Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucille Valentine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucille Valentine. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lutego 2017

Od Lucy "Tajemnicze przejście" cz. 13 (cd. Severus)

- Nadal mi nie odpowiedziałaś. - powraca do pytania, którego ja chcę uniknąć. Zamykam się na chwilę w świecie własnych myśli, zaplatając kłosy i dobierańce. Umyślnie nie zabrałam swojego grzebienia, by móc bezkarnie przeczesywać palcami jego miękkie, choć rzadkie włosy. Tak dawno nikogo nie czesałam. Zawsze z Vivimorte układałyśmy sobie fryzury, a czasem przed bardziej wymagającym pokazem robiłam je też pozostałym dziewczynom.
- Pok... Polubiłam twoje wnętrze. Bez względu na wygląd czy niedoskonałości. Uśmiechnę się na twój widok nie zwracając uwagi czy przybiegniesz na czterech łapach, czy przykuśtykasz na trzech. No i hej, jestem twoją prawą ręką. W tym przypadku z chęcią zastąpię ci lewą. - śmieję się kończąc wypowiedź i wykorzystuję sytuację, iż znajduję się za nim, by przytulić go delikatnie od tyłu. Czuję, jak pod moim dotykiem momentalnie nieruchomieje i instynktownie wygina kręgosłup do przodu w geście zaskoczenia. Pewnie nie podoba mu się to, co robię, ale staram się to ignorować, by pozyskać jakieś psychiczne oparcie i równocześnie dodać mu otuchy. Wiem, że jego kalectwo będzie tylko i wyłącznie moją winą. Gdybym za nim wtedy nie poszła... Zabrałby ze sobą jakiegoś silnego basiora, żeby razem stawić czoła potworowi, albo całkiem wybiłby sobie ten pomysł. A teraz grozi mu amputacja.
- Yhm, na jaką kawę masz ochotę? - odsuwa się i wstaje, by przygotować mi rozgrzewający napój, choć pewnie to tylko pretekst, by przerwać krępującą go sytuację.
- Mała czarna w zupełności wystarczy. - odchrząkuję, wpatrując się w kręcone między palcami koraliki z kości słoniowej, którymi kończyłam każdy splot. Nie pamiętam kiedy otrzymałam woreczek wypełniony nimi, ale uwielbiałam wplatać je, zwłaszcza jemu, gdyż od razu uznałam, że będą pasować lepiej niż zwykłe gumki. Chcę pomóc w zaparzaniu brązowej cieczy, ale za daleko zabrnęłam chwilę wcześniej, stąd nie wchodzę mu w paradę.
- Wielkie dzięki. - chwytam oburącz wydrążony z kamienia kubek, by rozgrzać odrobinę dłonie, po czym upijam łyk pozwalając na oparzenie języka. Znów następuje cisza, lecz tym razem jest mi ona na rękę. Wpatruję się nieskrępowanie w jego czerwone oczy. Dopiero teraz zauważam, jak bardzo zmienił się od czasu naszego poznania. Blada skóra w swym żółwim tempie przestaje być tak elastyczna jak niegdyś, w momencie czesania dostrzegłam kilka siwych włosów. Mimo to, ciągle kocham go tak samo jak za pierwszym spojrzeniem. Kocham go? Czy tęsknotę po chwili samotności i wywyższanie jego życia ponad moje mogę nazwać miłością? Nie wiem. Ale pewnym jest, że nie opuszczę go nigdy, bo zwyczajnie nie mogę. Tęsknota rozdziera moje wnętrze w każdej chwili pozbawionej jego obecności. Spuszczam swój wzrok na usta Severusa. Skrawki przyćmionej pamięci przypominają, iż kiedyś zetknęły się one z moimi. Szkoda, że owoce z właściwościami odurzającymi przesłoniły mi sposób, w jaki odbyło się owe zbliżenie. Na samo zamglone wspomnienie przejeżdżam dyskretnie językiem po wargach. Znów krzyżuję nasze spojrzenia. Przelotnie dostrzegam w nich własne odbicie. Ja również przeszłam kilka fizycznych zmian. Pierwsze drobne zmarszczki pod oczami, coraz głębsze sińce przykrywane korektorem, mniejsza chęć do "podboju świata" niż za czasów aktywności Watahy Szlachetnego Kamienia. Nagle zwracam uwagę na barwę jego tęczówek. Głęboka czerwień przytłoczyła mnie nagle jak ta, która biła z tajemniczego jegomościa, twórcy mojej okrutnej kary. "Jest do waszej dyspozycji." Podkurczam nogi i mrużę oczy. Gwałtowny ruch dolnych kończyn odbija się bolesnym echem w żebrach. Mimo, iż wiem, że Fate, mój oprawca, nie ma nic wspólnego z Severusem, lecz skrawki koszmarów co noc pojawiających się w ostatnim czasie powracają.
- Lucy? Co się dzieje? - podchodzi do mnie mężczyzna, kładąc zdrową rękę na moim ramieniu. Potrzebuję chwili, by rozchylić powieki, pod którymi zaiskrzyły łzy.
- Wszystko w jak najlepszym porządku. - przełykam ślinę i obdarzam go lekkim uśmiechem.
- Jesteś pewna? Sprowadzić Shaten?
- Sev... Nic mi nie jest. Przez chwilę rozbolał mnie brzuch, ale już dobrze. - dość realistycznie okłamuję go, nie patrząc mu w twarz z obawy nawrotu bólu.
- Skoro tak uważasz. Uważam jednak, że jeśli nie teraz, to wkrótce musisz złożyć jej wizytę. - mruczy swoim formalnym, nielubiącym sprzeciwu tonem.
- Obiecuję, jutro pójdę na kontrolę. A teraz wybacz mi, ale zupełnie zapomniałam, żee... Muszę podlać kwiaty! Tak. Kwiaty. Wpadnę do ciebie później. Dziękuję za kawę. - dopiłam nieprzyjemnie gorący trunek i dosłownie wypadłam z jego domu. "Gratuluję, Lucy. Nie dość, że wcale go nie pocieszyłaś, przez ciebie straci kończynę, to jeszcze zachowałaś się jak idiotka." syczę w myślach, komentując moje okropne zachowanie.
Tego dnia nie wróciłam już do Severusa, choć obiecałam. Boję się, że nie będę w stanie spojrzeć mu w oczy. Skąd wziął się ten gwałtowny strach? Nie umiem odpowiedzieć. Może spotkanie z Vivmorte obudziło falę koszmarnych wspomnień? Możliwe, że właśnie ona stoi za nawrotem psychicznych dolegliwości. Lecz jaki ma w tym cel...?
- Dość tego. - mówię stanowczo, podnosząc się z prowizorycznego łóżka wyłożonego zwierzęcymi skórami. Jest środek nocy, nieuzasadniony strach skutkuje zimnym potem i nerwowymi spazmami, lekki sen kończy się wraz z każdym szelestem trawy czy pohukiwaniem sowy, wszystkim zamknięciom powiek towarzyszy spojrzenie pary morderczych, czerwonych ślepi. Odziana wyłącznie w piżamę wychodzę z szałasu, co nie znajduje się wśród najlepszych pomysłów mojego życia z uwagi na ujemną temperaturę na zewnątrz, i kieruję się szybkim krokiem w stronę chatki władcy Czarnego Królestwa. Księżyc góruje na nocnym nieboskłonie, jednak gęsta, leśna flora na tyle ogranicza jego blask, iż właściwie po omacku otwieram drzwi domku. Najwyraźniej odwiedzam go tak często, że drogę znajduję nawet w półmroku.
- Severus...? - szepczę, przekraczając próg. W odpowiedzi słyszę tylko miarowy oddech. Stawiam kolejne kroki w kierunku jego posłania.
- Sev? - powtarzam odrobinę głośniej. Kiedy zatrzymuję się przy jego łóżku, spod mojej stopy roznosi się głośne skrzypnięcie drewnianej podłogi. Ułamki sekund, podczas których wykonuję bezmyślny odruch w postaci uniku, decydują o tym, że nie otrzymuję gwałtownego ciosu w twarz, choć na policzku pozostaje wrażenie muśniętej skóry. Kilka żwawszych uderzeń serca szkli orzechowe oczy, kiedy krzyżują się nasze spojrzenia.
- Na bogów! Co ty tutaj robisz? - szepcze wyrwany z błogiego stanu uśpionej świadomości.
- Ja... Boję się. - odpowiadam równie cicho, jakby z towarzyszącym przeczuciem, że nie mogę zakłócać spokoju panującego nocą.
- Czego? - wstaje, by zamknąć drzwi, o których zupełnie zapomniałam.
- Mam koszmary... - ogarniają mnie drgawki wywołane mieszanką strachu i przenikającego chłodu - czuję na sobie czyjś wzrok... - chowam twarz w dłoniach z dziecinną nadzieją stania się w ten sposób niewidzialną - samotność kumulowała strach, więc uznałam, że wolę być z tobą. - kończę ochrypłym głosem swój monolog. Mężczyzna wraca z powrotem do łóżka, mrucząc coś niezrozumiale. Najwyraźniej nagły skok adrenaliny uaktywnił umysł tylko na chwilę. Poza tym, na noc otrzymywał solidną dawkę leków przeciwbólowych mogącą otępiać trzeźwość myślenia.
- Sev... Mogę zostać na noc? - pytam nieco zawstydzona, lecz odpowiada mi tylko kolejna seria bełkotu, którą ostatecznie uznaję za tak. Szczęśliwym trafem pozostawił skrawek wolnej przestrzeni na skraju posłania, więc czym prędzej ją zajmuję. Najpewniej bezmyślnie otula mnie zdrową ręką w pasie, gdy już udaje mi się to zrobić, po czym znika w objęciach Morfeusza, co następnie spotyka i mnie.
Wyjątkowo nie budzi mnie łuna zapowiadająca jutrzenkę, mimo iż zimą zjawia się ona stosunkowo późno. Kiedy rozchylam powieki, przez drobne okienko zauważam, że słońce znajduje się prawie na najwyższym punkcie nieba. Następnie moją uwagę przyciąga postać nadal pogrążonego we śnie przyjaciela. Jego włosy znajdują się w nieładzie, choć gdzieniegdzie pozostało kilka drobnych warkoczyków. Ma uchylone usta, lecz oddech przebiega spokojnie i bez szmeru. Żałuję, że w nocy zmienił pozycję, gdyż najchętniej zostałabym w jego objęciach, jednak wszelkie skargi składane w myślach ustępują widokowi umięśnionego, odsłoniętego brzucha. Czy mój tok myślenia pokrywa się już z charakterem godnym marnego gwałciciela? Wolę nad tym nie główkować, gdyż mogłabym dojść do przykrego wniosku.
"Obudzi się, idiotko. I stracisz resztę wątłego szacunku w jego oczach. W swoich nie masz go już w ogóle" syczy umysł, gdy wyciągam dłoń, by przejechać palcem po wypukłości mięśni. Najwyraźniej kończyna wyrwała się spod kontroli mózgu, nie umiem powstrzymać ewidentnego naruszania przestrzeni osobistej. Jak zahipnotyzowana patrzę na bladą skórę delikatnie naciągającą się pod naporem opuszków, opadanie i unoszenie klatki piersiowej w spokojnym oddechu, drganie nielicznych, ciemnych włosków wywołane chłodnym dotykiem na rozgrzanym ciele...
- Lucy...? Co ty robisz? Skąd się tu wzięłaś? - jego ochrypły głos momentalnie mnie paraliżuje. "Idiotka." "Nie pomagasz." ucinam kłótnię z własną głową. Czy to już rozdwojenie jaźni?
- Ja-a... Pozwoliłeś mi. Miałam koszmar, więc przyszłam do ciebie w nocy. Kiedy cię obudziłam, ledwo uniknęłam ciosu. Chciałeś mnie uderzyć? - udaję, że nie słyszę pierwszego pytania, które mi zadał i choć czuję się przyłapana na gorącym uczynku, odwracam kota ogonem. W międzyczasie odzyskuję władzę nad ciałem, cofam rękę i unoszę głowę w celu skrzyżowania naszych spojrzeń. Severus chyba przypomina sobie sytuację z zeszłego wieczoru, gdyż dostrzegam w czerwonych oczach mgiełkę zamyślenia. Zaraz potem odwracam wzrok, by nie powtórzył się mój atak paniki.
- Faktycznie... Przepraszam. - odchrząkuje, by przywrócić normalny ton głosu. Wątpię, żeby udało mi się go przechytrzyć, raczej po prostu zignorował fakt, iż trzymałam dłoń na jego brzuchu.
- Nie szkodzi. - mruczę, otulając szczelniej spreparowaną wcześniej skórą. - Jak się czujesz? Z ręką trochę lepiej? - Mężczyzna próbuje nią poruszyć, jednak bezskutecznie.
- Raczej nie. Decyzja o amputacji jest najwyraźniej przesądzona. - wzdycha, jakby wewnętrznie żegnał się z kończyną.
- Nie martw się, Sev. Wszystko będzie dobrze... - brzmi to tak płytko, że wręcz zasycha mi w gardle.
- Wiem. - odpowiada jeszcze bardziej nieszczerze.
Przez kilka następnych chwil leżymy w milczeniu, a ja zaczynam żałować, iż leki przeciwbólowe Severusa przestały działać i mogę jedynie marzyć, by przytulił mnie po raz kolejny. "No tak, dobiera się do ciebie tylko na haju. W sumie niewielka zmiana w porównaniu do przeszłości, co? Tylko ilość klientów mniejsza." następny odzew krytykującej psychiki dodatkowo mnie przygnębia. Nie odzywając się wstaję z łóżka i zaczynam przygotowywać kawę. To niekulturalne, samemu obsługiwać się w czyimś domu w dodatku bez pozwolenia, lecz tylko ta czynność jest w stanie uspokoić mój umysł i drżenie dłoni. Robię dwie, mocne kawy i siadam przy drobnym stole, tuląc parzące naczynie.

<Sev? Przeciągnięte jak nie wiem, pisane kilka miesięcy, nudne i nieciekawe. Nie polecam.>

niedziela, 4 września 2016

Od Lucy "Tajemnicze przejście" cz. 11 (cd. Severus lub chętny)

Słysząc kolejny ryk nieznanego światu, ohydnego stworzenia ocieram łzy ze świadomością, że rozmyty tusz do rzęs upodabnia mnie do pandy. Podnoszę się odrobinę i na łokciach doczołguję do Severusa. Zadrapane kolano niemiłosiernie piecze, na duchu podtrzymuje mnie jednak fakt, że otarcie jest niczym w porównaniu do bólu emanującego w rozoranej ręce mężczyzny.
- Severus! Co ja zrobiłam?! Gdybym nas nie zatrzymywała byłbyś teraz bezpieczny... - wyrzucam z siebie bezsensowne przeprosiny, przywierając twarzą do jego wcześniej nieskazitelnie czystej, aktualnie gdzieniegdzie rozdartej, zakrwawionej koszulki. Mimo to nadal czuję tak kuszący, przyjemny dla nozdrzy zapach i to głównie wokół tego czynnika krążą moje myśli, choć powinnam planować naszą ucieczkę, strategię do walki z potworem czy chociaż czuć wstyd, że widzi mnie ze zniszczonym makijażem i w dodatku brudzę mu nim ubranie.
- Lucy... To nieważne. Zostaw mnie. Jeśli teraz ruszysz do teleportu, potwór zajmie się mną. - Uciekaj... - szepcze, gdyż pozbawiony sił najpewniej nie może mówić głośniej. Żałosne zawodzenie bestii dochodzi do naszych uszu ze znacznie bliższej odległości niż poprzednio, a otaczające nas, łudząco podobne do świetlików stworzonka wzbijają się spłoszone w powietrze.
- Nie zostawię cię samego. Ani teraz, ani nigdy. - zaskakuje mnie siła z jaką wypowiadam to wyznanie, jednak nie mam czasu się nad tym zastanowić, ponieważ ze skraju lasu wybiega dwukrotnie większe niż najwyższe drzewa zwierzę będące jakby kopią zabitej przez mojego towarzysza istoty.
- Biegnij... - ostatni raz próbuje namówić mnie do tchórzostwa, ja jednak obmyślam już kolejność działań, skanując wzrokiem obwąchującego martwe młode stwora. Biorę w garść sporych rozmiarów diamentowy naszyjnik, ostatnią pamiątkę po Vivimorte, po czym zrywam go z szyi i roztrzaskuję zawieszkę o najbliższy kamień. Moje serce przeszywa nagła, potężna salwa bólu, jednak to nie przeszkadza mi w zebraniu całej mocy podjudzonej dodatkowo wzbierającymi we wnętrzu, silnymi emocjami.
- Możesz mnie zabić, ale Severusa nigdy nie pozwolę ci skrzywdzić! - krzyczę zdzierając sobie gardło, drażniąc piskliwym głosem wrażliwe uszy stwora. W tym czasie wiatr wokół zabarwia się na brązowo dzięki pozyskanemu zewsząd kwiatowemu pyłowi i unosi mnie w eter, tworząc przy tym fantazyjne wzory. Ptakopodobna istota rozpoczyna natarcie, jednak zatrzymuje się w momencie, kiedy mocą kieruję resztki kamienia szlachetnego w górę, a odłamki szybują w jego kierunku, rozrywając na wylot ciało w miejscu uderzenia. Gdy opiłki przebijają się przez skórę na grzbiecie potwora, ponownie rozpruwają go od wewnątrz na innym fragmencie. Celuję głównie w oczy a tym samym mózg stwora. Po kilku tego typu atakach przerażony świadomością niechybnej śmierci zaczyna miotać się na oślep, niebezpiecznie do mnie zbliżając. W stanie całkowitego skupienia pozostaję bezbronna, nie mam więc szansy uniknąć śmiertelnego ciosu ze strony potężnego dzioba. Na moje szczęście, miękka gleba i przyjemna niczym puch trawa amortyzuje upadek na tyle, że to jestem w stanie przeżyć, a ogromna bestia pada chwilę potem. Mimo, iż olbrzymie cielsko ląduje około dziesięciu metrów od nas, czuję się jak przygnieciona niesamowitym ciężarem.
- Lucy...? Co ci jest? - mruczy mężczyzna, zbliżając się do mnie na kolanach. Chcę mu odpowiedzieć, jednak atak kaszlu uniemożliwia mi wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa. - Ryzykowałaś dla mnie życiem. Po co to zrobiłaś? - mimo trucizny wolno rozprzestrzeniającej się w jego ciele nadal słyszę tą irytującą mnie na co dzień powagę. "Z miłości, durniu." mam zamiar powiedzieć, jednak w ostatniej chwili gryzę się w język.
- Ty zrobiłbyś dla mnie to samo... - świst wydobywający się z moich płuc wskazuje na złamane żebra, jednak buzująca jeszcze w żyłach adrenalina nie pozwala mi odczuć w pełni bólu towarzyszącemu każdemu, trudnemu nabraniu tlenu.
- W każdym razie... Jak się stąd wydostaniemy? - mam dziwne wrażenie, iż chce rzec mi coś innego, choć pewnie jest mylne.
- Żadne z nas nie może nawet wstać, a mamy przed sobą kilka kilometrów wędrówki... - wzdycham, co skutkuje kolejnym protestem ze strony pokiereszowanych kości. Jednakże cios jaki zaraz potem otrzymuje mój organ transportujący krew jest tak potężny, że na chwilę zapominam o ranach, które już otrzymałam. Naraz ogarnia mnie znużenie, które najwyraźniej dosięga także Severusa, gdyż ostatnimi zapamiętanymi przez zmysły rzeczami jest jego spokojny oddech zwiastujący sen i krucze, długie włosy okalające moją twarz aksamitnym dotykiem.

- Gdzie jestem...? - mruczę, gdy oczy przyzwyczajają się do prawie całkowitych ciemności, a ja upewniam się, iż moje usta nie są niczym zakneblowane.
- W swojej jaskini, mała. O kochasia też się nie bój, spał jak aniołek kiedy niosłam go do lekarki. - obojętny, lekko ironiczny głos uderza w moje wnętrze przyspieszając krążenie. Tylko jedna osoba nazywa mnie w ten sposób. I tylko tą osobę obdarzyłam niegdyś miłością.
- Vivimorte? - podnoszę się szybko z posłania, po czym dziwię się, iż nie skutkuje to bolesnym kłuciem w żebrach.
- Nie szalej, uśmierzyłam ból tylko na chwilę, kości muszą zrosnąć się w sposób naturalny. - odpowiada, a choć jej nie widzę, intrygujące uderzenie gorąca informuje mnie, że znajduje się tuż obok.
- Jak nas znalazłaś?
- Żadnego "dziękuję za uratowanie mojego seksownego tyłka", czy chociaż "cholernie się stęskniłam". Od razu przesłuchanie. Zniszczyłaś mój naszyjnik żeby uratować tego chłopaczka. Swoją drogą dobra dupa, ale roztrzaskać prezent z jego powodu... - pociąga sarkastycznie nosem, udając smutną. - Zobaczyłam twój strach, a kołatanie serca, które poczułyśmy obie tylko upewniło mnie o niebezpieczeństwie czyhającym w twoim otoczeniu. No to zjawiłam się gdzieś w oczojebnych krzaczkach, sobie zerwałam trochę tych zajebistych owocków i czekałam na rozwój sytuacji. Swoją drogą, jestem z ciebie dumna... - rozgrzany oddech łaskocze tył mojej szyi, przy czym instynktownie ją odchylam. Niebieskooka śmieje się odrobinę szyderczo.
- Widzę, że zostały ci stare nawyki. Może jednak nie jesteś całkowicie przekonana do sztywnego królewicza? - zmysłowy głos zmieszany z dotykiem ciepłych ust na obojczyku skutkuje drżeniem moich dłoni.
- Vi... Zostaw mnie. - szepczę zachrypniętym nagle tonem, nie całkiem przekonana o chęci odnośnie tego polecenia.
- Jesteś pewna, iż tego właśnie chcesz? - iście kocie pomruki dopadają każdy zakamarek umysłu. Język czarnowłosej pozostawia ścieżkę na skórze kierującą się w stronę ust.
- T-tak. - wysapuję z trudem, wdychając intensywnie powietrze.
- To do zobaczenia, mała. - Vivimorte całuje mnie delikatnie i znika tak niepostrzeżenie jak się pojawia, zostawiając mi tylko przyspieszony oddech, zaczerwienione policzki, wznawiający się ból w płucach i przejmujący chłód, który staje się nagle nie do zniesienia. Wracam na prowizoryczne łóżko, by nie pogarszać złamania i obejmuję dłońmi skronie.
- Nie mogłam zakochać się w normalnych osobach? - wzdycham z wyrzutem, czując łzy rozbłyskujące na brązowych oczach. Odgarniam rozwichrzone włosy do tyłu i próbuję zasnąć.

"Patrzę przeszklonym wzrokiem na dzisiejszy strój.
- Muszę to robić? - szepczę do stojącego obok, uśmiechniętego Sinoday'a.
- Wiesz Lucy, że to jedyny sposób na dostatnie życie. - odpowiada otulając mnie ramieniem i wpychając w dłonie złoty, błyszczący, silikonowy kostium krojem przypominający skąpe bikini.
- Wolałabym żyć ubogo, a z godnością... - mruczę, na co chłopak ściąga brwi.
- Wiedziałaś, w co się pakujesz. Nie lubię twoich narzekań, a coraz częściej przyprawiasz mnie tym o nerwy. - warczy wychodząc z garderoby. Przykładam chłodne dłonie do policzków, gdyż potrzebuję choć minimalnego orzeźwienia, po czym przebieram się w ciasny, ośmieszający ubiór.
- Czas na pokaz, Lucy. - słyszę zza drzwi z ust podwładnego mojego kuzyna, kiedy kończę makijaż.
- Idę! - odpowiadam, opróżniając szybko kieliszek wypełniony dobrej jakości szkocką whisky i wychodząc z prywatnej przebieralni. Rozchodzące się po wnętrzu ciepło przynosi za sobą falę swego rodzaju odwagi, pozwalającej mi na wkroczenie na scenę. Uświadamiam sobie, że bycie prostytutką ma wyłącznie dwie zalety: darmowe trunki na wyciągnięcie ręki i zapowiedzi, które w stanie nietrzeźwości potrafią rozbawić.
- A teraz panowie przygotujcie się na naszą wschodzącą gwiazdę, ociekającą seksapilem w kolorze płynnego złota, brązowowłosą perłę wśród kuszących dam, Lucy! - przedstawia mnie ten sam głos, choć nieco zniekształcony przez mikrofon. Głośne oklaski i wzrok wygłodniałych mężczyzn nakazuje mi rozpocząć pokaz tańca na rurze. Najpierw ostentacyjnie ją okrążam, wprawiając w ruch swoje biodra, następnie wykonuję parę figur, których w ukryciu przed rodzicami uczyłam się na kursie pole dance. Rodzice... To słowo dekoncentruje mnie na tyle, iż przy wykonywaniu Air Invert'u
tracę równowagę i ześlizguję się z urządzenia. Na odgłosy buczenia moje dłonie zaczynają się pocić, a oczy szarzeją za zasłoną łez, mimo to dokańczam wątpliwe przedstawienie wykonując mniej efektywne, prostsze ruchy i pozy. Piekło trwające pół godziny dla mnie ciągnie się wiekami, więc słysząc zapowiedź następnej tancerki i słabsze niż na powitanie owacje praktycznie zbiegam z tego miejsca tortur. Zamknięta w swojej kabinie wycieram nos i ścieram spływającą po policzku słoną ciecz.
- Wykupili cię. Na godzinę. Dziwię się, że jakikolwiek frajer jest skuszony po tak żałosnym występie. A jeśli usłyszę słowo skargi, nie dostaniesz hajsu za dziś. I ogarnij się, bo wyglądasz jakbyś już była wyjebana. - syczy Sino, wchodząc do pokoju bez pukania i trzaska drzwiami, znikając równie szybko. Zawsze był na mnie wściekły, gdy schrzaniłam taniec. Często też nie dostawałam wypłaty za dany dzień. Ale miałam co jeść, gdzie spać...
- Powinnaś być wdzięczna. Świat jest pełen okrucieństw. Ty jesteś tylko kroplą w tym morzu nieszczęśliwych. - mówię do odbicia w lustrze, ścierając w międzyczasie fluid i tusz, po czym nakładam ich świeżą warstwę. Kiedy doprowadzam się do ładu, podnoszę ociężałe ciało wsparta na blacie toaletki i ruszam do pokoju, w którym czeka na mnie klient, wcześniej opróżniając drugą szklankę z brązowo-pomarańczową cieczą. Gdy otwieram drzwi przeznaczonego dla mnie pomieszczenia mrużę oczy, by przywyknąć do rażącej czerwieni ścian. Prócz nich znajduje się tej samej barwy kanapa wyszywana złotymi nićmi i podest, do którego przytwierdzona jest metalowa rura. Spoglądam z zaciekawieniem na siedzącego w zaciemnionym kącie jedynego mebla mężczyznę. Pomimo dość upalnego sierpnia ubrany jest w długi, czarny, znoszony i dziurawy choć schludny płaszcz oraz równie ciemny kapelusz z rondem na tyle szerokim, że nie mogę dostrzec jego twarzy.
- Za chwilę... - zaczynam kuszącym tonem, jednak natychmiast mi przerywa.
- ...będą działy się tu cuda? - kończy za mnie z obrzydzeniem. - Chciałaś mówić to na tyle pożądliwym tonem, żebym z miejsca się zadurzył by zaraz wydać holendarne sumy na butelkę twojego "ulubionego" wina. Później usiadłabyś mi na kolanach mrucząc czynności, które moglibyśmy zrobić, jednak ze świadomością, że nie mam prawa cię dotknąć, gdyż kamera ukryta w rogu obserwuje mnie i wyrzuci, kiedy tylko się do ciebie zbliżę. I na końcu zaczęłabyś pokaz, namawiając mnie na kupno kolejnych godzin, których procedura wyglądałaby tak samo. Może gdyby mój iloraz inteligencji był równy średniej twoich pozostałych klientów zgodziłbym się, ale niestety tego nie zrobię. Twój pokaz był chujowy i pewnie już zostałaś za to zjebana, dlatego ja wspaniałomyślnie uratowałem twoją dzisiejszą wypłatę. Mimo wszystko zauważyłem u ciebie potencjał. Nie odstawiaj tego teatrzyku, tylko zacznij już tańczyć. - siada wygodniej zakładając nogę na nogę i patrzy mi niewzruszony prosto w oczy. Otwieram usta na wpół ze zdziwienia, na wpół z chęci zaprzeczenia, jednak jego wypowiedź utwierdza mnie w przekonaniu, że doskonale wie o czym mówi, nie jest kolejnym spitym czterdziestolatkiem, którego nie satysfakcjonuje już żona, i mam wykonywać jego polecenia. Z posłuszeństwem godnym wytresowanego psa podchodzę do przedmiotu, na którym opiera się moja choreografia i zaczynam tańczyć. Będąc lekko zaniepokojona ponadprzeciętnym rozumem tajemniczego mężczyzny staram się niczym nie dekoncentrować i zamknąć umysł na wszelkie myśli niezwiązane z tańcem. Po dokładnie siedmiu minutach i czterdziestu ośmiu sekundach słyszę wyrywającą mnie z transu komendę.
- Dość. - stanowczy ton ocuca tak gwałtownie, że ledwo utrzymuję się na podwyższonych potężnym obcasem butach.
- Nie myśl, że to był najlepszy występ jaki widziałem. Plasujesz się na szarym końcu mojej wyimaginowanej listy. Ale może się poprawisz. A teraz... - milknie na chwilę, unosząc dłoń i wykonując nią pełen precyzji, choć nieznany mi gest. - ...spotka cię kara za spapraną robotę. - wstaje, spoglądając mi nieskrępowanie w oczy. Dopiero teraz dostrzegam jak głęboka i nienaturalnie czerwona jest ich barwa, jakby nagle jego tęczówki zalśniły szkarłatem. Udaje mi się jedynie odsunąć do tyłu, gdy trzech barczystych mężczyzn wchodzi do pokoju, knebluje mnie i przytrzymuje za plecami ręce.
- Jest do waszej dyspozycji. - banda na te słowa reaguje anatomicznie niemożliwym, bardzo szerokim uśmiechem. Mój niedoszły klient wychodzi, gdy jeden z nich zaczyna rozpruwać czarnym, ostro zakończonym pazurem dół mojego kostiumu. Kopię go w kroczę, jednak zupełnie go to nie rusza, przeciwnie, zdaje się, jakby nie czuł bólu. Serce przyśpiesza dwukrotnie ponad normę, pot na skroniach wywołany ruchem miesza się z tym, który powstaje na skutek strachu. A ja nie wiem, co przeraża mnie bardziej. To, że otaczają mnie demony, czy to, że mnie gwałcą..."

Budzę się z krzykiem, gwałtownie unosząc do góry. Ból psychiczny związany ze świdrującym odmęty świadomości koszmarem postanawia połączyć siły z bólem fizycznym złamanych kości. Łzy imitują gwałtowną powódź na mojej twarzy. Trzęsę się, ciało ogarnia dreszcz i zimny pot. Chyba mam omamy, bo moment otwarcia drzwi mojej prowizorycznej chatki i próbę porozumienia się ze mną pamiętam jak przez mgłę. "Jest do waszej dyspozycji." to jedyny dźwięk jaki dociera przewiercając na wylot do moich uszu. "Jest do waszej dyspozycji." ostatni dźwięk, jaki usłyszałam przed pierwszym wykorzystaniem seksualnym.

< Ktoś chętny obudzić Lucy? Z góry zaznaczam, że nie przyzna się o czym był jej koszmar >

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Od Lucy "Tajemnicze przejście" cz. 9 (cd. Severus)

W trakcie tego pocałunku otrzeźwiałam natychmiastowo,
Lecz jak na złość z moich ust nie wypłynęło żadne słowo.
- Severusie! Co się stało?
Czy ci myśli postradało?
Czy ktoś przejął twoją duszę?
Mów mi szybko, bo uduszę! -
- Ale o co ci znów chodzi?
Ach, rozstrzepani ludzie młodzi!
Najpierw czegoś oczekuje,
Zaraz potem mnie linczuje. -
Lecz nie przejmując się jego pomrukami bez składu
Natychmiast się doprowadziłam do względnego ładu
I zarzuciłam swe dłonie na jego ramiona,
A serce radość ogarnęła nieprzenikniona.
- Przecież nie jestem na ciebie obrażona.
Choć przyznaję, iż śmiertelnie zaskoczona,
Sevciu, zdajesz sobie sprawę z naszego zbliżenia?
Toż to jest sprawa nie do pomyślenia! -
Chłopakowi prawie wyszły oczy z orbit
I rozmyślając w przyszłość niczym Norwid,
Zaczął szaleńczo machać rękoma,
Jakby się żegnał, myśląc, iż kona.
- Nie byłem niczego świadomy!
Te owoce na oczy rzuciły mi zasłony.
To tyś mnie do tego namówiła
Twierdząc, że nie będziesz względem mnie już miła. -
Usłyszawszy te perfidne oskarżenia
Odsunęłam się od niego pełna rozgoryczenia.
- Teraz tak uważasz? Na mnie winę zwalasz?
Proszę bardzo, zostawiam cię w spokoju zaraz. -
Zebrałam się do kupy i ruszyłam przed siebie,
Nie zważając, iż Słońce z Teletubisiów widzę na niebie,
Przede mną grasują uśmiechnięte ciastka,
A serce tęsknoty ciąży namiastka.
Jednak ciężar ten zniknął ze zjawieniem Sevusia,
Który pobiegł za mną jak uciekająca trusia.
- Lucy, poczekaj, nie złość się, proszę... -
- Ah, twoją obecność już ledwo znoszę,
Najpierw wymyślasz, potem całujesz,
Czy ty w ogóle coś do mnie czujesz? -
Na to chłopak palnął lekkiego buraczka
I zaczął chodzić w koło podobnie jak kaczka.
- Sam już nie mam pewności
Jakie uczucie w mym sercu gości.
Jesteś moją przyjaciółką wierną,
Niestety ja w miłości osobą jestem mierną...
Czy nie możemy zostać przy relacji aktualnej?
Nie chcę odczuć negatywnie tej zmiany diametralnej. -
Na to westchnęłam teatralnie,
Po czym odrzekłam jakże banalnie.
- Naturalnie, że możemy...
Lecz czy na pewno oboje tego chcemy? -
I na jego pozytywne kiwnięcie głową
Wypowiedziałam takie oto słowo.
- Zgoda... - wtedy Sevuś przeciągle ziewnął
I mnie znużenie po całej sytuacji obiegło.
- Chodźmy odpocząć, jestem wykończony. -
Lecz zanim dzień ten został zakończony,
Chwyciłam go za rękę i nie oczekując sprzeciwu,
Spoczęliśmy w tym samym miejscu magicznego niwu.

< Błagam, nie karz mi już więcej rymować. A oto moje najgorsze i najkrótsze op. Ale cd już prozą, proszę >

piątek, 6 listopada 2015

Od Lucy "Tajemnicze przejście" cz. 7 (cd. Severus)

- Kocham cię. - po usłyszeniu tych dwóch, prostych, i jakże w tych czasach mało znaczących słów moje serce, którego bicie ledwo zdołało się unormować po emocjach związanych z upadkiem, znów zaczęło uderzać z prędkością przyprawiającą o tachykardię. I gdy już chciałam odpowiedzieć równie oklepaną formułkę świadczącą o moich uczuciach, coś mnie ukuło. Może on żartuje? Mówi to z powodu buzującej nam jeszcze w żyłach adrenaliny?
- Co proszę? - spytałam, wstrzymując oddech.
- To znaczy zdanie, o które pytałaś. - odpowiedział jak zwykle, ze stoickim spokojem. Natychmiast go puściłam, spuszczając wzrok i wkładając dłonie w kieszenie spodni.
- Dobrze, chodźmy dalej. - westchnęłam, ruszając przed siebie, i tym razem, z daleka unikając krańca wysepki. Chyba rolę nieudolnej dziewczyny przefarbowanej z blondu odegrałam idealnie. Ale nie warto się przyznawać, że przyjęto mnie do jednego z elitarnych liceów w moim mieście, na profilu humanistycznym, gdzie prócz języka ojczystego, przedmiotami rozszerzonymi była historia i właśnie angielski. W końcu i tak nie rozpoczęłam szkoły ponadgimnazjalnej za namową Sinoday'a. Właściwie nie wiem, czemu nie mogę pokazać Severusowi mojego prawdziwego oblicza. Przez całe życie brano mnie za tą naiwną, za panienkę do towarzystwa. Robiłam to, co mi kazali i pozwalałam na pełną kontrolę nad moim umysłem i przede wszystkim ciałem każdemu, kto był w stanie wynagrodzić mi to pieniężnie. Może utarło mi się w psychice, że powinnam być komuś podporządkowana? Gdyby moje myśli mogła odczytać jakaś feministka, pewnie spłonęłabym na stosie z dłońmi przywiązanymi do belki biustonoszem.
- Can I ask for a cup of coffee... - mruknęłam, po około dziesięciu minutach całkowitej ciszy.
- Słucham? - spytał, lekko zdezorientowany.
- W ten sposób lepiej brzmi. - zerknęłam na niego zza ramienia. Znów otoczyła nas martwota przerywana jedynie szumem przelatujących świetlikopodobnych.
Godzina wystarczyła, żebyśmy okrążyli wysepkę. Słońce, stosunkowo podobne do gwiazdy, wokół której krąży nasza planeta powoli oznajmiało, iż zbliża się wieczór. Mimo to, noc była jasna dzięki niezależnemu, najprawdopodobniej magicznemu światłu emitowanemu przez będące tu drzewa. Niestety, z racji pory roku, która najwyraźniej była zbliżona do ziemskiej, temperatura o zmroku spadała do dwóch stopni Celsjusza, zmuszeni byliśmy więc do rozpalenia ogniska i poszukania pożywienia, gdyż żadne z nas nie pomyślało o zapasach.
- Przynieś drewno, ja znajdę coś do jedzenia. - powiedziałam i zniknęłam w krzakach zanim zdążył odpowiedzieć. Czemu byłam na niego zła? Przecież uratował mi życie... Po cholerę prosiłam go o przetłumaczenie tych słów?! Lucy... Idiotko, następnym razem trzymaj język za zębami.
W chwili, kiedy zakończyłam kłótnię z własnym umysłem, dojrzałam dziwny krzew o owocach przypominających granaty pochodzące z naszego świata. Nie mając innego wyboru, zerwałam je i wróciłam do Severusa, który siedział przy już rozpalonym ognisku. Byłam pod wrażeniem jego szybkości, jednak nie odezwałam się słowem na ten temat.
- Tylko to udało mi się zdobyć. - położyłam przed nim pięć jadalnych części rośliny pochodzących z kwiatu. Usiadłam niedaleko, biorąc jedną ze swych zdobyczy do ręki.
- Nie wiemy, czy nie są trujące. - stwierdził, a w tonie jego głosu wyczułam nutkę zmartwienia.
- Przekonać się możemy tylko w jeden sposób. - otworzyłam owoc i zjadłam odrobinę jego wnętrza.
- Co ty zrobiłaś? - podniósł głos, co nieczęsto mu się zdarzało.
- Zostałam twoim królikiem doświadczalnym. Jeśli do rana nic mi nie będzie, znaczy, że są jadalne. Coś zjeść musimy, a ty nie możesz zginąć. Musisz zająć się watahą, a jedna wadera w tę czy w tę, nie zrobi to różnicy. - wzruszyłam ramionami, biorąc w usta kolejną porcję owocu. Nie miałam jednak odwagi spożyć więcej.
- Uwierz, że zrobi. Jesteś mi najbliższą osobą ze wszystkich, które miałem w całym swoim żywocie i nie chciałbym po raz kolejny zostać sam. Proszę, już nie jedz więcej i nie ryzykuj z narażeniem swojego zdrowia oraz życia... - powiedział, po czym stanowczo wyrwał mi owoc z ręki, kładąc go razem z innymi obok siebie, w razie, gdyby wpadło mi do głowy jeść dalej. Więc jestem jego najbliższą osobą?
- Póki będziesz chciał mojego towarzystwa, nigdy nie zostawię cię samego. - rzekłam, uśmiechając się delikatnie. Severus to odwzajemnił i zmienił postać na wilczą, co ja zrobiłam chwilę po nim. Posiadając grube, zimowe futro nie marznęłam już tak bardzo, dodatkowo ciepło bijące od ogniska wręcz usypiało.
- Dobranoc. - zdążyłam usłyszeć zanim całkowicie poddałam się Morfeuszowi.
***
Dzisiejszego ranka nie obudziły mnie pierwsze promienie słońca. Może dlatego, że wszechobecna światłość wzmocniła się tylko nieznacznie w czasie wschodu? Tak czy siak, po położeniu gwiazdy domyśliłam się, iż zbliża się południe. Severus jeszcze spał. Leżałam niedaleko, więc mogłam dostrzec wszystkie szczegóły malujące się na jego pysku. Pomimo smutku spowodowanego prawdopodobnie nieprzyjemnym snem, wyglądał tak niewinnie, wręcz słodko. Zwykle towarzyszyła mu do bólu poważna mina, nawet przygnębienie było miłą odmianą. Pomachałam mu łapą przed oczami. Raczej nie miał zamiaru się budzić. Skorzystałam z okazji i możliwie najciszej przysunęłam się bliżej niego. Czując przyjemne ciepło i łaskotanie sierści na grzbiecie, ponownie zapadłam w sen.
- Em, Lucy? Musimy iść dalej. - usłyszałam równocześnie z utraceniem miłego uczucia bliskości. Widocznie niedane było mi się nim nacieszyć.
- Nie chcę mi sięęę... Jestem głodna, niewyspana i jeśli zaraz nie dostanę Caffe Affogato przyozdobioną świeżą laską wanilii to zwariuję. Podsumowując, nigdzie nie idę. - mruknęłam, ziewając.
- Proszę. Trzeba wstawać i rozejrzeć się po okolicy. Kiedy już zapoznamy się z terenami, wrócimy, a wtedy odpoczniesz. - namawiał mnie.
- Dobra... Ale najpierw zjedzmy te owoce. Wciąż żyję, a zaraz umrę śmiercią głodową. - burknęłam, podnosząc się do siadu i zmieniając w człowieka. Chłopak również się przemienił, po czym niepewnie wziął pożywienie w dłoń. Chcąc go namówić, a zarazem wypełnić czymś głośno domagający się tego żołądek, pierwsza przełknęłam porcję.

< Sevciu? >

poniedziałek, 7 września 2015

Od Lucy "Tajemnicze przejście" cz. 5 (cd. Severus)

Uwielbiam poranki. Świat budzi się do życia, Helios popędzając swoje cztery białe rumaki wzbija się pod nieboskłon, rześki wiatr zmywa z ziemi resztki niepokoju sprowadzanego razem z ciemnością nocy. A co najważniejsze... Można boso, wyłącznie w piżamie spacerować po lesie trzymając w dłoniach kubek parującej kawy prosto z wyspy Sumatra! W takich momentach łatwo zapomnieć, że za kilogram tych ziaren zapłaciłam cztery tysiące złotych, których brak znacznie uszczuplił zakres moich oszczędności, zdobytych jeszcze w czasie pracy jako baristka. Jednak mając w ustach najdroższy gatunek świata i rozkoszując się uczuciem łaskoczących ździebeł trawy pod stopami, zupełnie się tym nie przejmuję. Jedyną niedogodnością jest fakt, iż żeby móc w pełni wykorzystać tą porę, muszę wcześnie wstawać, bo nie tylko ja jestem rannym ptaszkiem watahy. A przekonać się o tym mogłam, kiedy przed moim rytualnym wyjściem na zewnątrz dotarła do mnie informacja o zebraniu. Natychmiast się przebrałam w coś gustowniejszego od białego szlafroku i przemieniając postać na czworonożną, ruszyłam odświeżyć się i ugasić pragnienie. Kiedy oba te warunki zostały spełnione, poszłam nad Wodospad Adrtemetdri, gdzie zaczęły zbierać się wilki.
***
Narada dobiegła końca, zdążyłam poznać imię nowego basiora, dowiedzieć, iż trzeba wziąć się w garść i rozpocząć rozbudowę Królestwa, oraz dostrzec, że to nie ja jestem najbardziej niepunktualną wilczycą w stadzie, co delikatnie mnie pocieszyło. W każdym razie, właściwie nie zostały poruszone żadne poważniejsze sprawy, więc mogłam się wsłuchać w głos Severusa. Nadal uważałam, że nie jestem w nim zakochana, ale całkiem przyjemną czynnością było wyobrażenie sobie w nim delikatnej chrypki spowodowanej zadurzeniem, mówiącym zupełnie co innego... Lucy! Chyba trzeba ograniczyć kofeinę. Chociaż, kogo ja oszukuję, moja grupa krwi to spienione mleko do latte macchiato.
Gdy już otrząsnęłam się z tych jakże głębokich rozważań, zauważyłam naszego króla, który zamyślony podążał w stronę Lasu Conteilaxne i Condiamida. Nie przemyślałam nawet za i przeciw tego pochopnego działania, a już szłam za jego śladami, zastanawiając się, czy spełniłam już wszystkie warunki do stania się stalkerem. I prawdopodobnie trwałabym dalej w tej zadumie, gdybym nie zorientowała się, że jestem już w lesie, Sevcio zniknął mi z oczu, a pusty żołądek głośno domaga się pożywienia. Z ostatniego powodu, który uznałam za najważniejszy, tymczasowo odpuściłam tą akcję godną złodzieja czającego się na staruszkę z okazałą torebką i rozejrzałam się za krzakiem oferującym jakikolwiek z leśnych owoców. Kiedy już takowy znalazłam, szybko spałaszowałam co najmniej połowę dóbr biednej roślinki, po czym wróciłam do poprzedniego zajęcia. Na szczęście długo nie musiałam szukać i po chwili z ukrycia obserwowałam Severusa usiłującego złapać rybę, co parokrotnie skwitowałam prychnięciem, którego przez całkowite skupienie nie usłyszał. Kilka nieudanych prób później basiorowi udało się pochwycić łuskowate stworzenie w pysk, a ja postanowiłam wyjść z prowizorycznej kryjówki, jednak on zamiast na brzeg skierował się pod wodospad, co odrobinę mnie zdziwiło. Za kaskadą wody ujrzałam go dopiero po dłuższej chwili, a moja ciekawość na temat jego przebywania tam wzrosła, lecz nie na tyle, by zamoczyć się w tej chłodnej wodzie, zniszczyć świeżo pomalowane pazurki i to sprawdzić, dlatego stałam na brzegu i bacznie się przyglądałam.
- Możesz mi powiedzieć co robisz? - spytałam przechylając łeb na lewą stronę, gdy samiec mnie zauważył i podpłynął do brzegu.
- Zauważyłem coś interesującego i chciałem to sprawdzić, ale wolałbym nie robić tego sam... - wytłumaczył się, chyba odrobinę speszony, że widziałam całą tą sytuację.
- A mogę ci pomóc? - wyszczerzyłam się przy tym tak szeroko, że przypominałam następczynię Jokera.
- Jeśli chcesz, to dobrze. - odpowiedział spokojnie, nie zwracając większej uwagi na mój uśmiech.
- Tylko... Jest pewien problem. - przyznałam, kiedy Severus znów obrócił się w kierunku swojego odkrycia.
- Jaki? - przystanął, strzygąc uchem.
- Średnio idzie mi pływanie. - wyjaśniłam zawstydzona.
- I co teraz zrobimy?
- Weź mnie na plecy i zanieś. - roześmiałam się, jednak on najwyraźniej potraktował to poważnie, zmarszczył brwi i popadł w lekką zadumę.
- Zgoda. - zmienił się w dwunożną postać i podszedł do mnie, na co ja zachichotałam jeszcze głośniej.
- Tylko żartowałam!
- A widzisz inne rozwiązanie? - spytał, odwracając się do mnie plecami.
- Jesteś pewny? - bez pośpiechu również przeobraziłam się w człowieka i delikatnie objęłam dłońmi jego ramiona. W odpowiedzi kiwnął tylko głową, a ja wdrapałam się na niego, po czym ruszyliśmy. Woda co prawda nie była przeraźliwie głęboka, lecz od szyi w dół byłam całkowicie przemoczona. Choć bardziej przejmowałam się faktem, że mogę wykorzystać okazję do szczelnego objęcia Sevcia, co pewnie utrudniało mu pływanie. Gdy dotarliśmy pod wodospad nakierowałam wiatr na wodę tak, aby przynajmniej moje włosy pozostały w ładzie. Chwilę później byliśmy już na kamiennym podłożu, otoczonym podobnymi ścianami. Nie byłoby nic wyjątkowego w tej jaskini, gdyby nie złocisty portal umiejscowiony na samym jej środku. Wirujące obłoki energii przeszywane były przez błyszczący pył, a sam teleport lewitował, napędzany mocą. Zauważyłam to jednak dopiero po chwili, gdyż kurczowo zaciskając powieki nadal tuliłam Severusa.
- Lucy... Możesz mnie puścić, to tutaj. - powiedział, cicho sycząc, zakładam, że przez to, iż wbijałam długie paznokcie w jego skórę. Natychmiast przeprosiłam i z niego zeszłam.
- To jak, wchodzimy?
- Po to tu jesteśmy. - chłopak wszedł przodem, a ja tuż za nim.
***
Otworzyłam oczy na tyle, na ile było to możliwe, ponieważ rażące światło boleśnie zwężało moje źrenice. Kiedy już przywyknęłam do blasku, rozejrzałam się, wzrokiem poszukując Sevcia, który jak się okazało, leżał... Pode mną.
- Przepraszam! - wypiszczałam, schodząc z niego. Z drugiej strony, miałam wyjątkowo miękkie lądowanie.
- Nic się nie stało... Gdzie my jesteśmy? - chłopak podniósł się zaraz po mnie. To, co ujrzeliśmy, zapierało dech w piersiach. Otóż staliśmy na jednej z wiszących w powietrzu pomimo grawitacji malutkich wysp, które bardziej przypominały duże skały pokryte krzewami i drobnymi drzewami. Wysepka ta była umiejscowiona wraz z innymi w kotlinie otoczonej górami, a razem tworzyły krąg wokół jednego większego odłamku latającej ziemi, której powierzchnia całkowicie zajęta była przez ogromne, mieniące się złotą barwą drzewo.
- Nie mam pojęcia, ale to najpiękniejsze miejsce, jakie widziałam. - odparłam rozmarzona. Severus podzielił moje zdanie i stwierdził, że trzeba się rozejrzeć.

<Sevciu?>

środa, 20 maja 2015

Od Lucy "Spotkanie" cz. 2 (cd. Jemito)

Przyjrzałam się basiorowi, który wcześniej przybrał postawę bojową.
- Nie musisz jeżyć przede mną sierści. Jakbym chciała cię zabić, już wpatrywałabym się w twoje zwłoki. - zażartowałam mrugając do samca.
- Polemizowałbym. - odpowiedział, odrobinę łagodniej niż wcześniej.
- Cóż, udam, że nie słyszałam. No więc? Co taki samotny basior robi w naszych skromnych progach? - mówiłam, w międzyczasie okrążając go, żeby się dobrze przyjrzeć. Mit lekko zaniepokojony podążał za mną wzrokiem, ale chyba bezbronna wadera z masą wszelkich ozdób na ciele nie powinna stanowić dla silnego wilczura zagrożenia? Jednak zostając przy silnym, rzeczywiście był dość umięśniony, sprawiał wrażenie inteligentnego i nie owijając w bawełnę, całkiem przystojnego. Dużych rozmiarów skrzydła, gęste dwukolorowe futro i zjawiskowe oczy koloru bezchmurnego nieba w połączeniu wywierały mocne wrażenie, szkoda tylko, iż ja potraktowałam ten fakt nazbyt obojętnie.
- Chyba nie mam ochoty zwierzać się nowopoznanej osobie. - stwierdził sucho, choć ja i tak wyczułam skryty w tym zdaniu żal, dlatego postanowiłam nie drążyć tematu.
- To może po prostu dołączysz do naszego królestwa? - zaoferowałam uprzejmie.
- Królestwa? Chyba nie mam do czynienia z królową? - zaciekawił się. W odpowiedzi kiwnęłam przecząco głową. "Na razie" dopowiedziała w myślach moja upierdliwa podświadomość.
- Nie żartuj. Chodź, zaprowadzę cię do króla, on zdecyduje. - poprowadziłam go w stronę drewnianej chatki Severusa, ignorując nieznośne myśli na jego kuszący temat.

< Bardzo, bardzo, bardzo przepraszam Jemito. Kryzys twórczy. Możecie mnie utopić w kiślu w ramach rekompensaty >

Od Lucy "Ta ruina?" cz. 4 (cd. Severus)

Gorączkowo myślałam jak wybrnąć z tej niefortunnej wypowiedzi. Nagle dostrzegłam światełko w tunelu i tym samym przerwałam krępującą ciszę.
- Hej, przecież udało mi się cię rozśmieszyć! - przypomniałam sobie, zaskakując go.
- Jak to? - w tonie jego głosu wyczułam minimalne skrępowanie, że moja kolejna próba rozbawienia chłopaka robiąc z siebie idiotkę zakończyła się powodzeniem.
- Porównując kawę do afrodyzjaku. - zachichotałam, jednak uśmiech zszedł mi chwilowo z twarzy, kiedy uświadomiłam sobie znaczenie tego słowa.
- Masz rację, zwracam honor. - powiedział miejmy nadzieję nie dostrzegając mojego zawahania.
- Tylko tyle? Ja to muszę zapisać w pamiętniczku, żeby pamiętać jaki temat rozpocząć na przyszłość. - zaśmiałam się znów, tym razem doprowadzając go tylko do lekkiego uśmiechu. "Może delikatny, ale i tak zniewalający" zasyczała ta uciążliwsza część mojej głowy odpowiadająca za zauroczenia, co zaskoczyło mnie odrobinę, gdyż najczęściej odzywała się kiedy przygotowywałam kawę. Stwierdziłam, że lepiej nie wdawać się teraz w kłótnię z własnym umysłem, choć w trakcie późniejszej rozmowy odezwał się jeszcze kilka razy. Czas mijał szybko, niczym z chęcią nieuzasadnionej zemsty na mnie i w końcu musiałam pożegnać się z Severusem.
- Kawa była pyszna, dziękuję, że przypomniałaś mi jej smak. - powiedział, przekraczając próg prowizorycznego domku.
- Przychodź do mnie częściej, to już się od niej nie uwolnisz. - skwitowałam uśmiechnięta.
- Na pewno skorzystam z tej propozycji. Dobranoc. - i kiedy miał się zamiar odwrócić, moja podświadomość nakłoniła mnie do szybkiego pocałunku w policzek. Sekundę później już zniknęłam za zamkniętymi drzwiami, by nie spojrzał na moją twarz, która bardziej przypominała teraz dojrzałego pomidora.
- Ale z ciebie idiotka. - westchnęłam, co później zwieńczyłam śmiechem tak histerycznym, że słyszące to stworzenia postanowiły ukryć się przed atakiem hieny.

<Sevciu?>

wtorek, 17 lutego 2015

Od Lucy "Ta ruina?" cz. 2 (cd. Severus)

Mozolnie maszerowałam za Severusem. Jałowa ziemia, zero istot wokół, brak sklepów, a co najgorsze... Żadnej kawiarni!
- A nie możemy zamieszkać w mieście? Gdzieś, gdzie są ludzie? Albo chociaż jakaś trawa? - zamruczałam smętnie, szurając pazurami po piachu.
- Nie przesadzaj, to miejsce potrzebuje tylko trochę pracy. - odpowiedział potulnie, rozglądając się z uśmiechem po zakamarkach doliny.
- Ale przez praca... - tu wzdrygnęłam się teatralnie - rozumiesz budowanie tego wszystkiego od podstaw?
- Dokładnie tak. - zamachał ogonem przyglądając się z podziwem tutejszym drzewom, jakby oceniał ich jakość i szukał dogodnego miejsca na stworzenie prowizorycznego schronienia.
- W takim razie życzę powodzenia! - prychnęłam siadając naprzeciw niego. Basior stanął zaskoczony, jakby uraziły go moje słowa.
- Mogłaś pójść do Białego Królestwa. - burknął wymijając mnie, a ja natychmiast poczułam wyrzuty sumienia, ale przecież nie mogłam przeprosić, na pewno nie tak od razu.
- Jak sobie chcesz. - wzruszyłam ramionami i z gracją powędrowałam w głąb lasu. Nie chciałam gdziekolwiek iść. Lubiłam go. Może nawet bardzo. A już na pewno nie miałam serca zostawiać go tu samego, chociaż pewnie poszłoby mu szybciej, gdyby nie chodziła za nim natrętna, nienaturalnie bijąca brązem wadera. Chyba powinnam go przeprosić. Albo zrobię coś lepszego!
***
- Severus... - wyszeptałam przepraszająco pukając w drewniane drzwi prowadzące do małej, przytulnej chatki. Poszło mu naprawdę szybko. I nagle w mojej głowie pojawia się lekko nieprzyzwoita myśl o Sevciu układającym pale... W ludzkiej wersji... Bez koszulki... Dziewczyno, o czym ty do cholery myślisz?!
- Lucy? - chłopak pomachał mi dłonią przed oczami. Dopiero teraz zorientowałam się, że stoję z nieobecnym wzrokiem, otwartym pyskiem i odrobinę wyciągniętym na wierzch językiem. Natychmiast odchrząknęłam, wyprostowałam się i zmieniłam w człowieka.
- Mam niespodziankę. Chodź. - z uśmiechem chwyciłam go za nadgarstek i pociągnęłam za sobą zupełnie tak, jakby wcześniejsza sprzeczka w ogóle nie miała miejsca. Gdy byliśmy już wystarczająco blisko mojego drobnego upominku stanęłam za nim i zasłoniłam mu rękoma oczy, prowadząc do zbudowanego przeze mnie szałasu, gdzie na zrobionym prędko stoliczku czekała parująca kawa w kamiennych kubkach.
- Jak ty to zrobiłaś? - spytał mile zaskoczony, wpatrując się w naczynie.
- Nigdy się nie dowiesz. - roześmiałam się cicho, siadając na służącym za krzesło głazie. Severus spoważniał, sprawdzając konstrukcję.
- Jednak przy mocniejszym wietrze się zawali. - westchnął. Ściągnęłam brwi. Pierwszy raz ruszyłam się bezinteresownie, żeby go czymś zaskoczyć, a on krytykuje. To, że jest władczy często mnie irytuje.
Moje zdenerwowane spojrzenie skierowane do tyłu jego głowy jednak szybko ustąpiło delikatnemu uśmiechowi, na widok kawowego wąsika przy ustach chłopaka. Wzięłam chusteczkę i zbliżyłam dłoń do jego twarzy, jednak ten odsunął się nieco.
- Co ty próbujesz zrobić? - zapytał niepewnie.
- Ja tylko... - przechyliłam się, żeby wytrzeć mu górną wargę. - chciałam pomóc. Przepraszam, jeśli... - tu przerwałam, przygryzając wewnętrzną część policzka. Spuściłam wzrok i oparłam brodę o dłoń, natomiast łokieć ułożyłam na brzegu stolika.

<Sevciu?>
Nomida zaczarowane-szablony