może trzy metry, a śmieszek zamilkł.
- Gdzie idziesz?
- Tam, gdzie nie będziesz mi przeszkadzał – Nie chciałem udzielać mu normalnej odpowiedzi, bo w końcu nie chcę mieć dodatkowego ogona, cienia, który będzie za mną teraz łaził.
- Skarbie, zapomniałeś o czymś – A on chyba zapomniał, że do mnie nie może się tak zwracać. Nie jestem waderą.
Milczę i mam tylko nadzieję, że zinterpretuje to jako pozwolenie do ciągnięcia wypowiedzi.
- Nieważne, czy mi powiesz, czy nie, ja i tak mogę za tobą pójść – Mówił to tak lekko, jakby podążanie za czarnym wilkiem w zadaszonym lesie było błahostką. Nie zamierzam mu nawet tego ułatwiać, bo po co? Z łatwością zamieniłem się w cień.
- Ups, chyba już mnie nie widzisz. Tak wyszło – Nie zamierzałem prowadzić z tym ‘panem’ grzecznej konwersacji. Jeśli stosowałbym zasadę szacunek zasługuje na szacunek, to w tym momencie wykrzykiwałbym różne obraźliwe obelgi pod adresem… Nawet nie wiem, jak ma na imię. I chyba nie chcę wiedzieć.
Zrezygnowany odszedł. Gdy był już na skraju lasu, odwróciłem się w jego stronę i zagwizdnąłem cicho, żeby zwrócić na siebie uwagę. Tylko na chwilę popatrzył niedaleko miejsca, w którym stałem i delikatnie się uśmiechnął. Chyba można było to nazwać pożegnaniem. Nagle zachciało mi się puścić szaleńczym biegiem. Zrobiłem to, bo czemu nie? Kiedy poczułem zmęczenie, a byłem już wtedy daleko poza granicami lasu, zwolniłem do truchtu, aż w końcu do zwykłego, powolniejszego chodu. Zamieniłem się również w moją normalną postać. Szedłem w stronę Cmentarza, miejsca pochówku zdechłych wilków z Królestwa, lista tych wygnanych i tych, którzy odeszli. Jedno imię będę chyba pamiętał do końca życia – Anastasia. Nie wiem, czemu zapadło ono mi tak bardzo w pamięć. Chyba bawiłem się z kimś takim w swoim szczenięctwie. Zresztą, to imię jest bardzo ładne. Jednakże w większości przypadków to nasi opiekunowie wybierają nam imiona i nie mamy na nie wpływu. Równie dobrze moglibyśmy nie mieć imion, ale ułatwiają nam one porozumiewanie się i wskazywanie poszczególnych osób. Może i dobrze, że zostały one wymyślone? Z tymi głupiutkimi myślami w głowie doszedłem na miejsce, do którego chciałem dotrzeć. Drzewa okalające cmentarz, były jeszcze w zielonych, żywych kolorach, lecz i tak trzeba pogodzić się, że za chwilę nadejdzie Pora Nagich Drzew, a po niej Śniegowa Pora, czyli inaczej jesień i zima. Nazwy te wyciągnąłem gdzieś z rodzinnego domu, którego raczej teraz tak nie nazwę. A co by się stało, jeśli nigdy nie natrafiłbym na Czarne Królestwo, a Oberon nigdy by się nie urodził? Moje życie wyglądałoby na pewno inaczej, nie poznałbym Filos, nie miałbym dwóch słodkich szczeniąt. Reszta życia z Adelin wydawałaby się kusząca, ale teraz, gdy z moją obecną rodziną przeżyłem tyle radosnych, jak i smutnych chwil – nie zdecydowałbym się na to. Jeden dzień przeważył nad moim losem – narodziny najgorszego brata z najgorszych. Gdyby określić go w trzech słowach, bez wahania bym wiedział, jakich użyć – chciwy, egoistyczny i skąpy. Zdarzyło się to już dawno, chyba nie ma sensu, by roztrząsać tę sprawę i jeszcze bardziej wciągać w nią Qui. Razem… z Shaten, tak, z Shaten, z którą obecnie nie jestem obecnie w przyjacielskim stosunku do siebie nawzajem, pomogły mi w końcu zniszczyć koszmar. Nawiedzał on mnie prawie każdej nocy, za każdym razem te same emocje. Płakałem, a zarazem złościłem się i byłem przestraszony.
Starczy. Myślenie o tym, jeszcze bardziej niszczy mój dzisiejszy nastrój. Gdy się odwróciłem… co ujrzałem? Tego kretyna z Łąki. Swoimi ślepiami wpatrywał się prosto we mnie.
- Znów się spotykamy… tęskniłeś? – Kiedyś go zatłukę. Naprawdę.
Jest nieznośny. Nie wspomnę o śmiechu, który nadal dudni mi w głowie.
- No jasne. Bardzo lubię osoby o tak niskim poziomie IQ – Odparłem złośliwie. Wolno mi, więc czemu się nie odgryźć?
- Mówisz o wilkach, które stąd odeszły? Też tak sądzę.
Nic nie odpowiedziałem. Miałem dosyć. Po prostu zacząłem ignorować jego zaczepki, zająłem się leniwym grzebaniem w ziemi pazurem. Zrobiłem dwanaście, może nawet trzynaście dołeczków o głębokości kilku centymetrów. Dlaczego zaprzestałem? Bo Pan Grzeczny zadał jakieś w miarę sensowne pytanie godne mojej uwagi.
- Lubisz takie klimaty?
- No jasne, wszędzie trupy, pajęczyny, pokrzywy i cierniste krzaki. Wprost uwielbiam! – Rzecz jasna była to odpowiedź sarkastyczna, co dało się wyczuć również po moim głosie. Basior tylko przewrócił oczami i zaczął przechadzać się po placówce tak, jakby to był park, nie cmentarzysko i miejsce pochówku wilków, zapewne mu nie nieznanych. To ich zniewaga. Mógłby chociaż zobaczyć imiona tych, którzy nas opuścili. Śmierć ich zabrała, lub po prostu sprzykrzyło im się życie tutaj. Na mnie również przyjdzie czas. Często zastanawiam się, w jakich okolicznościach umrę. Ze starości, czy z powodu obrażeń lub choroby? We własnym domu, czy gdzieś poza nim? Czy będę jeszcze należał do Czarnego Królestwa? To wszystko stoi pod znakiem zapytania, a odpowiedzi nie chcę prędko szukać. Chcę jeszcze nacieszyć się życiem i zasmakować jego przyjemności. Mam bliskich, których obecność bardzo mi pomaga. Nie chcę tego wszystkiego stracić.
Jest jeszcze jedno, wręcz kluczowe pytanie: Czy istnieje życie po śmierci? A jeśli tak, to gdzie ono się rozgrywa? Czy będę pamiętał moje losy jako wilk? Czy będę w postaci duszy, która błąka się po świecie? Na te i inne pytania jeszcze sobie odpowiem… To pewne. Teraz pozostaje mi tylko żyć chwilą.
W zamyśleniu wpatrywałem się w krzaki naprzeciwko. Gdy coś zaszeleściło, dopiero wtedy ocknąłem się. Nowy zrywał liście ze starego klonu, więc nie było opcji, by był to on. W takim razie… kto?
To niedoświadczony królik wyskoczył prosto w moją stronę. Chciał biec dalej, ale ujrzał coś czarnego przed sobą – mnie tak dla ścisłości. Gdy uniósł łepek do góry, tylko się uśmiechnąłem. Zwierzak był tak przerażony, że stał jak słup soli i nie mógł się nigdzie ruszyć. Tą chwilę przerwał żartowniś, który znalazł się za moimi plecami, naskoczył na przybysza i krzyknął „Buu!”. Czy on kiedyś wyrośnie ze swojej bezczelności? Chciałbym to wiedzieć i mam nadzieję, że tak się stanie, bo to, co przed chwilą zrobił było bardzo nieeleganckie. Króliczek oczywiście czmychnął w stronę lasu, a ja rzuciłem basiorowi karcące spojrzenie.
- Tatuś się znalazł… - Wilk jak zwykle przewrócił oczami i posłał mi minę z serii „Jesteś totalnym przygłupem, więc się zamknij”.
Nie wiem, czy jest to tylko złudzenie… ale chyba w pewien sposób go polubiłem. Te jego miny i zachowania są momentami tak irytujące, że aż śmieszne. Być może nie jest taki zły, jakim wydawał się przed dwoma godzinami?...
- Jak masz na imię? Bo chyba to powinienem już wiedzieć.
- O, jakieś zainteresowanie moją osobą z Twojej strony… Nick. Właściwie Nickolas, ale nie chcę, byś się tak do mnie zwracał – Powiedział cicho w zamyśleniu. Z dużym wysiłkiem przytaknąłem głową i uległem jego prośbie.
- Shammen – Zrozumiałem, że samemu też wypadałoby się przedstawić. – Ja już będę się zbierał. Rodzinka czeka.
Ten tylko słabo się uśmiechnął i pozwolił mi odejść. Co on będzie o tej porze robił na cmentarzu? To zastanawiające.
Znów czekała na mnie ścieżka w lesie. Obserwował mnie pewien bury wróbelek, którego chyba już widziałem. Nie prowadził mnie nigdzie, po prostu przeskakiwał sobie z gałęzi na gałąź i dostosowywał czasem szybkość do mojego chodu. Tak minęła cała droga. Niby w milczeniu, ale czułem się tak, jak gdybym przez cały czas porozumiewał się z tym uroczym maluchem. Może i potrafię rozmawiać z innymi gatunkami zwierząt, ale ten był tym razem jakoś mało rozmowny. Zaraz jednak atmosfera nie była taka spokojna i gdy przechodziłem obok niewielkiego rogu, ktoś wyskoczył z krzaków.

< Ktoś chętny? Nickolas również może mi odpisać >

środa, 3 sierpnia 2016

Od Shammen’a „Pobawimy się w chowanego?” cz.7 (C.D Filos)

Było południe. Słońce umiejscowiło się dokładnie na środku nieba, mocno grzejąc. Wokół niego nie było ani jednej chmurki. Żar lał się z nieba. Kilka wilków co chwila kładło się pod drzewem ze zmęczenia upałem. Ja na szczęście nie należałem do tej małej grupki.
Przenosiłem wraz z niewielką „ekipą” wiadra z wodą dla spragnionych zwierząt pracujących na budowie. Niezbyt interesujące zajęcie, lecz bez takich jednostek jak my, wiele ich padło by z pragnienia. Takie upalne dni nie zdarzały się często i niby powinniśmy się cieszyć, że w lato nie zaczął padać śnieg, ale wolałbym, żeby chociaż deszcz padał. No, może nie deszcz, bo wtedy zbudowanie Czarnego Pałacu graniczyłoby z cudem, jednakże jakiś kapuśniaczek nie zaszkodzi. Lub gdyby nawet chmury na chwilę zasłoniły potężną, nagrzaną gwiazdę. Nie można było nawet spojrzeć na niebo i zorientować się, jaka jest pora, bo promienie słoneczne były oślepiające. Jeden z najgorszych letnich dni, jakie przeżyłem. Chciałem, aby był wieczór. Po pierwsze, spotkałbym się z rodziną. Po drugie, nie byłoby już takiego upału. Po trzecie, nie musiałbym wykonywać monotonnego zadania, jakim było przenoszenie wody dla spragnionych towarzyszy. Zaprzątałem sobie głowę podczas pracy takimi błahostkami jak to, czy w zimę mój szałas przeżyje wszystkie opady śniegu, czy uda mi się pogodzić z Shaten, o ile jestem z nią rzeczywiście pokłócony. I tak do zmierzchu. W końcu, jeśli ma się taką nudną robotę… chyba takie myśli to codzienność? Mniejsza z tym. Miałem przynajmniej okazję zobaczyć, jak słońce chowa się za horyzontem, zostawiając za sobą pomarańczowe niebo. Widok wspaniały. Severus rutynowo podziękował za naszą pracę i zapraszał poszczególne wilki na jutrzejszą pracę. Wymienił również mnie. W końcu. Jutro ostatni dzień, a później pracuję już na zmiany. Nie, żebym był przeciwny rozwojowi królestwa. Po prostu chciałbym połowę dnia poświęcić znajomym, rodzinie i rozrywkom. Teraz był czas na drugą przyjemność tego dnia, chyba że nie liczy się przywitanie z własną żoną. Mogłem odetchnąć, idąc lasem, wdychając ten zapach, a pod łapami mając piaszczystą ścieżkę. Chciałem, aby taki spacer był możliwy codziennie. Za parę miesięcy nie będzie już to możliwe. Nadejdą chłody, każdego dnia może nagle lunąć, spaść grad lub zacznie prószyć śnieg. Polowanie będzie trudniejsze, ze względu na połacie białego puchu i brak zwierzyny. Moim zdaniem zima, to najtrudniejszy okres w roku. Może do tej grupki należy również lato, gdyż jest gorąco, ale wtedy można iść nad rzekę. W zimę raczej w szałasie się nie ogrzejesz. Możesz ewentualnie przemienić się w człowieka i zerwać trochę mchu i innych leśnych darów, którymi jako tako można się przykryć. Ja akurat nie mam takiego przywileju, ale Qui?...
- Później się tym będę martwić – Szepnąłem nieświadomie sam do siebie.
Czy wariowałem? Być może. Zapewne przez cały dzień w pracy. Wykańczała mnie już po kilku dniach. Wiedziałem, że raczej nie powinno tak być. Jestem widocznie zbyt słaby. Trzeba przyznać, że otoczenie i aktualne sytuacje również mogą mnie męczyć.
Z takimi rozmyśleniami wparowałem również do szałasu mojej… śpiącej rodzinki? Tak, owszem, Filos przytulona do szczeniaków spała jak suseł. Jedynie Onyx otworzył oczy i uśmiechnął się widząc mnie. Położyłem się obok niego i wysunąłem w jego stronę łapę. On swoją małą łapkę położył na mojej. Kąciki mojego pyska lekko się uniosły. Urocze. Przez chwilę wpatrywałem się w jego niebieskie oczy. Wyrwał mnie z tego ruch Qui. Otworzyła lekko oczy.

< Qui? W końcu chyba skończą się całe dnie w robocie, więc może będzie ciekawiej :P >

czwartek, 28 lipca 2016

Od Shammen’a „Pobawimy się w chowanego?” cz. 5 (do Filos)

Przez cały dzień, aż na niebie widać było pomarańczowo–fioletowe smugi, które oznajmiały o przybyciu zmroku, przenosiłem na swych barkach deski potrzebne do zrobienia szkieletu Czarnego Pałacu. Co chwila musiałem uważać, czy drewno na pewno się nie zsuwa i prosić inne wilki o pomoc w równym ułożeniu go na grzbiecie. Pod koniec dnia, skończyliśmy szkielet, co oznaczało kolejny etap pracy. Musiałem pilnować ludzkiego urządzenia, które mieszało szarą maź nazywaną cementem. Miałem choć chwilę wytchnienia. Podstawiałem wiadra, aby gęsta ciecz się do nich wlewała, a nie spływała powoli na ziemię. Gdy Severus odwołał wszystkich pozostałych, mogłem i ja w końcu zajrzeć do rodziny. Szedłem przez tak dobrze znajomy mi las, a pewien kruk natrętnie mi się przyglądał. Zignorowałem go. Wylądował na ziemi przede mną i zaskrzeczał głośno. Co on mógł ode mnie chcieć…? Wzbił się znów w powietrze i zajął niską pozycję. Równie dobrze mogłem spróbować, żeby znalazł się w moim pysku, ale o dziwo sam z siebie zacząłem za nim biec. Prowadził mnie w stronę… Kwiecistej Łąki? Przynajmniej tak mi się wydawało.
- „Gdzie mnie prowadzisz?” – Spytałem w mowie ptaków. Chociaż raz ta umiejętność do czegoś się przydała…
- „Ja? Ciebie? Skąd. Po prostu cię zaczepiłem” – Odpowiedział i uniósł się wyżej. Mogłem już usłyszeć tylko jego cichy śmiech. Mała wredota. Niezadowolony znów skierowałem się do szałasu Filos. Tym razem wokół mnie nie było żywej duszy. Tylko ja sam. Dotarłem do celu, gdy niebo było już całe pomarańczowe. Zajrzałem do szałasu. W środku moja partnerka opowiadała coś szczeniakom. Gdy wszedłem, zamilkła.
- Co dziś robiliście? – Zapytałem z wymuszonym uśmiechem. Próbowałem, by był jak najbardziej szczery. Byłem wykończony, a w dodatku przygoda z tym ptakiem… uh.

< Qui? Nie za bardzo wiem, jak rozwinąć opowiadania z budową, ale ćśś .-. >

środa, 13 lipca 2016

Od Shammmen’a „Pobawimy się w chowanego?” cz.3 (C.D Filos)

- Wiesz, że nie podsłuchuje się rozmów dorosłych, młoda damo? – Spojrzałem groźnie na córkę. Już nie pierwszy i teraz pewnie nie ostatni, Istoria podsłuchiwała moje rozmowy z Filos, która właśnie wyłoniła się zza mnie.
- Tata ma rację. Tym razem wam odpuszczam, bo podejrzewam, że Onyx’owi niezbyt się spodobał ten pomysł, ale lubi robić to, co ty. Chodźcie, to pójdziemy się pobawić na Łące Wysokich Wysepek. Shammen, idziesz z nami?
Skinąłem porozumiewawczo głową, ale po chwili namysłu dodałem:
- Tylko będę musiał trochę wcześniej skończyć, muszę iść na budowę Czarnego Pałacu.
Wadera nic nie odpowiedziała i razem dotarliśmy do celu. W międzyczasie Ria zdążyła zerwać jakoś pyskiem kilka kwiatków i wręczyła mi mały bukiecik.
- Oj, już dobrze, nie gniewam się – Uśmiechnąłem się ciepło do szczeniaka i zacząłem opowiadać mu śmieszne historie z mojego dzieciństwa. Aby nie było tak nudno, dodawałem parę szczegółów… Bo jednak w mojej wczesnej młodości nie było zbyt wiele ciekawych, jak i zabawnych, zdarzeń. Mimo wszystko zadowoliłem wymagającą słuchaczkę i bez żadnych kłopotów udało się przebyć całą drogę. Graliśmy w berka, jak i w chowanego. Minęła może godzinka, ale zdawałem sobie sprawę, że teraz jestem potrzebny w budowie Pałacu. Podszedłem do Filos i powiedziałem jej tylko, że do szałasu wrócę wieczorem, bo muszę odpracować kilkanaście poprzednich dni i że przez cały tydzień tak będzie. Uśmiechnęła się tylko smutno i wróciła do zabawy ze szczeniakami. Ja potruchtałem na budowę, gdzie czekał już Severus. Wyznaczył mi zadanie i poszedłem do mojego stanowiska.
~*~
Słońce powoli znikało z horyzontu i wszyscy pracownicy mogli już opuścić plac budowy. Wyczerpany, powoli dotarłem do swojego szałasu. Gdy przechodziłem obok szałasu Qui, usłyszałem tylko, jak śpiewa kołysankę, więc zajrzałem, szczeniaki już spały. Powoli oddaliłem się i zdając się na przeczucie, śpiący i wykończony, podszedłem, jak się zdawało w ciemnościach nocy, mojego szałasu. W istocie tak było. Rozpoznałem szafeczkę, albo coś, co miało być szafeczką z kilku gałęzi oraz moje posłanie. Bez zastanowienia położyłem się tam i nim minęło parę chwil, już spałem.
~*~
- Shammen! Shammen! Obudź się ty śpiochu! – Usłyszałem nawoływania Filos. Wstałem jak oparzony i wyszedłem przed szałas. Wadera była naprawdę zdenerwowana.
- Co się stało? – Spytałem, nadal jeszcze zaspany.

< Qui? >

środa, 25 maja 2016

Od Shammen’a „Mam dość jej zachowania” cz.1 (C.D Filos, lub Shaten)

Patrzyłem, jak w Filos wyczerpaną po porodzie wtula się dwójka małych wilczych szczeniąt. Dokładniej mówiąc ssały mleko, którego miały pod dostatkiem, o ile ich matka miała co jeść. Shaten, jak się domyśliłem, wyszła i chyba nie miała ochoty na przyglądanie się potomstwu przyjaciółki. Nie akceptowała mnie przy boku Qui. Bardzo tego żałowałem. Nie chciałem opowiadać mojej partnerce, jak jej koleżanka wpadła w furię i mnie zaatakowała. Niepotrzebnie by się martwiła, a Shat na pewno była tylko podenerwowana ciążą wilczycy… tak za każdym razem próbowałem sobie to tłumaczyć, ale dobrze wiedziałem, że tak nie jest i okłamuję samego siebie. Shaten uważała mnie za wroga, kogoś, kto zabrał jej Filos. Z jednej strony jej współczułem, a z drugiej uważałem, że jest zbyt zaborcza i chce mieć ją tylko na wyłączność. Przypomniała mi się Adelin, ale od razu odepchnąłem ją na bok. Czemu? Sam zdziwiłem się tą reakcją. To był wilk, którego niegdyś obdarzałem uczuciem, ale teraz… trzeba było go odrzucić. Sam nie wiem, co się teraz z nią dzieje, czy Oberon rzeczywiście zmusił ją do małżeństwa. Było to całkiem prawdopodobne. Teraz mam rodzinę, przyjaciół, watahę i waderę, która znienawidziła mnie po tym, gdy to zawarłem związek z jej przyjaciółką. Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk. To jedno ze szczeniąt poruszyło się i odwróciło się w moją stronę. Nie widziało, ani nie słyszało. Ale czuło. Ciepłym językiem wylizałem mu łebek, gdyż był to samczyk – Onyx. Nie da się zaprzeczyć, że był do mnie podobny. Istoria natomiast grzecznie korzystała z pokarmu dostarczanego jej przez mamę. Miałem rodzinę, watahę, przyjaciół, szczęście… wszystko toczy się tak powoli, a ile w tym czasie jest cierpienia, bólu i strachu? Dużo, ale z pewnością jest to godna cena tego, co czeka nas później. Mały basior znów próbował dotrzeć do matki i ssać mleko. Położyłem się obok Filos i zasnąłem, zmęczony tym nocnym zdarzeniem.
~*~
Obudziło mnie ciche skomlenie. To Onyx wtulał się we mnie szukając miejsca, skąd mógłby czerpać pokarm. Najwyraźniej pomylił mnie ze swoją rodzicielką. Delikatnie poprowadziłem malucha do niej, a sam wstałem i wyszedłem z szałasu. Była słoneczna pogoda, która aż wymuszała na mnie chęć pospacerowania po terenach watahy. Byłem pewien, że Filos poradzi sobie i nie weźmie mi tego za złe, więc obejrzałem się na nią. Uśmiechała się przez sen. Odwróciłem się i rozglądając pomyślałem, w którą stronę mam pójść, by dotrzeć do Cmentarza Pamiętliwej Duszy. Oczywiście w kierunku północno – wschodnim. Dziarskim krokiem podążałem w stronę nieco smętnego miejsca. Miałem zamiar pójść tam po raz pierwszy, a tak naprawdę po raz pierwszy przyjrzeć się temu miejscu i z czystej ciekawości poczytać, kto odszedł, a kto zmarł. Tak jak się spodziewałem – na lekko przechylonym kamieniu, który umieszczony został w ziemi na początku Cmentarza, widniała lista wilków, które odeszły, zostały wygnane. Anastasia… ona sama odeszła… Leana wygnana…
~*~
Przeczytałem całą listę. Wszystkie wilki zostały wykluczone z watahy oprócz Anastasii. Zero zgonów. Powolnym krokiem powróciłem znów do szałasu. Qui już się obudziła i przyglądała się szczeniakom. Gdy wszedłem, posłała mi uśmiech i gestem głowy pokazała na śpiące pociechy. Chyba chodziło jej o to, bym nie zachowywał się zbyt głośno, aby ich nie obudzić. Słusznie. Położyłem się koło mojej rodzinki i również jej się przyglądałem, tak jak ona mi.
- Severus już wie? – szepnąłem do partnerki.
- Tak, poprosiłam Skayres, by mu przekazała, sama nie mam siły, a ty gdzieś poszedłeś. – Spojrzała na mnie badawczo, skąd domyśliłem się, że mam jej to wyjaśnić.
- Ach tak, byłem na spacerze. Jest piękna pogoda, a nogi zdrętwiały mi od ciągłego leżenia. – Uśmiechnąłem się przepraszająco, a wadera tylko cicho się roześmiała. Po raz pierwszy nie przypomniała mi się od razu Adelin. Przezwyciężyłem tą myśl i teraz mogłem zacząć żyć teraźniejszością. W końcu. Nieświadomie westchnąłem.
- Coś się stało? – Spytała zaskoczona Filos.
- Po raz pierwszy nie przyszła mi od razu na myśl Adelin, gdy się śmiejesz. – Szeroko uśmiechnąłem się, zadowolony z własnego, małego sukcesu. Wilczyca przytuliła się do mnie, a ja czułem jej ciepło. Jeszcze nie tak dawno to uczucie było tylko marzeniem, lub wspomnieniem z poprzednich lat. Teraz stało się realnością, zamiast tylko wyobrażeniem. Mogłem kochać, lubić, nienawidzić. Miałem zresztą kogo, nie licząc tego ostatniego uczucia. Nie byłem zły na Shaten. Nie mogłem wiedzieć, jak się czuła, bo nie do końca byłem w takiej sytuacji. Oberon chciał mi zabrać Adelin, ale to nie ta sama sytuacja, która zaistniała w obecnym momencie. Miałem wrażenie, że nigdy nie zrozumiem uczucia, którego musiała zaznawać Shat. Tylko okrężnie słyszałem o Evets, jej odbiciu. Sam widziałem ją tylko raz i chyba nie miałem ochoty dokonać tego po raz drugi. Również przytuliłem Qui i… ponownie zasnąłem, choć było dopiero wczesne popołudnie.
~*~
Po raz kolejny obudziłem się. Moja partnerka czyściła dwie puchate kulki, którym najwyraźniej czynność ta przypadła do gustu. Ni stąd, ni zowąd, w szałasie znalazła się… Shaten! Z czerwonymi od wściekłości oczyma, nienawistnie świdrowała mnie wzrokiem.
- Teraz już przegięłaś. – Sam wpadłem w furię, miałem powoli dość zachowania przyjaciółki Filos.
- Shammen… ja to załatwię. – Powiedziała stanowczo wadera i podeszła do rozwścieczonej osoby o krwistych ślepiach.

< Filos, Shaten? >

poniedziałek, 2 maja 2016

Od Shammen’a „Dzień za dniem mija... ale każdy jest inny” cz.1 (cd. Filos/Shaten)

Obudziłem się. Leżałem na kępce mchu w moim szałasie, w którym spędzałem niemalże każdą noc, oczekując następnego, czasem monotonnego, dnia. Leniwie podniosłem się z posłania i wyszedłem z szałasu. Zastałem słoneczny poranek, gdzieniegdzie na błękitnym niebie zdołałem ujrzeć nieliczne białe, puszyste chmury, uporczywie kierujące się na zachód. Uświadomiłem sobie nagle, iż powinienem znajdować się teraz na placu budowy. Jeszcze śpiący i lekko osowiały, powolnym krokiem dążyłem do roboty, prosto mówiąc. Czekała mnie 'harówka' przy budowie Czarnego Królestwa, ale przynajmniej poznam inne wilki, o ile ktoś nie zrazi się moim zachowaniem bądź wyglądem. Do moich uszu dobiegał już głos Severusa wydającego polecenia pozostałym budowniczym. Powoli wychodziłem z zagajnika, który dzielił mnie od placu. Samiec Alfa, władca Czarnego Królestwa, wyglądał majestatycznie stojąc na skale o wysokości mniej - więcej półtora metra, nie można tego ukryć. Zauważył mnie, a ja z grzeczności lekko się ukłoniłem (co ma oznaczać samo schylenie szyi razem z głową), oraz podążyłem w kierunku wyznaczonym przez Severusa. Moim zadaniem było wyłącznie przenoszenie bali drewna do dwóch pozostałych basiorów, formujących kształt jednej z budowli. Wyglądało na to, że w dniu jutrzejszym, czeka mnie przenoszenie cegieł, bądź cementu. Sam mało znam się na tym fachu, a robię budowlaną pracę tak, jak mi powiedzą, nie mogę mędrkować na temat architektury, ba, nawet mi nie wolno! Wyróżnianie się z tłumu na ten sposób nie jest wyjątkowo dobrym pomysłem. Gdybym tylko mógł, w ogóle bym tego nie robił, ale dobrze by było poznać chociaż część watahy. Znam tylko trzy wilki i nikogo poza tym. Nie narzekam na to towarzystwo, ale Filos, Shaten i Severus nie są wielką gromadą. Ładowałem deski na moje barki, jednak zdawało się, że ich nie ubywa, chodziłem raz w jedną, raz w drugą stronę, monotonna to była praca, ale przynosząca efekty. Każdy był małą jednostką, składającą się na cały zespół budowniczych, dzięki którym możliwy jest rozwój Królestwa. Zauważyłem Filos rozmawiającą na uboczu z Shaten. W pamięci wciąż miałem wczorajszy dzień, niezwykły, wręcz magiczny. Podszedłem na chwilę do dziewczyn.
- Cześć! – Z uśmiechem na twarzy przywitałem się z waderami.
- O, cześć Shamm. – Jednocześnie odpowiedziały. – My mieszamy cement, a ty?
- Przenoszenie desek. Jak zazwyczaj. – W moim głosie nadal można było usłyszeć podniecenie spowodowane dniem wczorajszym. Filos miała chyba takie same odczucia. Shaten przyglądała nam się zdziwiona, gdy szeroko się do siebie uśmiechaliśmy. Najwyraźniej nie wie jeszcze o związku moim z Qui. Nie chciałem jednak mówić o tym Shat, Filos, jako przyjaciółka, powie jej wtedy, gdy będzie uważała za słuszne. Odwróciłem się i wróciłem do pracy. Pomiędzy późnym rankiem a popołudniem znalazła się chwila na odpoczynek, ale potem, aż do późnego wieczora, praca wyciskała ze mnie siódme poty. Z Qui i Shaten skończyliśmy o tej samej porze, co oznaczało wspólny powrót.
- Wybieramy się gdzieś jutro? – Zapytałem moje towarzyszki.

< Filos? Shaten? BW. Zresztą to tylko początek. >

czwartek, 21 kwietnia 2016

Od Shammen’a „Walentynki” cz.5 (C.D Filos)

- Boję się, jak to wpłynie na naszą przyjaźń damsko–męską, która często prowadzi do tego, co zdarzyło się ostatnimi czasy. Chodzi mi o nic innego, niż o to, że coś w stosunku do ciebie poczułem. Prędzej czy później by się tak zdarzyło. – Z napięciem oczekiwałem odpowiedzi wadery i wpatrywałem się w ziemię. Po chwili zdobyłem się na popatrzenie się jej prosto w parę miodowych oczu. Powoli moja szyja wraz z głową podniosły się.
- Shamm. Nic z tego nie zrozumiałam. Ja... po prostu cię kocham. – Po tych słowach wypowiedzianych melodyjnym głosem Qui, zwyczajnie ją przytuliłem. Nie byłem w takiej sytuacji od rozstania z Adelin. To tego mi brakowało. Poczucia pewności, że jest ktoś, na kim mi zależy i wzajemnie. Nie wykluczam, że o byłej partnerce pamiętałem, ale dzieliły nas setki, jak nie tysiące kilometrów, o ile wilczyca jeszcze żyje. Przemogłem się i spróbowałem na chwilę, na ten jeden jedyny moment zapomnieć o tym, co było kiedyś. Wczułem się w tą chwilę, nie żyjąc przeszłością, która minęła i teraz nie była ważna. Filos pomogła mi przestać męczyć się tym, co było KIEDYŚ. Doceniałem, że jej się to udało. Owszem, nie wymażę tego ‘wszystkiego’ z pamięci, ale mogę przynajmniej przestać się tym martwić.
- Proponuję spacer. Co ty na to? – Powoli się odsunąłem, potykając się tym samym o gałązkę. Wywinąłem kozła, a do mych uszu doszedł delikatny, cichy śmiech wadery, do którego się przyłączyłem. Niekiedy jestem prawdziwą niezdarą. Powoli, uważając na przeszkody na mej drodze zwanymi gałązkami, kamykami i śliskimi liśćmi, które miały kąpiel w kroplach deszczu parę godzin temu, wstałem.
- Oczywiście. – Qui również się uśmiechnęła i szliśmy bok w bok… sam nie wiem gdzie. Po prostu, gdzieś, nie interesowało nas to. Moim jedynym uczuciem było szczęście. Nie byłem już kłębkiem nerwów, nie tłumiłem swoich emocji, czułem się wolny od ograniczeń i wszelkich możliwości. Spacerowaliśmy po Lesie Conteilaxne i Condiamida, a gdzieś w dali dochodziły nas dźwięki wodospadu. Czuć było zapach wielu kwiatów, rozsianych po całym lesie, tworzyło to wyjątkową, przyjemną atmosferę. Miałem niezwykłe przeczucie, że zostanę w Czarnym Królestwie na długo. Tym bardziej po usłyszeniu pogłosek na temat rodziny Severusa, jego bracie z Białego Królestwa, co jeszcze bardziej upewniło mnie o słuszności założenia watahy-królestwa. Niespodziewanie zatrzymałem się, i delikatnie białymi zębami zerwałem najzwyczajniejszą w świecie stokrotkę o płatkach białych jak śnieg, a środek zdawał się być małym słońcem. Nie byłem na tyle czuły, by łodyga nie naderwała się, ale mimo to z szerokim uśmiechem podarowałem go waderze. Ta tylko zaśmiała się cicho swoim melodyjnym, pięknym głosem, a ja włożyłem kwiat Filos za ucho. Wyglądałem może wcześniej jak głupek, szeroki uśmiech, w pysku delikatnie trzymałem kwiat stokrotki, a łodyga była nadłamana. Cóż, jestem jaki jestem, czyli przede wszystkim szczęśliwy. Niezmiernie szczęśliwy. Wolałem zakochać się dwa razy, niż nigdy. Być może wtedy nie wiedziałbym, co oznacza kochanie i nie tęskniłbym za tym uczuciem. Sam nie byłem nawet wyobrazić sobie świata bez czułości. Oczywiście, bez przesady, ale uczucie większej sympatii do drugiego wilka jest naprawdę przyjemne, mówię tu także o przyjaźni. Każda więź jest wyjątkowa, inna i wspaniała, chyba prawie każdy z nas stracił kiedyś przyjaciela. Na myśl od razu przyszła mi Adelin, rodzina, wataha – przeszłość. To wszystko było parę, dobrych lat temu, może miesięcy, straciłem rachubę czasu. Zyskałem jednak nową rodzinę, którą jest Czarne Królestwo. Z jednymi mam na pieńku, a z drugimi pozytywne stosunki, jednak nie tylko z przyjaciół świat się składa. Nawet, jeśli wrogów mam niedużo, to bez nich nudno byłoby na tym świecie. Nieświadomie uśmiechnąłem się w rzeczywistości. Nadal rozmyślałem o przeszłości, gdy poza myślami, wywinąłem kozła potykając się o wystający korzeń z ziemi. Filos pokładała się ze śmiechu, ja do niej dołączyłem, zamyśliłem się do tego stopnia, że nie rozróżniałem rzeczywistości od fikcji. Szybko powstałem z ziemi i razem z wilczycą zbliżaliśmy się coraz bliżej do wodospadu. Dźwięki szumiącej wody stawały się wyraźniejsze i głośniejsze. Gdy wyszliśmy zza krzaków, ujrzeliśmy Shaten stojącą przy brzegu i wpatrującą się w lustrzaną taflę wody.
- Shat! – Moja towarzyszka podeszła do swojej przyjaciółki z optymistycznym, szerokim uśmiechu na śnieżnobiałym pysku.
- O, cześć Qui. – Domyślałem się, ile wysiłku stworzyło Rav uśmiechnięcie się. Dokonała tego. – I Shamm.
Odwzajemniłem ‘krzywienie pyska’, po czym zbliżyłem się do wader.
- Proponuję przechadzkę. – Po moich słowach obie wilczyce uporczywie się we mnie wpatrywały, co miało chyba oznaczać, żebym zdecydował o celu spaceru. Po chwili więc dodałem.– Może Amfiteatr Mortiteminate?
Filos i Shaten energicznie pokiwały głowami i w trójkę podążaliśmy w stronę wyznaczonego miejsca. Drodze towarzyszyły śmiechy, rozmowy, te krótkie i dłuższe, lub błoga cisza, wymieniająca się z pozostałymi dwiema okolicznościami. Wspaniale było spacerować razem, atmosfera była przyjemna, adekwatna do przechadzki. Las powoli przerzedzał się, a my z niego wychodziliśmy. Mały wróbel ćwierkał, a jednocześnie przelatywał, bądź przeskakiwał z gałęzi na gałąź, by nas obserwować. Lekko rozśmieszyło mnie jego zachowanie, uważał nas widocznie za wilczych intruzów. Obie wadery pogrążone w rozmowie, nie zauważyły małego ptaka, który najwyraźniej chciał również przykuć nie tylko moją, ale i towarzyszek. Wątpiłem, żeby zaczynało się już przedstawienie, było dopiero późne popołudnie. Coraz bardziej zbliżaliśmy się do budynku Amfiteatru.
- Shaten, zostawisz nas na chwilę samych? Chcę porozmawiać z Filos. – Uśmiechnąłem się do Shat, która zaraz podążała dalej do miejsca docelowego. Zaskoczona Qui odeszła ze mną na bok drogi.
- Coś się stało Shammen?
- Czy zostaniesz moją partnerką?

< Filos? Brak weny. >

środa, 13 kwietnia 2016

Od Shammen’a „Serce czy umysł?” cz.3

- To teraz moja kolej… - Szepnąłem. Znów nas wszystkich otoczyła biel. Widziałem Siebie i Adelin. Shaten, ja i Qui byliśmy ukryci w krzakach, gdyż Ja i Moja partnerka w koszmarze byliśmy w lesie. Widziałem z dala Oberona. Pora odciągnąć Sennego Mnie od Adelin, a Oberona również.
- Mój koszmar, to przechadzka moja i Adelin, gdy Oberon przybiega i zabiera mi ją… Nieważne, Filos, ty odciągniesz Sennego Mnie, rzuć we Mnie śnieżką, czy coś. Ty Shaten, odciągnij uwagę Oberona. Przypomnę, że jest chciwy i z pewnością zainteresuje się kryształami. Ja zajmę się Adelin. – Znów robiłem coś głupiego. Ale nie ma innej rady. Qui rzuciła we Mnie śnieżką, Shaten pobiegła w osłonie lasu do Oberona, wyczarowała za nim kryształy i wypowiedziała jego imię. Ten obrócił się i zaczął biec do iluzjonistycznych klejnotów. Senny Ja obejrzałem się i rzeczywiście pobiegłem w stronę, skąd pochodziła śnieżka. Teraz pora zająć się Adelin. Podszedłem do niej.
- Chodź, zaprowadzę cię gdzieś. – Uśmiechnąłem się do niej, a ona zrobiła to samo. Nie wiedziałem gdzie iść, bo do końca nie znałem mojego snu, oprócz klifu, gdzie we śnie spadłem. Cóż, warto spróbować. Zaprowadziłem tam znaną mi waderę. Zobaczyłem biegnącego, Sennego Mnie. Od razu zasłoniłem Mnie przed Adelin.
- Coś się stało? – Spytała zdziwiona. Potrząsnąłem głową, co miało oznaczać „nie” i wszedłem z waderą na sam koniec klifu. Kątem oka obserwowałem, co się dzieje. Dostrzegłem Oberona, biegnącego do nas. Wiedziałem, co mam zrobić. Zasłoniłem ciałem Adelin. Jednak przyszło mi na myśl, że i tak Adelin jest w łapach Oberona… ale chodzi tu tylko o koszmar. Gdyby Oberon mnie zabił, obudziłbym się i nie nękał mnie sen, jak to mój rodzony brat zabiera mi partnerkę. Wilk powalił mnie na ziemię, zamknąłem oczy i spadłem z klifu. Obudziłem się. Obie wadery jeszcze spały. Zaraz obudziła się Shaten.
- Twój brat jest żałosny. Żeby tak biec za iluzją, bo jest się tak chciwym… - Skinąłem tylko głową i popatrzyłem na Filos. Budziła się.
- I jak poszło? – Uśmiechnąłem się do wadery, która ospale podniosła głowę.
- Zainteresował się jakimś zającem przebiegającym nieopodal. – Qui potrząsnęła głową, by się ‘rozbudzić’ i wyjść z sennego transu. – Teraz pora na koszmar Shaten.

< Nie wiem jaki ten koszmar, a kompletnie nie wiedziałam, jak mam odpisać. Shaten? Bądź mą nadzieją. >

sobota, 20 lutego 2016

Od Shammen’a „Walentynki” cz.3 (C.D Filos)

Słowa Filos trochę mnie przejęły. Dreptałem w kółko. Zdążyłem pobiec aż do lasu. W sumie wypowiedź wadery nie miała w sobie nic strasznego. Gdyby nie futro, na moich policzkach znajdowały by się czerwone rumieńce. Nie zwykłem do takich słów, od rozstania z Adelin… znów potworna wizja śmiejącej się Filos i byłej partnerki przed oczami. Postanowiłem jednak wrócić. Zawstydzony ze spuszczoną głową zacząłem podążać do górskiego pasma znajdującego się nie dalej, niż dwadzieścia metrów. Zachowałem się wręcz głupio uciekając. Co takiego było w jej wypowiedzi, że wymsknęły mi się zupełnie niepotrzebne słowa? Ze złości, smutku i wstydu warknąłem na siedzącego na gałęzi ptaka. Było to do mnie niepodobne. Zachowałem się krótko mówiąc, bezczelnie, w stosunku do przyrody. Bez powodu przestraszyłem małego wróbla. Zwierzę oderwało się od gałęzi, rozprostowując małe skrzydełka. Odleciało w nieznaną mi stronę. Zaraz pożałowałem, że go przestraszyłem. Mój instynkt wilka budził się co pewien czas, sprawiając, że zachowywałem się inaczej niż zwykle w stosunku do swojego żywiołu. Chciałem wyszeptać „Przepraszam”, ale ptak już odleciał. To była moja wina. Tak samo zapewne skrzywdziłem Qui. Żałowałem wypowiedzianych wcześniej przeze mnie słów. Gdzieś w powietrzu unosił się zapach wadery. Zacząłem ją wołać.
- Filos! Nie chciałem, przepraszam… proszę, wyjdź gdziekolwiek jesteś. – Nawoływałem waderę. Zapach był słaby, być może jeszcze z czasu, gdy tu wędrowaliśmy.
- Tu jestem. – Zza krzaków wyłoniła się biała wadera i przemówiła melodyjnym, delikatnym głosem. Zauważyłem jej łzę. Nieśmiało wyciągnąłem łapę i otarłem kroplę słonej łzy spływającej po futrze Qui.
- Nie chciałem, przepraszam. – Popatrzyłem w pełne głębi, miodowe oczy wadery. Lekko się uśmiechnąłem po czym postawiłem łapę na ziemi. – To idziemy w te góry?
- Pewnie. – Filos spuściła wzrok. Nie chciałem, by tak wyszło. Tak nie miało być. Czy zaprzepaściłem wszystko? Czy to ‘wszystko’ odeszło? Nie umiałem odpowiedzieć na te pytania. Nadzieja, nadzieja, że nie – tylko to mogłem zrobić. Wszystko przez to, że chyba nadal zbytnio przeżywam rozstanie z Adelin, które nastąpiło już dość dawno. Chciałem zacząć żyć teraźniejszością, zapomnieć o przeszłości. Nie wyszło. Wspomnienia nadal siedziały w mojej głowie, nie chciały mi odpuścić. Czy istnieje coś takiego jak zapomnienie o przeszłości? Chciałbym. Bardzo. Brakowało mi drugiej osoby, po odejściu Adelin straciłem cząstkę siebie. Na zawsze. Ta ‘część mnie’ już nie powróci. Zostanie w ciemności i zapomnieniu. Nigdy już nie odzyskana, nie uratowana. W głowie na okrągło słychać było JEJ śmiech. Jej łkanie. Jej głos. Wiedziałem tylko tyle – nie poradzę sobie sam z zapomnieniem. Do tej pory niby tak prosta czynność, póki naprawdę musisz ją wykonać. Staje się ona trudna i niezrozumiała. Na pozór wyrzucenie z siebie wspomnień jest proste – czyżby? Czy mi się kiedyś to uda? W myślach zadawałem sobie mnóstwo pytań, ale nie na wszystkie zdołałem sobie odpowiedzieć. Cisza była krępująca. Uczucie wstydu i niezręczności rosło.
- Przepraszam jeszcze raz. Nie chciałem tego. Ja też Cię lubię, po prostu… później Ci opowiem. Tam na górze. – Na moim pysku pojawił się nieco melancholijny uśmieszek. Wadera popatrzyła mi prosto w oczy. Chyba wiedziała, że chodzi o PRZESZŁOŚĆ.

< Filos? Wylewy Shamma, he he xd >

wtorek, 16 lutego 2016

Od Shammena „Zaczekaj!” cz. 5 (C.D chętny/a)

Czułem się zły sam na siebie. Obserwowałem Filos, a później zacząłem ją śledzić. Wydałem z siebie ciche westchnienie. Odwróciłem się. Przed oczami miałem obraz śmiejącej się Adelin, o dziwo, wadera wcześniej mnie oprowadzająca miała bardzo podobny głos. Śmiech Filos doprowadzał mnie do zwidów, raz wydawało mi się, że jest to Adelin, a raz wadera o wymienionym wcześniej greckim imieniu. Nie chciałem wracać do Fioletowej Groty. Chciałem już tylko zaszyć się w samotności w swoim szałasie i się wyciszyć. Tak, wyciszenie było czymś, czego potrzebowałem. Przekroczyłem wejście do mojego schronienia. Bez zastanowienia położyłem się. Wiadome było, że nie zasnę, ale chociaż zamknę na chwilę oczy i zapomnę. Zapomnę, o ile ta czynność w moim przypadku jest możliwa do wykonania. Adelin stawała się moim koszmarem, nawet dobrym koszmarem. Znów. Znów halucynacje. Miałem obraz Adelin uśmiechającej się do mnie. Potrząsnąłem głową. Musiałem zmusić się do snu – tylko to mi pomoże. Z niechęcią zamknąłem powieki. Nie widziałem już nic, oprócz wizji uśmiechającej się wadery.
***
Obudził mnie dźwięk. Dźwięk pukania do drzwi. Miałem ochotę zignorować gest wilka stojącego przy wejściu, ale widocznie był bardzo uparty, gdyż pukanie stało się bardziej natarczywe.
- Proszę. – Rzuciłem od niechcenia. Postawiłem się na wszystkie cztery łapy odwracając się w stronę przybysza.

< Wilku? Wadera, basior, wszystko mi jedno, chociaż zdecydowanie wolałabym, by Shamm poznał też jakiegoś basiora :v Mam wrażenie, że dopadł mnie okropny bezwenowiec. >

niedziela, 7 lutego 2016

Od Shammena "Zaczekaj!" cz. 3 (cd. Filos)

- Proponujesz coś? – Zapytałem obojętnie.
- Z tych użytecznych, mogę pokazać Ci Twoje mieszkanie. – Filos ruszyła, a ja za nią. Kluczyliśmy w lesie, aż dotarliśmy do trochę rozrzedzonej części lasu, gdzie porozmieszczane były najróżniejsze chaty, szałasy, które zapewne stanowiły schronienie dla wilków.
- Wybierz sobie. Lecz niektóre są zajęte.
Rozejrzałem się. W oko wpadł mi szałas, trochę na ustroniu, zbudowany z wszelakich gałązek oraz mchu. Wydawał się przytulny, więc wskazałem gestem głowy na mój wybór. Dostałem podobną odpowiedź, więc ruszyłem w stronę schronienia, w którym miałem spędzić większość nocy mego życia. Wadera osobiście ruszyła do swojego mieszkania, więc mogłem pobyć w samotności i zastanowić się, czy przyjęcie zaproszenia do watahy było dobrym posunięciem. W końcu kiedyś już należałem, a dość źle się to dla mnie skończyło. Może teraz będzie lepiej? Miałem taką nadzieję. Nie chciałem już się wiązać, nie chcę przeżywać drugi raz tego bólu… nieprzyjemne myśli odsunąłem na bok. Nie były mi teraz potrzebne, lepiej było się gdzieś przejść. Zastanawiałem się, czy zapytać się Filos, czy mogłaby mnie gdzieś zaprowadzić. Wymusiłem to na sobie i podszedłem do szałasu wadery. Zapukałem.
- Tak? – Głowa wilczycy wychyliła się. – A, to Ty Shammen.
- Czy mogłabyś gdzieś jeszcze mnie zaprowadzić? – Spytałem nie ukrywając ciekawości.
- Oczywiście. Chodź za mną. – Bez odpowiedzi podążyłem za Filos.

<Filos? Gdzie mnie jeszcze zaprowadzisz?>

niedziela, 31 stycznia 2016

Od Shammena "Zaczekaj!" cz. 1 (cd. chętny)

Jak zwykle obudziłem się rano z silnym uczuciem pragnienia. Towarzyszyło mi każdego poranka. Obejrzałem się wokół siebie. Dopiero teraz, zdałem sobie sprawę, gdzie byłem. W lesie, ukryty w krzakach. Przewróciłem oczami - znów jak wstaje, jest dopiero wschód słońca. Przynajmniej mam szansę nikogo nie spotkać przy wodopoju. Nie, że nie lubię poznawać nowych wilków... po prostu boję się, że wkroczyłem na ich teren. Moją uwagę zwrócił pewien szaro ubarwiony ptak, którego poranny, donośny śpiew niosło echo po lesie. Uśmiechnąłem się lekko. Nie przeszkadzało mi to, że tak naprawdę mógłbym tego małego ptaszka zjeść. Na szczęście głodu nie odczuwałem i ptak mógł swobodnie śpiewać sobie na tej swojej gałęzi. Ja zaś przeciskałem się przez gąszcz drzew i krzewów. No dobrze, może przesadziłem. Nie przeciskałem, przedzierałem się przez las. W myślach ukazała mi się mapa znanych mi terenów. Jestem w Lesie Conteilaxne. Niedaleko, powinien znajdować się wodospad. Jeśli nie będę kierował się na północ, a na zachód, powinienem usłyszeć szum wody i zmierzać w tą stronę. Plan wydawał się być skuteczny, więc z chęcią skręciłem w stronę zachodnią. Pod moimi łapami szeleściły liście zeszłorocznej jesieni, które najwyraźniej jeszcze nie "wymieszały" się z glebą. Były dość... um... zgniłe. Po prostu zgniłe. Nic dziwnego, w końcu raz pada deszcz, raz śnieg, a innym razem nie ma niczego z tych dwóch zjawisk. No i może jeszcze czasami, lecz rzadko, padał grad. Pogoda tej zimy wariowała, gdybym tylko znał jakiegoś Wilka Pogody... No ale nie widziałem żadnego, ŻADNEGO, wilka przez okrągłe sześć miesięcy, gdy to miesiąc po moich urodzinach zostałem wygnany przez mojego nieznośnego, nieuprzejmego, złośliwego brata. Być może miał kilka zalet, lecz zdecydowanie górowały u niego wady. Nie miałem co do tego wątpliwości. Do moich uszu dotarł dźwięk, a raczej szum wody. Pochodził on z wschodnio-północnego kierunku (patrząc z mojego punktu widzenia), do którego rzecz jasna się udałem. Od razy przyspieszyłem kroku, idąc radośnie i raźnie. Uwielbiałem przechadzki po lesie, często któraś z roślin mówiła coś do mnie, a ja jej w spokoju odpowiadałem. Wiał lekki wietrzyk, a moje czarne futro lekko się poruszało, za pomocą ruchu powietrza. Wyróżniałem się tylko i wyłącznie... tatuażem sopli pod okiem? Dostałem to znamię jako maluch, a nadal nie wiem, co to znamię oznacza. Podejrzewam, że może być to rodowe, ale moje rodzeństwo tego nie dostało. Co dziwne, moja była partnerka, Adelin, również ma znamię - znamię fali. Ciekawe, gdzie ona teraz jest... zresztą, nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze ją zobaczę. Szczerze powiem, że tęsknię. No ale cóż, chyba muszę iść dalej. Szum stawał się coraz głośniejszy. Przyspieszyłem jeszcze bardziej, przeszedłem do biegu. Moim oczom ukazał się widok... po prostu wodospadu. Schyliłem głowę i zacząłem pić wodę małymi łykami. Czemu? Ponieważ była niesamowicie lodowata! Miałem wrażenie, jakbym wkładał sobie kostkę lodu do pyska. Jednak, woda była bardziej płynna, więc było to trochę inne odczucie. Rozejrzałem się. Z boku, za krzakami stał wilk, zapewne przyglądał mi się od pewnego czasu, a byłem tu nie wiele, musiał mnie śledzić. Wilk zerwał się z miejsca i zaczął uciekać w las. Ruszyłem za nim.
- Zaczekaj! - Były to moje słowa, skierowane oczywiście pod adres uciekającego wilka. Zatrzymał się i obrócił.

<Wilku? Wadera, basior, obojętnie, jak zwykle przy moim pierwszym opowiadaniu x3 >
Nomida zaczarowane-szablony