- Nie... Jeszcze nie dołączyłam do żadnej watahy... - odpowiedziała mu ciut niepewnie.
Był szczeniakiem, ale chyba już trochę większym, a ja jestem jeszcze na
domiar złego nieśmiała. Z drugiej strony sprawiał wrażenie
sympatycznego. Raczej nie zamierzał rzucić się na mnie z pazurami.
- A weszłam na teren jakiejś? - zapytałam.
Popatrzył na mnie zamyślony.
- Tak, ale nie wiesz, czy wolno ci coś mówić? - odpowiedziałam sama sobie.
- Kurczę, w sumie tak. No ale skoro już zgadłaś, to nie będę nic ukrywał, to by było głupie.
- Tak. Zatem, gdzie jesteśmy?
- Czarne Królestwo.
- Nie słyszałam dotąd o takim zgromadzeniu.
- Nie popisujemy się zbytnio.
- To wiele tłumaczy. Myślisz, że mogłabym się tutaj zatrzymać?
- Pewnie tak, gdybym ja był dowódcą - tu zrobił nieco smutną minę, zapewne
bardzo chciał być - to raczej bym zezwolił. Ale chyba trzeba zapytać
prawdziwego władcę.
- Tak, rozumiem. Zechciałbyś mnie do niego zaprowadzić?
Szczeniak znowu się zamyślił, po czym powiedział:
- Wiesz, nie znam cię zupełnie...
- Możesz czasowo wziąć moją wyprawę na przechowanie.
- Masz na myśli zrobić rewizję twojego ekwipunku, w celu sprawdzenia, czy
posiadasz coś niebezpiecznego i na jakiś czas zabrać ci bardziej
podejrzane przedmioty?
- Tak. Dobrze to ująłeś.
Basior najwyraźniej lubił takie rzeczy. O matko, basior lubił
przeszukiwać nieznajome wadery... Źle to zabrzmiało. W każdym razie,
otwarcie mojej torby, sprawiło Irowi (od właścicielki: tak to się odmienia? daj znać,
jeśli nie) niezły ubaw. Nie było tego zbyt wiele. Szczeniak wyciągnął
kawałek materiału, linkę, pustą fiolkę i puszkę z tłustą substancją. Od
razu przepytał mnie, co oznacza obecność tego ostatniego. Wyraźnie
zrzedła mu mina, kiedy dowiedział się, że to maść na rany, która
przestała już działać tak dobrze, jak powinna. Niepocieszony zapytał
jeszcze o magiczne właściwości mojego naszyjnika. I tym razem musiałam
go zawieść ponieważ wisiorek nie był zaklęty. Przynajmniej tyle mi było
wiadomo. Chcąc uniknąć ujmy na honorze, wilk wziął w zęby przynajmniej
puszkę i zaczął mnie prowadzić.
<Iro? Przepraszam, że jestem upierdliwa, ale nazywam się Selene albo Selena, nie Serena, tak na przyszłość.>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Selene. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Selene. Pokaż wszystkie posty
środa, 3 maja 2017
sobota, 29 kwietnia 2017
Od Selene "Pasowanie na rycerza" cz. 2 (c.d. Gall Anonim)
W watasze panowało ogromne poruszenie. Pasowano jakiegoś rycerza. Mówię
jakiegoś, ponieważ nie dotarło do mnie jego imię, wszyscy których
zapytałam, czyli jedna wadera, do której odważyłam się odezwać,
żartowali sobie, że chodzi o "Galla Anonima".
Aktualnie byłam zajęta kopaniem gliny, cóż za dostojne zajęcie, ale udałam się na miejsce ceremonii, ponieważ szło mi całkiem dobrze i mogłam pozwolić sobie na chwilowe odstąpienie od pracy. Widać nie tylko ja, ponieważ w wyznaczonym miejscu zebrał się tłum.
Wyglądało to mniej więcej tak, dowódca watahy klepał nudne formułki. Jak już pewnie doskonale widać, nie lubię dostojnych uroczystości. Nie mniej, było całkiem znośnie. Okazało się, że niedoszły rycerz rzeczywiście ma na imię Gall Anonim. Powinnam chyba przeprosić waderę, którą zapytałam, jak się nazywa, ponieważ wyraziłam skrzywioną miną, że nie byłam zadowolona z udzielonej przez nią odpowiedzi, choć mówiła ona prawdę. W każdym razie, sam mianowany zdawał się nie być przygotowany. Pierwszą jego reakcją, było zrobienie wielkich oczu (czy raczej oka). Zamienił się w człowieka, potem w wilka, potem znowu... po prostu zrobił to wiele razy, pogubiłam się w rachubie. Nie do końca wiedział, jak ma się zachowywać.
Poczułam pewną, zapewne jednostronną, więź z basiorem. Prawdopodobnie poproszono go, aby przyszedł, przedstawiono mu sytuację i kazano podjąć decyzję. Potrafiłabym postawić się w takiej sytuacji... Z drugiej strony, nie byłam pewna, o co dokładnie chodzi, więc słuchałam, chcąc poukładać sobie wszystko w głowie.
- Oto oręż, z którego będziesz od dziś korzystać. Przyjmij ten dar i wykorzystuj go w słusznym celu - powiedział, już po pasowaniu, Severus, wręczając Anonimowi miecz.
Rycerz uśmiechnął się głupio. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie, ponieważ wciąż był pod formą człowieka, która moim zdaniem, prezentowała się dziwacznie. Chciał chyba rzucić kilka słów, ale głos zabrał władca watahy:
- Od teraz nasz nowy rycerz, zwany Gallem Anonimem, poszukuje swego ucznia, giermka. Czy ty, Onyxie, godzisz się przyjąć tę funkcję? - tu spojrzał na stojącego obok szczeniaka, który zrobił wielkie oczy.
Nie wydawało się, że pasowany faktycznie zdawał sobie sprawę, że poszukuje ucznia, więc cała sytuacja wyglądała ciut komicznie i przypominała ustawioną ceremonię. Można nawet powiedzieć, że nią była, ponieważ wpływ na jej przebieg miał jeden wilk, ale nie w klasycznym tego słowa znaczeniu. Anonim patrzył na młodego zdezorientowany i... krztynę zawiedziony. Nie dziwiłam mu się. Właśnie dosyć ważna decyzja została podjęta bez jego wpływu. Szczeniak wyszczerzył zęby w uśmiechu i powiedział:
- To dla mnie zaszczyt.
Podszedł do rycerza, a ten uśmiechnął się krzywo, jednak pozostało to prawdopodobnie niezauważone przez większość zgromadzenia, ponieważ czynność tę wykonał sekundę przed zamianą w wilka. Severus patrzył uśmiechnięty na dwójkę, również przybrał czworonożną formę (a może bardziej trzynożną) i ogłosił wszystkim, żeby rozeszli się do domu. Zwyczajnie powinnam się cieszyć, że nie zaczął recytować kolejnej nudnej formułki. Poczułam jednak pewne rozczarowanie, ponieważ wciągnęłam się w obserwowanie nieco zabawnej ceremonii. Była ona dla mnie, jak kabaretowy skecz.
Wilki zaczęły rozchodzić się, ja też postawiłam kilka kroków w bok, ale służyło to jedynie dostosowaniu się do reszty, dalej patrzyłam bowiem na pasowanego. Ten wyglądał na niezadowolonego, spojrzał na szczeniaka, starając się wyglądać uprzejmie, rzucił do niego kilka słów. Młody pokiwał pyskiem i razem udali się w drogę. W tym momencie powinnam zająć się swoim życiem i kontynuować dłubanie w ziemi, ale Anonim wywarł na mnie wrażenie ciekawej osoby. Pomyślałam, że warto byłoby go kiedyś odwiedzić. Problem polegał na tym, że znałam mało kogo w watasze i nie miałam możliwości poznania jego miejsca zamieszkania. Postanowiłam, że dyskretnie pośledzę wilki. Kiedy zatrzymają się gdzieś, zostawię je w spokoju i wrócę do pracy. Poczekałam, aż "obserwowani" oddalą się na około sto pięćdziesiąt metrów i udałam się za nimi, powoli, aby nie zwrócić ich uwagi, ale również na tyle szybko, by mieć dwójkę ciągle w polu widzenia.
<Anonimie?>
Aktualnie byłam zajęta kopaniem gliny, cóż za dostojne zajęcie, ale udałam się na miejsce ceremonii, ponieważ szło mi całkiem dobrze i mogłam pozwolić sobie na chwilowe odstąpienie od pracy. Widać nie tylko ja, ponieważ w wyznaczonym miejscu zebrał się tłum.
Wyglądało to mniej więcej tak, dowódca watahy klepał nudne formułki. Jak już pewnie doskonale widać, nie lubię dostojnych uroczystości. Nie mniej, było całkiem znośnie. Okazało się, że niedoszły rycerz rzeczywiście ma na imię Gall Anonim. Powinnam chyba przeprosić waderę, którą zapytałam, jak się nazywa, ponieważ wyraziłam skrzywioną miną, że nie byłam zadowolona z udzielonej przez nią odpowiedzi, choć mówiła ona prawdę. W każdym razie, sam mianowany zdawał się nie być przygotowany. Pierwszą jego reakcją, było zrobienie wielkich oczu (czy raczej oka). Zamienił się w człowieka, potem w wilka, potem znowu... po prostu zrobił to wiele razy, pogubiłam się w rachubie. Nie do końca wiedział, jak ma się zachowywać.
Poczułam pewną, zapewne jednostronną, więź z basiorem. Prawdopodobnie poproszono go, aby przyszedł, przedstawiono mu sytuację i kazano podjąć decyzję. Potrafiłabym postawić się w takiej sytuacji... Z drugiej strony, nie byłam pewna, o co dokładnie chodzi, więc słuchałam, chcąc poukładać sobie wszystko w głowie.
- Oto oręż, z którego będziesz od dziś korzystać. Przyjmij ten dar i wykorzystuj go w słusznym celu - powiedział, już po pasowaniu, Severus, wręczając Anonimowi miecz.
Rycerz uśmiechnął się głupio. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie, ponieważ wciąż był pod formą człowieka, która moim zdaniem, prezentowała się dziwacznie. Chciał chyba rzucić kilka słów, ale głos zabrał władca watahy:
- Od teraz nasz nowy rycerz, zwany Gallem Anonimem, poszukuje swego ucznia, giermka. Czy ty, Onyxie, godzisz się przyjąć tę funkcję? - tu spojrzał na stojącego obok szczeniaka, który zrobił wielkie oczy.
Nie wydawało się, że pasowany faktycznie zdawał sobie sprawę, że poszukuje ucznia, więc cała sytuacja wyglądała ciut komicznie i przypominała ustawioną ceremonię. Można nawet powiedzieć, że nią była, ponieważ wpływ na jej przebieg miał jeden wilk, ale nie w klasycznym tego słowa znaczeniu. Anonim patrzył na młodego zdezorientowany i... krztynę zawiedziony. Nie dziwiłam mu się. Właśnie dosyć ważna decyzja została podjęta bez jego wpływu. Szczeniak wyszczerzył zęby w uśmiechu i powiedział:
- To dla mnie zaszczyt.
Podszedł do rycerza, a ten uśmiechnął się krzywo, jednak pozostało to prawdopodobnie niezauważone przez większość zgromadzenia, ponieważ czynność tę wykonał sekundę przed zamianą w wilka. Severus patrzył uśmiechnięty na dwójkę, również przybrał czworonożną formę (a może bardziej trzynożną) i ogłosił wszystkim, żeby rozeszli się do domu. Zwyczajnie powinnam się cieszyć, że nie zaczął recytować kolejnej nudnej formułki. Poczułam jednak pewne rozczarowanie, ponieważ wciągnęłam się w obserwowanie nieco zabawnej ceremonii. Była ona dla mnie, jak kabaretowy skecz.
Wilki zaczęły rozchodzić się, ja też postawiłam kilka kroków w bok, ale służyło to jedynie dostosowaniu się do reszty, dalej patrzyłam bowiem na pasowanego. Ten wyglądał na niezadowolonego, spojrzał na szczeniaka, starając się wyglądać uprzejmie, rzucił do niego kilka słów. Młody pokiwał pyskiem i razem udali się w drogę. W tym momencie powinnam zająć się swoim życiem i kontynuować dłubanie w ziemi, ale Anonim wywarł na mnie wrażenie ciekawej osoby. Pomyślałam, że warto byłoby go kiedyś odwiedzić. Problem polegał na tym, że znałam mało kogo w watasze i nie miałam możliwości poznania jego miejsca zamieszkania. Postanowiłam, że dyskretnie pośledzę wilki. Kiedy zatrzymają się gdzieś, zostawię je w spokoju i wrócę do pracy. Poczekałam, aż "obserwowani" oddalą się na około sto pięćdziesiąt metrów i udałam się za nimi, powoli, aby nie zwrócić ich uwagi, ale również na tyle szybko, by mieć dwójkę ciągle w polu widzenia.
<Anonimie?>
środa, 5 kwietnia 2017
Od Selene "Dom, którego nigdy nie było" cz.1 (c.d. chętny)
Z wolna zbliżał się ranek. Nastały już te godziny, które zazwyczaj są
jaśniejsze niż reszta nocy. Przynajmniej dla kogoś, kto wstał około
pierwszej. Wędrowałam przez cały ten czas, bo z niewiadomych powodów
wstałam dzisiaj niezwykle wcześnie. Należę do grona osób, które nie
potrafią zasnąć, kiedy już wstaną. Czuję się wtedy fatalnie i muszę
rozprostować kości. Jako, że dni nie są jeszcze takie długie,
pomyślałam, co tam, pójdę spać wcześniej, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Póki co, szło mi się nad wyraz dobrze. Okolica była... przyjemna.
Chłodne powietrze nie pozwalało nadejść zmęczeniu czyhającemu na
tułacza, takiego, jak ja. Las nie był gęsty, mogłam z łatwością
przedzierać się miedzy drzewami. Podłoże zdawało się być miękkie, ale
nie w ten nieprzyjemny dla chodzenia sposób, jak na przykład piasek.
Ziemia porośnięta rozmaitą zieleniną nie pozwalała na zapadnięcie się
choć na centymetr, a zarazem wciąż dało się wyczuć miękką glebę, która
się pod nią skrywała. To zdrowe dla stawów, chodzenie po, na przykład
skałach, powoduje ich zwyrodnienie.
I nagle poczułam dreszcz.
Przeszył mnie całą, chociaż był delikatny. Wiedziałam co to znaczy. Łagodny muśnięcie energii, gdzieś niedaleko muszą przebywać magiczne wilki. Trochę mnie to przestraszyło, ale przecież taki był mój plan. Przebyłam setki kilometrów, żeby znaleźć dla siebie dom. Dom, jakiego potrzebowałam, a którego zawsze mi brakowało. Chciałam w końcu spać spokojnie, na terenie ogarniętej watahy. Samotność ma swoje plusy, po pierwsze nikt ci nie przeszkadza. Możesz robić, co ci się żywnie podoba. Z drugiej strony nie da się ukryć, że nie masz nikogo do pomocy. Poza tym, ostatnimi czasy, zaczynam myśleć o uporządkowaniu sobie życia. Wiecie, znalezieniu jakiegoś partnera...
Podświadomie przyspieszyłam. Może to przez kontakt z energią. Próbowałam ułożyć sobie jakąś sensowną powitalną formułkę. Nie rozmawiałam z żadnym wilkiem od dawna. Będzie jakiś rok. Tereny, które dotąd spenetrowałam zdawały się do reszty odwilczone. Z góry zapewniam, że nie krążyłam w kółko. Szłam wzdłuż rzek. Taka taktyka ma swoje plusy. Pierwszy już przedstawiłam, drugim jest dostęp do ryb, które niezwykle lubię. Mam też sporo umiejętności w kwestii ich łowienia. Podpatrzyłam byłam dużo ludzkich technik, kiedy przebywałam niedaleko osady tych istot. Nie miałabym nic przeciwko objęciu posady rybaka, gdyby istniała taka możliwość.
Słońce zaczęło się wyłaniać zza horyzontu. Szłam dalej do przodu, ale ciągle nie spotkałam żywej duszy. Od kiedy zorientowałam, że zbliżam się swojego celu, czymkolwiek on był, zboczyłam z mojej dotychczasowej ścieżki - brzegu rzeki. Naszło mnie na zastanawianie się, dlaczego nie doszłam jeszcze do żadnego morza, kiedy poczułam zapach jakiegoś wilka. Zwolniłam, wolałam być czujna. Z drugiej strony, skradanie się, też nie powinno zrobić najlepszego wrażenia. Przemyślenia nie potrwały długo, ponieważ zobaczyłam w oddali sylwetkę. Nie była wyraźna, ale miałam przeczucia, że dotarłam do celu. Pobiegłam w jej stronę.
<Chętny?>
I nagle poczułam dreszcz.
Przeszył mnie całą, chociaż był delikatny. Wiedziałam co to znaczy. Łagodny muśnięcie energii, gdzieś niedaleko muszą przebywać magiczne wilki. Trochę mnie to przestraszyło, ale przecież taki był mój plan. Przebyłam setki kilometrów, żeby znaleźć dla siebie dom. Dom, jakiego potrzebowałam, a którego zawsze mi brakowało. Chciałam w końcu spać spokojnie, na terenie ogarniętej watahy. Samotność ma swoje plusy, po pierwsze nikt ci nie przeszkadza. Możesz robić, co ci się żywnie podoba. Z drugiej strony nie da się ukryć, że nie masz nikogo do pomocy. Poza tym, ostatnimi czasy, zaczynam myśleć o uporządkowaniu sobie życia. Wiecie, znalezieniu jakiegoś partnera...
Podświadomie przyspieszyłam. Może to przez kontakt z energią. Próbowałam ułożyć sobie jakąś sensowną powitalną formułkę. Nie rozmawiałam z żadnym wilkiem od dawna. Będzie jakiś rok. Tereny, które dotąd spenetrowałam zdawały się do reszty odwilczone. Z góry zapewniam, że nie krążyłam w kółko. Szłam wzdłuż rzek. Taka taktyka ma swoje plusy. Pierwszy już przedstawiłam, drugim jest dostęp do ryb, które niezwykle lubię. Mam też sporo umiejętności w kwestii ich łowienia. Podpatrzyłam byłam dużo ludzkich technik, kiedy przebywałam niedaleko osady tych istot. Nie miałabym nic przeciwko objęciu posady rybaka, gdyby istniała taka możliwość.
Słońce zaczęło się wyłaniać zza horyzontu. Szłam dalej do przodu, ale ciągle nie spotkałam żywej duszy. Od kiedy zorientowałam, że zbliżam się swojego celu, czymkolwiek on był, zboczyłam z mojej dotychczasowej ścieżki - brzegu rzeki. Naszło mnie na zastanawianie się, dlaczego nie doszłam jeszcze do żadnego morza, kiedy poczułam zapach jakiegoś wilka. Zwolniłam, wolałam być czujna. Z drugiej strony, skradanie się, też nie powinno zrobić najlepszego wrażenia. Przemyślenia nie potrwały długo, ponieważ zobaczyłam w oddali sylwetkę. Nie była wyraźna, ale miałam przeczucia, że dotarłam do celu. Pobiegłam w jej stronę.
<Chętny?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)