- To dla mnie zaszczyt - odpowiedział dumnie szczeniak, zbliżając się do mnie. Cholera. Nici z moich marzeń o dalszej spokojnej egzystencji, w której zdany byłem wyłącznie na własne towarzystwo. Postanowiłem się jednak posilić na uśmiech w kierunku malucha. Naprawdę nie chciałem mu sprawiać przykrości. Dziwnie się czułem, będąc, przy nim w swojej ludzkiej formie, w której przerastałem go nawet kilkakrotnie, więc odebrałem miecz od Severusa, włącznie z pochwą, do której przymocowany był również pas. Obsłużyłem się tym o dziwo bez najmniejszego kłopotu. Przemieniłem się na powrót w wielka. Broń wciąż ciążyła u mego boku. Będę musiał z nią chodzić wszędzie, czy może tylko w uroczystych momentach? Co tak właściwie robi taki rycerz? Głupio było mi jednak pytać.
- Możecie się rozejść do wcześniej napoczętych prac - oznajmił w końcu król. Wszyscy, bez wyjątku, go usłuchali, więc jako, że najwidoczniej dziś byłem zwolniony z prac na budowie, dałem znak Onyxowi głową, by za mną podążył. Zadowolony z siebie, ruszył w ślad za mną.
- Co będziemy robić? Ratować damy w opresji? - dopytywał. Pokręciłem przecząco głową.
- Zdaje się, że żadna tutaj nie potrzebuje pomocy.
- Więc czym się zajmiemy? - dopytywał podekscytowany. Westchnąłem w duchu, nie mając zielonego pojęcia. Nie chciałem dać po sobie poznać, że sam czułem się w tym kompletnie zagubiony.
- Może... - zacząłem, starając się jak najprędzej coś wymyślić. Nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł - Umiesz walczyć?
Po chwili pokręcił głową. Wyglądał na odrobinę przestraszonego. Sam nie byłem całkiem pewien, czy posiadam tę umiejętność, a to była jedna z niewielu możliwości, kiedy mogłem to przećwiczyć. Szczególnie, że bez względu na wszystko, to właśnie tego wymagało się od rycerza.
- Ja prawdę mówiąc, nie mam pojęcia - odpowiedziałem cicho, na co zareagował czymś pokroju cichego "ha". Chyba powstrzymał śmiech tylko dlatego, że był w pełni świadom tego, że sam w tej dziedzinie jest prawdopodobnie zerem.
- Giermek to taki uczeń rycerza, prawda? - zapytał, gdy poszukiwałem w krzakach jakichś gałęzi, które mogłyby nam posłużyć za broń.
- Tak - odparłem. Sam całkiem nie wiedziałem, skąd posiadałem tę wiedzę, ale szybko odpędziłem się od kolejnej chwili rozważań nad swoją egzystencją oraz utraconą pamięcią. Doszedłem do wniosku, że prawdopodobnie znacznie wygodniej byłoby mi się uczyć będąc w formie człowieka, jednakże nie przebaczyłbym sobie, gdybym wykorzystał tę przewagę przeciwko szczeniakowi. Właściwie, to zaczynałem powoli do niego czuć sympatię. Może raczej zrozumienie? Jednak nie chciałem tego za bardzo okazywać. Z zewnątrz idealnym wrażeniem dawanym innym wilkom byłaby neutralność wobec siebie. Tak chyba właśnie robią partnerzy po fachu.
Wręczyłem Onyxowi patyk.
- Spróbujesz tym? - wycharczałem przez gałąź. Ten potakując mi nawet, rzucił się naprzód starając się mnie uderzyć. Ja jednak sprawnie odparowałem cios, sam wykręcając się w taki sposób, że stanąłem u jego boku, delikatnie klepiąc go w bok. Spróbował ponownie, lecz równie niezgrabnie. Uskoczyłem. Szło mi znacznie lepiej, niż się spodziewałem.
- Mówiłeś, że nie umiesz - jęknął, zawiedziony, gdy każda jego próba natarcia kończyła się porażką.
- Nie mówiłem, że nie umiem, tylko, że nie wiem, czy umiem - odpowiedziałem ze spokojem.
- Jak można nie wiedzieć? - wyglądał na zdesperowanego. Wydałem z siebie tylko coś w rodzaju prychnięcia i starannie odłożyłem patyk na bok. Basiorek, po kolejnym nieudanym ataku w moją głowę, na co zareagowałem odsunięciem się w bok, zrobił to samo.
- To co teraz robimy? - zapytał, najwyraźniej zapomniawszy o incydencie sprzed chwili. Wyglądał po raz kolejny na podekscytowanego.
- Zastanowię się.
Chwilę stał z wyraźnym oczekiwaniem wymalowanym na pyszczku, ale w końcu pękł i nie wytrzymując, zapytał:
- Masz jakąś damę serca?
Spojrzałem na niego swoim jednym okiem. Spojrzenie musiało zdać mu się zbyt groźne, bo aż się skulił. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że mimo znacznej różnicy wzrostu, pozwoliłem sobie również na uniesienie podbródka, przez co mój wzrok zdawał się być jeszcze wynioślejszy.
- Nie - odparłem krótko. Niespodziewanie nad naszymi głowami przetoczył się grom. Huk był słyszalny w całej okolicy. Powoli uniosłem pysk, dopiero zauważywszy czarne wręcz chmury. Już chwilę potem lunął na nas prawdopodobnie zimny deszcz. Szum kropel był wręcz uspokajający. Zmrużyłem ślepię.
- Fuck... - mruknąłem cicho, wiedząc, że do szałasu było daleko. Onyx z piskiem pobiegł pod drzewo, jednak coś mi mówiło, że to niewłaściwa kryjówka. Z ociąganiem podszedłem do malucha skulonego pod konarem.
- Chodź - zarządziłem i nim zauważył, usadziłem go na swoim grzbiecie. Deszcz był na tyle silny, że błoto szybko zbierało się pod moimi łapami. Ładna mi zima - pomyślałem pospiesznie, rzucając się biegiem ku terenom, gdzie znajdowały się chaty mieszkalne. Onyx wbił pazurki w mój przemoczony grzbiet, nie chcąc spaść. Poczułem to dopiero, kiedy znalazły się dość głęboko, by zadrapać mi skórę. Dało mi się to we znaki poprzez wyłącznie delikatne mrowienie.
Łapy mi się ślizgały na lepkim błocie, mały ciężar na grzbiecie nieznacznie mnie spowalniał. Nie chciałem jednak, by młody się przeziębił. Dlatego też dalej w pełnym skupieniu galopowałem prze siebie. Jednym susem przeskoczyłem rzekę, która teraz szaleńczo pluskała. Mogła czasem wylać. Uświadomiwszy to sobie wyrwał mi się cichy syk niezadowolenia. Przez jednoczesny kolejny grzmot szczeniak go pewnie nawet nie usłyszał. Musiałem ostrzec króla o tej możliwej ewentualności.
Byliśmy już blisko, kiedy straciłem równowagę i upadłem tak, że aż zaczęło mi dzwonić w uszach. Od razu wstałem i pobiegłem dalej. Onyx tylko głośniej piszczał. Wiedziałem, że nic mu się nie stało, a ja miałem lekki problem z zachowaniem równowagi. Pewnie obiłem sobie łapy, ale nawet nie czułem bólu.
Kiedy byliśmy już w wiosce, zapytałem, przekrzykując deszcz:
- Gdzie wasz szałas?!
- Za tamtą jodłą! - odkrzyknął. Na dystansie ostatnich kilkunastu metrów basiorek dał mi we znaki, że jednak się przeziębił tym, że kilkakrotnie kichnął. To była kolejna rzecz, która wprawiła mnie w niezadowolenie. U progu chatki wskazanej przez niego stała już zmartwiona biała wadera, którą zdołałem już poznać przez te kilka miesięcy członkostwa w Czarnym Królestwie. Miała na imię Filos i była mamą za równo Onyxa, jak i jego siostry, Istorii. Basiorek sprawnie zeskoczył z mojego grzbietu, a ja nawet nie czekając na jej jakąkolwiek oznakę wdzięczności, odwróciłem się na pięcie i odbiegłem.
Będąc na środku placu mieszczącego się w centrum wioski budowniczych, dostrzegłem przez zmrużone powieki tajemniczą sylwetkę zaczajoną za krzakami. Zwolniłem. Obowiązkiem rycerza było strzeżenie innych, tak? Postać ta jednak nic kompletnie nic mi nie mówiła. Zawsze mógł być to jeden z nowych wilków, przed którymi lubiłem się kryć i generalnie ich unikać. Wolałem jednak zachować wszelkie konieczne środki ostrożności, szczególnie, że przybysz akurat podczas oszalałej burzy nie wróżył niczego dobrego. Miałem okazję się wykazać. Opcje były dwie: albo odeprę atak i uratuję pozostałych, albo odprowadzę tego kogoś do szałasu, jeśli się zagubił. Jego krok nie wskazywał na chęć szybkiego powrotu do domu. Był wręcz powolny. To był kolejny szczegół, który wzbudził moje podejrzenia.
Zatrzymałem się, przybierając pozę w pełni gotowości na wszystkie możliwe, dość nieprzyjemne ewentualności.
Wtedy stało się coś, czego się nawet nie mogłem spodziewać. Kolejny grzmot, bolesna jasność, dreszcze na całym ciele, smród spalonej skóry i włosów. Następnie obezwładniające drętwienie, które sprawiło, że osunąłem się na ziemię. Nie straciłem jednak przytomności.
<Selene? Anonima trafił piorun. Prócz kilku blizn, ogólnego szoku i nieco nadpalonego futra nic się o dziwo nie stało.>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gall Anonim. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gall Anonim. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 15 maja 2017
niedziela, 5 lutego 2017
Od Anonima "Pasowanie na rycerza" cz. 1 (c.d. Onyx lub chętny)
- Jesteś zabawny, wiesz?
- Dlaczego tak uważasz?
- Sądzisz, że ktoś to kupi?
- A dlaczego nie?
- Błagam cię, nie ma go w szkole już od lat.
- Nadal o nim mówią. Nie zapomnieli.
Cisza.
- Ostatni raz w szkole był pięć lat temu i to jeszcze łącznie na może dwa tygodnie. Jakim cudem mogą go pamiętać?
- Calineczki nie zapomną. Twierdzą, że nie mogą się doczekać, aż będą mogli go zadręczać. Wymsknęło ci się coś o jego powrocie, prawda?
- Może... Nie wiem. Chcę wierzyć w to, że powróci do dawnych sił - mruknął z nutą niepewności Trick.
- Co rozumiesz przez "dawnych"? Przecież nawet nie umiał dobrze chodzić.
- Lepsze to niż bezczynne leżenie na łóżku. Nawet nie jest w stanie samodzielnie oddychać - syknął.
- Ale żyje.
- To chyba za duże słowo. Egzystuje, ale czy żyje to już nie wiem.
- Ja wierzę, że nas słyszy i rozumie.
- Ale nie pamięta. Amnezja. Coś ci to mówi?
- Nie jestem durniem. Wiem, co to takiego.
- To świetnie, że wiesz. Obawiam się jednak tego, jak zareaguje, kiedy uda nam się go wybudzić... i o ile to się kiedykolwiek stanie.
- Na pewno się ocknie. Trzeba w to wierzyć.
- Nie będzie nas pamiętać. Nie wie, kim jesteśmy, ani co mu zrobiliśmy.
- Wystarczy mu powiedzieć.
- Co? "Cześć, braciszku, jesteś teraz cyborgiem, baw się dobrze"? Na litość, nie ma nawet o tym mowy. Będzie w szoku. Możemy w ten sposób jeszcze bardziej zniszczyć jego psychikę.
- Albo naprawić. Może brak wspomnień spowoduje, że nie będzie miał już chęci się zabić?
- Lekarze mówili, że jest takim człowiekiem i jego przeszłość nie ma tu nic do rzeczy.
- Może się mylili?
- Słuchaj, nie sądzisz, że już za dużo tego gdybania? Liczą się fakty.
- Trzeba myśleć pozytywnie.
- "Do widzenia sentymencie, On się teraz nie liczy" - zanucił. Miał melodyjny, czysty chłopięcy głos. Wtedy sielankową rozmowę przyszył krzyk:
- Gdzie wy jesteście?! Spóźnicie się do szkoły!
- Co powiesz na wagary? - wyszeptał ten, który jeszcze przed chwilą śpiewał.
- To się nie uda. Rodzice będą wściekli.
- Przecież ten tutaj zostawał, jak mu się nie podobało. Najwyżej też pogrozimy, że inaczej skoczymy pod auto. Poza tym, wujek Biscuit na pewno się zgodzi.
- Herbatnik... kto w ogóle wymyślił tę idiotyczną ksywkę?
- Chyba tata. A przynajmniej tak mi się wydaje. Rozumiesz, żeby był mniej rozpoznawalny podczas porozumiewania się na misji.
- W takim razie jaki pseudonim miał tata?
Drzwi od pokoju musiały się otworzyć.
- Tutaj jesteście! Dalej, ruchy, bo niedługo ósma!
- Wujku, możemy zostać dzisiaj w domu? Nadrobimy wszystkie lekcje. Jest piątek... możesz napisać, że to przez gorączkę albo coś.
- No nie wiem...
- Nie powiemy nic tacie - dodał chłopak nazywany Amorem.
- Niech wam będzie. Co zamierzacie przez ten czas robić?
- Zacząć stawiać System. Coś w końcu musi go uratować. Chciałbym, aby to było oprogramowanie z największą masą obliczeniową na świecie.
- W takim razie powodzenia życzę - powiedział dorosły z odrobiną rozbawienia w głosie - Widzę, że masz niezłe ambicje. W razie problemów z kodem, możesz mnie wezwać.
- Jasne... Na razie dam sobie radę sam.
- A ty, Amor?
- Ja... chyba tutaj posiedzę.
- Nie ma mowy! - zbuntował się Trick.
- No to... Może posprzątam mieszkanie i upiekę placek? Do tego jakieś ciasteczka, albo coś...
- Byłbym za. W razie jakbyś skończył wcześniej, zapraszam do mojego biura. Będę pisać artykuł o tegorocznym Taste of London Festival.
- O! Byliśmy tam!
- W rzeczy samej. Możesz pomóc.
- Możecie skorzystać ze zdjęć, które zrobiłem - stwierdził monotonnym tonem głosu Trick, odsuwając krzesło.
- Ok.
Dźwięk zamykanych drzwi. Stukanie o klawisze komputera.
Otworzyłem oko. Leżałem tak przez chwilę, wgapiając się w coś, co chyba mogę nazwać sufitem szałasu, po czym usiadłem na łóżku i wstałem. Już dość tego podsłuchiwania... właśnie, czego? Już nawet nie miałem siły ponownie rozmyślać nad źródłem głosów. Nadal słyszałem niezwykłe szybkie stukanie palców o klawiaturę, ale miało to w sobie coś kojącego. Dało się o tym zapomnieć.
Stojąc już przed drzwiami szałasu, wypatrzyłem kątem oka wysoką sylwetkę przemykającą między drzewami. Wzdrygnąłem się, ale postanowiłem skierować się w tamtym kierunku. Postać zniknęła. Już miałem zawrócić i pójść w drugą stronę na spacer, kiedy ktoś mnie przytulił silnymi ramionami od tyłu. Wyprostowałem się.
- Cześć, podobno nazywasz się Gall Anonim. Skąd taki pomysł? - wyszeptał mi do ucha. Pytanie o tak błahą rzecz zabrzmiało mimo wszystko niezwykle zmysłowo. Chwyciłem obejmującą mnie rękę i spróbowałem odciągnąć od siebie. Puścił mnie bez większego oporu.
- Nie lubisz się przytulać?
Zawahałem się. Nigdy nad tym szczególnie nie rozmyślałem.
- Nie bardzo.
- Rozumiem - stanął przede mną, uśmiechając się szeroko. Miał zadbane, niebieskie włosy i coś, co w pewnym sensie było kozią bródką. Radosne, zielone oczy patrzyły na mnie w głębokiej fascynacji. Mężczyzna był wyższy i lepiej zbudowany ode mnie. Odruchowo objąłem się ramionami i spuściłem wzrok. - My się chyba już znamy. Pamiętam, jak krwawiłeś. Już ci lepiej?
- Tak... chyba tak - powiedziałem ledwo słyszalnie. Czułem się w jego towarzystwie dziwnie nieswojo. Jakbym nie wiedział czegoś, co powinienem był wiedzieć.
- To świetnie. Przejdziemy się? - zapytał, odrobinę się garbiąc. Miał teraz twarz na wysokości mojej. Przełknąłem ślinę. Wtedy doznałem olśnienia. Jego styl bycia... bardzo mi kogoś przypominał. Nie do końca, ale zawsze jednak.
- Mogę cię nazywać "Amor"?
Wyglądał na odrobinę zaskoczonego.
- Pewnie. Skąd taki pomysł, jeśli mogę zapytać?
- Tak jakoś... Nie wiem. Tak mi się skojarzyło - wzruszyłem ramionami, dając się prowadzić przez rzadki las.
- To całkiem ciekawe, bo z wielu względów jestem tak nazywany przez moich znajomych.
Pokiwałem w zamyśleniu głową. Niezły zbieg okoliczności. Zerknąłem na niego. Wyglądał na zatopionego w swoich rozmyślaniach, ale przy tym się lekko uśmiechał. Odchrząknąłem. Zwrócił na mnie swoją uwagę.
- Coś się stało?
- Nic konkretnego. Sprawdzałem, czy kontaktujesz.
- Oj, tak, tak... - zrobił pauzę, jakby decydował się nad czymś. - Podobasz mi się.
- W jakim sensie? - uniosłem brew.
- Fizycznie, psychicznie... jako całość. Jesteś przystojny, a twój sposób bycia jest intrygujący. Chętnie bym cię pocałował.
Zrobiło mi się trochę słabo. Co on powiedział? Że jestem przystojny? Na pewno żartował. Szczególnie z tym ostatnim. Jest niepoważny. Pewnie już ma jakąś dziewczynę, albo chłopaka. Z takim wyglądem jest to wprost pewne.
- Wiem, że nie czujesz tego samego... - dodał, skruszony - Poza tym kogoś mi przypominasz.
- Kogo? - zapytałem. Uśmiechnął się tajemniczo. Wyszliśmy na polanę, gdzie stała już cała wataha. Wszyscy patrzyli w naszym kierunku. Aż przystanąłem.
- Co się dzieje?
- Pasowanie na rycerza.
Wtedy pokuśtykał do mnie Severus. Aby nie czuł się poniżony przez różnicę wzrostu, również zmieniłem formę na wilczą.
- Zostałeś wybrany na pierwszego rycerza Czarnego Królestwa. Tak zadecydowali członkowie stada. To niezwykle ważny i dostojny tytuł. Czy przyjmujesz tę szlachecką funkcję?
Przez chwilę patrzyłem w bezruchu i zastanawiałem się, czy nie żartuje. Pysk miał całkowicie poważny. Jak to Severus. Zerknąłem jeszcze na pozostałe wilki. Cholera. To chyba naprawdę nie były żarty.
- Jeśli odmówię, zostanie wybrany kto inny?
- Owszem.
Szybko przemyślałem wszystkie "za" i "przeciw". Już po dwóch sekundach odparłem:
- Zgoda.
Niektóre wadery stojące na łące zmieniły się w ludzi i zaczęły klaskać. Inne nawet wyły. Właściwie basiory zachowywali się podobnie. Zmarszczyłem brwi. Skąd u nich ta radość? To tylko tytuł, który niewiele zmieni w moim życiu. Dałem się zaprowadzić na środek łąki. Tam wilki zbliżyły się i otoczyły nas ciaśniejszym kołem. Nieprzyjemnie. Wszyscy we mnie wbijali spojrzenie. Powinienem przyklęknąć? Chyba w formie wilczej było to niemożliwe. Severus rozpoczął przemowę:
- Wysłuchaj o Panie naszej modlitwy i łaskawie pobłogosław swoim majestatem ten miecz, który twoi słudzy podniosą, aby bronić Świątyń, – wdów i sierot, oraz wszystkich twoich sług dla obrony przed tymi co sieją strach i śmierć. Każdy, kto chce być rycerzem, musi być wielkodusznym, wolnie urodzonym, szczodrym, doskonałym i mężnym. Zanim jednakże uczynicie ślubowanie swego stanu, usłyszycie z należną rozwagą zasady reguły. Taką zaś jest reguła stanu rycerskiego: przede wszystkim słuchać codziennie ceremonii świętej z pobożnym rozpamiętywaniem Shianuraoztanadesa i innych bogów; odważnie walczyć w obronie wiary wilczej; święte Świątynie wraz z jego sługami uwalniać od jakichkolwiek napastników; wdowy i sieroty wspierać w potrzebie, unikać wojen niesprawiedliwych; nie domagać się niesłusznego żołdu; stoczyć pojedynek w obronie każdego niewinnego; stawać na turnieje dla ćwiczeń rycerskich a nie dla pustej sławy; miłość w sercu nosić; prawdę sercem i usty wyznawać, żyć nienagannie wobec bogów i istot na tym świecie. Jeżeli zaś będziecie przestrzegać tych zasad rycerskiej reguły, osiągniecie doczesną chwałę na ziemi a po tym życiu – chwałę niebios. - Zrobił chwilę przerwy i skierował wzrok na mnie - Czy pragniesz, więc przyjąć rycerski stan w imię bogów i spełniać wedle twej możności regułę wyjaśnioną ci według powyższego tekstu?
- Chcę.
Dał znak głową, aby Lucy się zbliżyła. Zmienił się w człowieka i wziął w prawą dłoń przyniesiony przez nią miecz. Ja również zmieniłem postać w ludzką i zgrabnie przyklęknąłem na jedno kolano. Trzykrotnie delikatnie uderzył ostrzem miecza o moje ramiona, zaczynając od lewego.
- Mianuję cię rycerzem na cześć wszechmogących bogów i przyjmuję do grona rycerskiego. A pamiętaj, że Zbawiciel świata był za ciebie wyszydzony wobec innych, poniżony przez potężnych i porzucony na pastwę losu. Jednak oto powrócił, by głosić swą potęgę ponad inne bóstwa. Zwracam ci uwagę byś pamiętał o Jego hańbie, radzę ci przyjąć jego cierpienie, wzywam cię byś głosił Jego upadek i powstanie.
- Niech tak się stanie - odpowiedziałem. Z tego co zdążyłem się zorientować, w tej wierze był to zamiennik "Amen", które powtarzano w takich sytuacjach w Kościele katolickim. Byłem niemalże pewien, że to właśnie to wyznanie przyjąłem w... rzeczywistości, o ile tak mogę to nazwać.
- Odrzuć wszelkie diabelskie pokusy, bądź czujny i wierny bogom oraz zawsze godny pochwały. Obyś nigdy nie użył miecza w niesłusznej sprawie i ran nikomu nie zadał.
- Niech tak się stanie - tym razem odpowiedzieli ze mną wszyscy członkowie stada. Severus dał mi znak, abym wstał i wręczył mi miecz.
- Oto oręże, z którego będziesz od dziś korzystać. Przyjmij ten dar i wykorzystuj go w słusznym celu. - Nim zdążyłem jakkolwiek zareagować, król dodał: - Od teraz nasz nowy rycerz, zwany Gallem Anonimem poszukuje swego ucznia, giermka. Czy ty, Onyxie, godzisz się przyjąć tę funkcję? - zapytał, uśmiechając się przyjaźnie do szczeniaka, który teraz zrobił wielkie oczy.
Nie mówicie mi tylko, że będę zmuszony zgodzić się na "nauczanie" jakiegoś obcego szczeniaka... Tyle czasu udało mi się unikać zbytecznego towarzystwa członków Czarnego Królestwa. Teraz będę zmuszony to wszystko zaprzepaścić na rzecz... dziecka. Najchętniej bym to rzucił jak najdalej w kąt i zapomnieć, ale z drugiej nie chciałem mu sprawiać przykrości. Teraz decyzja należała do niego.
<Onyx? Ktokolwiek chętny?>
- Dlaczego tak uważasz?
- Sądzisz, że ktoś to kupi?
- A dlaczego nie?
- Błagam cię, nie ma go w szkole już od lat.
- Nadal o nim mówią. Nie zapomnieli.
Cisza.
- Ostatni raz w szkole był pięć lat temu i to jeszcze łącznie na może dwa tygodnie. Jakim cudem mogą go pamiętać?
- Calineczki nie zapomną. Twierdzą, że nie mogą się doczekać, aż będą mogli go zadręczać. Wymsknęło ci się coś o jego powrocie, prawda?
- Może... Nie wiem. Chcę wierzyć w to, że powróci do dawnych sił - mruknął z nutą niepewności Trick.
- Co rozumiesz przez "dawnych"? Przecież nawet nie umiał dobrze chodzić.
- Lepsze to niż bezczynne leżenie na łóżku. Nawet nie jest w stanie samodzielnie oddychać - syknął.
- Ale żyje.
- To chyba za duże słowo. Egzystuje, ale czy żyje to już nie wiem.
- Ja wierzę, że nas słyszy i rozumie.
- Ale nie pamięta. Amnezja. Coś ci to mówi?
- Nie jestem durniem. Wiem, co to takiego.
- To świetnie, że wiesz. Obawiam się jednak tego, jak zareaguje, kiedy uda nam się go wybudzić... i o ile to się kiedykolwiek stanie.
- Na pewno się ocknie. Trzeba w to wierzyć.
- Nie będzie nas pamiętać. Nie wie, kim jesteśmy, ani co mu zrobiliśmy.
- Wystarczy mu powiedzieć.
- Co? "Cześć, braciszku, jesteś teraz cyborgiem, baw się dobrze"? Na litość, nie ma nawet o tym mowy. Będzie w szoku. Możemy w ten sposób jeszcze bardziej zniszczyć jego psychikę.
- Albo naprawić. Może brak wspomnień spowoduje, że nie będzie miał już chęci się zabić?
- Lekarze mówili, że jest takim człowiekiem i jego przeszłość nie ma tu nic do rzeczy.
- Może się mylili?
- Słuchaj, nie sądzisz, że już za dużo tego gdybania? Liczą się fakty.
- Trzeba myśleć pozytywnie.
- "Do widzenia sentymencie, On się teraz nie liczy" - zanucił. Miał melodyjny, czysty chłopięcy głos. Wtedy sielankową rozmowę przyszył krzyk:
- Gdzie wy jesteście?! Spóźnicie się do szkoły!
- Co powiesz na wagary? - wyszeptał ten, który jeszcze przed chwilą śpiewał.
- To się nie uda. Rodzice będą wściekli.
- Przecież ten tutaj zostawał, jak mu się nie podobało. Najwyżej też pogrozimy, że inaczej skoczymy pod auto. Poza tym, wujek Biscuit na pewno się zgodzi.
- Herbatnik... kto w ogóle wymyślił tę idiotyczną ksywkę?
- Chyba tata. A przynajmniej tak mi się wydaje. Rozumiesz, żeby był mniej rozpoznawalny podczas porozumiewania się na misji.
- W takim razie jaki pseudonim miał tata?
Drzwi od pokoju musiały się otworzyć.
- Tutaj jesteście! Dalej, ruchy, bo niedługo ósma!
- Wujku, możemy zostać dzisiaj w domu? Nadrobimy wszystkie lekcje. Jest piątek... możesz napisać, że to przez gorączkę albo coś.
- No nie wiem...
- Nie powiemy nic tacie - dodał chłopak nazywany Amorem.
- Niech wam będzie. Co zamierzacie przez ten czas robić?
- Zacząć stawiać System. Coś w końcu musi go uratować. Chciałbym, aby to było oprogramowanie z największą masą obliczeniową na świecie.
- W takim razie powodzenia życzę - powiedział dorosły z odrobiną rozbawienia w głosie - Widzę, że masz niezłe ambicje. W razie problemów z kodem, możesz mnie wezwać.
- Jasne... Na razie dam sobie radę sam.
- A ty, Amor?
- Ja... chyba tutaj posiedzę.
- Nie ma mowy! - zbuntował się Trick.
- No to... Może posprzątam mieszkanie i upiekę placek? Do tego jakieś ciasteczka, albo coś...
- Byłbym za. W razie jakbyś skończył wcześniej, zapraszam do mojego biura. Będę pisać artykuł o tegorocznym Taste of London Festival.
- O! Byliśmy tam!
- W rzeczy samej. Możesz pomóc.
- Możecie skorzystać ze zdjęć, które zrobiłem - stwierdził monotonnym tonem głosu Trick, odsuwając krzesło.
- Ok.
Dźwięk zamykanych drzwi. Stukanie o klawisze komputera.
Otworzyłem oko. Leżałem tak przez chwilę, wgapiając się w coś, co chyba mogę nazwać sufitem szałasu, po czym usiadłem na łóżku i wstałem. Już dość tego podsłuchiwania... właśnie, czego? Już nawet nie miałem siły ponownie rozmyślać nad źródłem głosów. Nadal słyszałem niezwykłe szybkie stukanie palców o klawiaturę, ale miało to w sobie coś kojącego. Dało się o tym zapomnieć.
Stojąc już przed drzwiami szałasu, wypatrzyłem kątem oka wysoką sylwetkę przemykającą między drzewami. Wzdrygnąłem się, ale postanowiłem skierować się w tamtym kierunku. Postać zniknęła. Już miałem zawrócić i pójść w drugą stronę na spacer, kiedy ktoś mnie przytulił silnymi ramionami od tyłu. Wyprostowałem się.
- Cześć, podobno nazywasz się Gall Anonim. Skąd taki pomysł? - wyszeptał mi do ucha. Pytanie o tak błahą rzecz zabrzmiało mimo wszystko niezwykle zmysłowo. Chwyciłem obejmującą mnie rękę i spróbowałem odciągnąć od siebie. Puścił mnie bez większego oporu.
- Nie lubisz się przytulać?
Zawahałem się. Nigdy nad tym szczególnie nie rozmyślałem.
- Nie bardzo.
- Rozumiem - stanął przede mną, uśmiechając się szeroko. Miał zadbane, niebieskie włosy i coś, co w pewnym sensie było kozią bródką. Radosne, zielone oczy patrzyły na mnie w głębokiej fascynacji. Mężczyzna był wyższy i lepiej zbudowany ode mnie. Odruchowo objąłem się ramionami i spuściłem wzrok. - My się chyba już znamy. Pamiętam, jak krwawiłeś. Już ci lepiej?
- Tak... chyba tak - powiedziałem ledwo słyszalnie. Czułem się w jego towarzystwie dziwnie nieswojo. Jakbym nie wiedział czegoś, co powinienem był wiedzieć.
- To świetnie. Przejdziemy się? - zapytał, odrobinę się garbiąc. Miał teraz twarz na wysokości mojej. Przełknąłem ślinę. Wtedy doznałem olśnienia. Jego styl bycia... bardzo mi kogoś przypominał. Nie do końca, ale zawsze jednak.
- Mogę cię nazywać "Amor"?
Wyglądał na odrobinę zaskoczonego.
- Pewnie. Skąd taki pomysł, jeśli mogę zapytać?
- Tak jakoś... Nie wiem. Tak mi się skojarzyło - wzruszyłem ramionami, dając się prowadzić przez rzadki las.
- To całkiem ciekawe, bo z wielu względów jestem tak nazywany przez moich znajomych.
Pokiwałem w zamyśleniu głową. Niezły zbieg okoliczności. Zerknąłem na niego. Wyglądał na zatopionego w swoich rozmyślaniach, ale przy tym się lekko uśmiechał. Odchrząknąłem. Zwrócił na mnie swoją uwagę.
- Coś się stało?
- Nic konkretnego. Sprawdzałem, czy kontaktujesz.
- Oj, tak, tak... - zrobił pauzę, jakby decydował się nad czymś. - Podobasz mi się.
- W jakim sensie? - uniosłem brew.
- Fizycznie, psychicznie... jako całość. Jesteś przystojny, a twój sposób bycia jest intrygujący. Chętnie bym cię pocałował.
Zrobiło mi się trochę słabo. Co on powiedział? Że jestem przystojny? Na pewno żartował. Szczególnie z tym ostatnim. Jest niepoważny. Pewnie już ma jakąś dziewczynę, albo chłopaka. Z takim wyglądem jest to wprost pewne.
- Wiem, że nie czujesz tego samego... - dodał, skruszony - Poza tym kogoś mi przypominasz.
- Kogo? - zapytałem. Uśmiechnął się tajemniczo. Wyszliśmy na polanę, gdzie stała już cała wataha. Wszyscy patrzyli w naszym kierunku. Aż przystanąłem.
- Co się dzieje?
- Pasowanie na rycerza.
Wtedy pokuśtykał do mnie Severus. Aby nie czuł się poniżony przez różnicę wzrostu, również zmieniłem formę na wilczą.
- Zostałeś wybrany na pierwszego rycerza Czarnego Królestwa. Tak zadecydowali członkowie stada. To niezwykle ważny i dostojny tytuł. Czy przyjmujesz tę szlachecką funkcję?
Przez chwilę patrzyłem w bezruchu i zastanawiałem się, czy nie żartuje. Pysk miał całkowicie poważny. Jak to Severus. Zerknąłem jeszcze na pozostałe wilki. Cholera. To chyba naprawdę nie były żarty.
- Jeśli odmówię, zostanie wybrany kto inny?
- Owszem.
Szybko przemyślałem wszystkie "za" i "przeciw". Już po dwóch sekundach odparłem:
- Zgoda.
Niektóre wadery stojące na łące zmieniły się w ludzi i zaczęły klaskać. Inne nawet wyły. Właściwie basiory zachowywali się podobnie. Zmarszczyłem brwi. Skąd u nich ta radość? To tylko tytuł, który niewiele zmieni w moim życiu. Dałem się zaprowadzić na środek łąki. Tam wilki zbliżyły się i otoczyły nas ciaśniejszym kołem. Nieprzyjemnie. Wszyscy we mnie wbijali spojrzenie. Powinienem przyklęknąć? Chyba w formie wilczej było to niemożliwe. Severus rozpoczął przemowę:
- Wysłuchaj o Panie naszej modlitwy i łaskawie pobłogosław swoim majestatem ten miecz, który twoi słudzy podniosą, aby bronić Świątyń, – wdów i sierot, oraz wszystkich twoich sług dla obrony przed tymi co sieją strach i śmierć. Każdy, kto chce być rycerzem, musi być wielkodusznym, wolnie urodzonym, szczodrym, doskonałym i mężnym. Zanim jednakże uczynicie ślubowanie swego stanu, usłyszycie z należną rozwagą zasady reguły. Taką zaś jest reguła stanu rycerskiego: przede wszystkim słuchać codziennie ceremonii świętej z pobożnym rozpamiętywaniem Shianuraoztanadesa i innych bogów; odważnie walczyć w obronie wiary wilczej; święte Świątynie wraz z jego sługami uwalniać od jakichkolwiek napastników; wdowy i sieroty wspierać w potrzebie, unikać wojen niesprawiedliwych; nie domagać się niesłusznego żołdu; stoczyć pojedynek w obronie każdego niewinnego; stawać na turnieje dla ćwiczeń rycerskich a nie dla pustej sławy; miłość w sercu nosić; prawdę sercem i usty wyznawać, żyć nienagannie wobec bogów i istot na tym świecie. Jeżeli zaś będziecie przestrzegać tych zasad rycerskiej reguły, osiągniecie doczesną chwałę na ziemi a po tym życiu – chwałę niebios. - Zrobił chwilę przerwy i skierował wzrok na mnie - Czy pragniesz, więc przyjąć rycerski stan w imię bogów i spełniać wedle twej możności regułę wyjaśnioną ci według powyższego tekstu?
- Chcę.
Dał znak głową, aby Lucy się zbliżyła. Zmienił się w człowieka i wziął w prawą dłoń przyniesiony przez nią miecz. Ja również zmieniłem postać w ludzką i zgrabnie przyklęknąłem na jedno kolano. Trzykrotnie delikatnie uderzył ostrzem miecza o moje ramiona, zaczynając od lewego.
- Mianuję cię rycerzem na cześć wszechmogących bogów i przyjmuję do grona rycerskiego. A pamiętaj, że Zbawiciel świata był za ciebie wyszydzony wobec innych, poniżony przez potężnych i porzucony na pastwę losu. Jednak oto powrócił, by głosić swą potęgę ponad inne bóstwa. Zwracam ci uwagę byś pamiętał o Jego hańbie, radzę ci przyjąć jego cierpienie, wzywam cię byś głosił Jego upadek i powstanie.
- Niech tak się stanie - odpowiedziałem. Z tego co zdążyłem się zorientować, w tej wierze był to zamiennik "Amen", które powtarzano w takich sytuacjach w Kościele katolickim. Byłem niemalże pewien, że to właśnie to wyznanie przyjąłem w... rzeczywistości, o ile tak mogę to nazwać.
- Odrzuć wszelkie diabelskie pokusy, bądź czujny i wierny bogom oraz zawsze godny pochwały. Obyś nigdy nie użył miecza w niesłusznej sprawie i ran nikomu nie zadał.
- Niech tak się stanie - tym razem odpowiedzieli ze mną wszyscy członkowie stada. Severus dał mi znak, abym wstał i wręczył mi miecz.
- Oto oręże, z którego będziesz od dziś korzystać. Przyjmij ten dar i wykorzystuj go w słusznym celu. - Nim zdążyłem jakkolwiek zareagować, król dodał: - Od teraz nasz nowy rycerz, zwany Gallem Anonimem poszukuje swego ucznia, giermka. Czy ty, Onyxie, godzisz się przyjąć tę funkcję? - zapytał, uśmiechając się przyjaźnie do szczeniaka, który teraz zrobił wielkie oczy.
Nie mówicie mi tylko, że będę zmuszony zgodzić się na "nauczanie" jakiegoś obcego szczeniaka... Tyle czasu udało mi się unikać zbytecznego towarzystwa członków Czarnego Królestwa. Teraz będę zmuszony to wszystko zaprzepaścić na rzecz... dziecka. Najchętniej bym to rzucił jak najdalej w kąt i zapomnieć, ale z drugiej nie chciałem mu sprawiać przykrości. Teraz decyzja należała do niego.
<Onyx? Ktokolwiek chętny?>
sobota, 17 września 2016
Od Anonima "Kim ja jestem?" cz. 10 (cd. Skayres)
Zapukałem kilkakrotnie w drewniane drzwi, jednak odpowiedziała mi głucha cisza. Gdzieś wyszła, czy może mnie ignoruje? Spróbowałem raz jeszcze, jednak przyniosło to taki sam skutek. Zrezygnowany obróciłem się... i niemalże upadłem. Coś, a raczej ktoś zechciał mnie staranować, wysypując na mnie kosz pełen ludzkich ubrań.
- Kim ty jesteś, żeby sterczeć pod moim szałasem, a potem mnie bezkarnie atako... - postać urwała, wpatrując się w moim kierunku. Strząsnąłem z nosa coś, co musiało być częścią garderoby wszystkich kobiet, by przyjrzeć się Skay - a, to ty.
- Tak, to ja - mruknąłem z niezadowoleniem. W tej chwili zacząłem sobie w duchu zadawać pytanie, co tutaj właściwie robię i przeklinać tą niezręcznie głupią sytuację.
- Po co tu przyszedłeś? - zapytała, przemieniając się w ludzką formę i podnosząc pozostałe ubrania rozsypane na ziemi. Doszedłem do wniosku, że zapewne robiła pranie, gdyż wszystko było wciąż wilgotne. Jako, że rzadko kiedy przemieniałem się w człowieka ze względu na częste problemy z tym powiązane, nie miałem potrzeby by robić to, co ona. Poza tym przez te trzy miesiące zdążyłem zauważyć, że w formie ludzkiej się nawet nie pocę...
- Przyszedłem cię przeprosić - powiedziałem, nie mogąc wymyślić lepszej wymówki. Dziękowanie w tej sytuacji zdało mi się być niezwykle idiotycznym pomysłem. Skay aż z wrażenia znieruchomiała, a swój wzrok utkwiła na moim pysku.
- Po trzech miesiącach?! - urwała, uchylając drzwi od swojego szałasu - O widzę, że już nie straszysz tym swoim "bezokiem"... Wejdź. Porozmawiamy.
Niepewnie wszedłem do środka, spoglądając na dziewczynę.
- Śmiało, nie ugryzę...
Była dość nieprzewidywalna, więc przez to odnosiłem niewytłumaczalne wrażenie, że zaraz puści drzwi, by te uderzyły mnie z dość sporą siłą w zad. Na szczęście nic takiego się nie stało. Zmierzyłem ją wzrokiem, po czym spróbowałem przemiany w człowieka. Tym razem udało się to bez większego problemu. Na szczęście. Wolałem nie utkwić w formie przypominającej świecącą żarówkę, jak to było ostatnio, jednocześnie odnosząc wrażenie, że zaraz się spalę i utopię jednocześnie. Obróciłem się w jej kierunku. Udawała, że się opiera o ścianę szałasu, jednak wiedziałem doskonale, że jeśli by to zrobiła naprawdę, cały mógłby ulec rozpadowi.
- No więc? - zapytała. Na jej czole pojawiała się marna inicjacja marsa i z nieznanego mi powodu przymrużyła jedną powiekę. Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, co wyprawia, ale już nawet nie miałem ochoty pytać. Już zdążyłem dostrzec, jak bardzo jest niezrównoważoną waderą.
- Ehh, przyszedłem żeby cię przeprosić - podrapałem się odruchowo jedną ręką po karku - za to, że byłem... Taki... Takim...
- Chcesz mnie przeprosić za to, że mnie oszukałeś, tak?
Patrzyłem na nią dłuższą chwilę w środku kalkulując, czy to może mieć sens.
- Eee... Tak, o to mi chodziło.
Na twarzy Skay pojawił się naprawdę szeroki (wręcz przerażający uśmiech). Wzięła zamach jedną ręką, jednak nie zdążyłem się uchronić. Cios, który miał być chyba braterskim szturchnięciem skończył się na uderzeniu godnym dorodnego siniaka, a przynajmniej na to wskazywało moje zachwiane ciało. Nawet nie poczułem jej dotyku...
- To teraz jesteśmy przyjaciółmi, prawda?
- Przyjaciółmi? - zapytałem już kompletnie zbity z tropu.
- No tak! Wiesz to takie osoby, które bardzo się lubią i...
- Znam definicję słowa przyjaciel - przerwałem jej.
- O, to świetnie! A masz obiad? Znaczy się... Czy jesteś już gdzieś zaproszony na obiad?
- Nie, ale ja nie... - nie dokończyłem, bo tym razem to ona miała w planach nie wysłuchać mnie do końca:
- To świetnie! Chodź! Upolujemy coś na obiad!
- Skay, nie jestem głodny - oznajmiłem z powagą, jednak ona już zmieniła się w wilka i z wyśmienitym wręcz humorem wymaszerowała z jej skromnego mieszkania. Nuciła sobie jakąś wesołą melodię pod nosem. Westchnąłem i wywracając okiem podążyłem w ślad za nią. Również przeszedłem w formę wilka.
- Teraz wybacz, ale zaraz wrócę do swojego szałasu i...
- Oj, no już nie bądź taki sztywny! - wykrzyknęła - Raz na jakiś czas musisz spędzić choć odrobinę czasu ze znajomymi! Najwyżej mi pomożesz i tylko ja będę jeść.
- Jestem zajęty. Muszę wracać - odpowiedziałem.
- Czym?
- Muszę trochę posprzątać.
- Później to zrobisz!
- Naprawdę jest tam niezły bałagan... nie uwinę się z tym zbyt szybko - dalej próbowałem się wykręcić.
- W takim razie ci pomogę! Teraz idziemy!
Prychnąłem i przekląłem kilkakrotnie pod nosem. Skay zdawała się tego nawet nie usłyszeć. Wyglądało na to, że nie mam innego wyjścia.
- Kiedy się obudzi?
- Przestaniesz mnie w końcu o to pytać? Wszystko nadejdzie w swoim czasie.
- To już tyle trwa! Nie boisz się, że będzie w śpiączce do końca życia? - cisza - Słyszysz? Jesteś bezuczuciowy! Nie obchodzi cię to nic a nic! Jak umrze, to się nawet nie przejmiesz! To wszystko twoja wina! Twoja i tylko twoja, a ciebie nawet to nie obchodzi! Masz go głęboko gdzieś! Sądzisz, że naprawdę nie widzę tego, że starasz się go uśpić na coraz dłużej? Powiem o wszystkim wujkowi jeszcze dziś! Rozumiesz?!
Trzask tłuczonego szkła.
- Jak chcesz to go odłącz już i teraz! Umrze w twoich oczach! Jak nie chcesz mnie wysłuchać, ani tym bardziej zrozumieć, to proszę bardzo!
- Zamknij się!
- Sam zasypujesz mnie falą pytań, a teraz każesz mi milczeć?! Cały ty! Można było się tego spodziewać! Rób sobie co chcesz, ale ja nie...
- Anonim? Czemu stoisz w miejscu?
- Rozumiesz?! Nie możesz mi zabronić mówić!
- Zamknij mordę!
Trzaskanie drzwiami.
- Pieprzony skurwiel... gdzie są te jebane fajki? Czemu nigdy ich nie ma, kiedy są mi potrzebne? - głos najprawdopodobniej starszego z chłopców zaczął się trząść. Szuranie. Cichy szloch. - Gdzie? Gdzie są?...
- Anonim! Co się znowu stało? Czemu stoisz w miejscu? - spanikowana Skay podbiegła bliżej - Twoje oko dziwnie lśni. Chcesz płakać?
Nie odpowiadałem. Poczułem ból w klatce piersiowej. Nie wiedziałem, co się działo i dlaczego. Zasmuciło mnie to, co usłyszałem. Chciałem pomóc... ale nie jestem do tego zdolny. Słyszę inny wymiar. Dlaczego? Przecież to sprawia mi tylko więcej bólu.
- Jeżeli mi teraz nie powiesz, co się dzieje, będzie tylko gorzej. Może zdołam ci pomóc.
Pokręciłem przecząco głową. To jej zamknęło usta. Wyglądała na równie przestraszoną.
- Trick, czy to prawda? Pokaż te wyniki! - usłyszałem męski głos w swojej głowie.
- N-nie...
- Wstawaj z tej podłogi i daj te papiery. Jeśli się okaże, że ma rację to...
- To co? Naskarżysz mojemu tacie? Dasz mi karę na komputer? Przecież wiesz, że jestem jedyną osobą, która opanowała informatykę i genetykę na takim poziomie, aby choć próbować go obudzić. Wy możecie go zabić!
Cisza.
- Gdzie są te wyniki?
- Nie ma. Są tylko te aktualne.
- Nie drukujesz żadnych wyników dla porównania?
- Po co? Chyba liczy się tu i teraz - zaśmiał się niewesoło - Poza tym siedzę tu częściej, niż się wam wydaje. Obserwuję wszystkie dane. Wszystko utrzymuje się w normie... jedynie umysł jest wciąż bardzo aktywnym organem. Niewykluczone, że nawet nas słyszy.
Zrobiło mi się słabo. Chyba zacząłem mieć podejrzenia, co tak naprawdę zaszło... Mam mętlik w głowie.
- Anonim? Co ci dolega? Boli cię coś? Mam iść do Severusa? Albo do lekarza? Wezwać pomoc? A może coś sobie przypomniałeś? Odpowiedz, proszę - Skay wyrzucała z siebie potok słów.
- N-nie... wszystko jest w porządku. Mówiłem, że muszę już wracać.
- I nie chodzi o sprzątanie, prawda?
Nie odpowiedziałem. Zawróciłem i ze spuszczoną głową zacząłem iść w kierunku swojego szałasu. Po chwili przystanąłem, przypominając sobie, po co tak właściwie do niej przyszedłem:
- Dziękuję za prezent.
- Nie ma za co... I jesteś całkowicie przekonany, że nie chcesz trochę ze mną pobyć? Tyle czasu się nie widzieliśmy, a to jedna z nielicznych okazji.
- Tak, jestem pewien - powiedziałem niemalże szeptem i powoli ruszyłem dalej.
- Nikt nie chce ze mną spędzać czasu. Nikt nie może mnie przyjąć dobrze. Nikt nie potrafi mnie zrozumieć. Sądziłam... sądziłam, że chociaż ty się ze mną zaprzyjaźnisz. Wiesz, że samotność jest straszna? Nie możesz sobie tak ciągle wmawiać, że chcesz być sam... Nawet nie chcesz nikomu zdradzić tego, dlaczego masz takie dziwne imię! Aż tak nam nie ufasz? Chciałam cię traktować jak rodzinę! - wykrzyknęła. Jej głos też zaczął się trząść. Dlaczego wszystko musi się walić akurat w takich momentach?
- Skay, nadal tego nie widzisz? Niczego nie pamiętam. Niczego - powiedziałem ledwo słyszalnie i zniknąłem za drzewami. Skay chyba nadal stała i patrzyła w moim kierunku.
- Trick... od kiedy palisz? - zapytał mężczyzna.
- Od dawna. Nie da się żyć inaczej w tym stresie.
- Gdybyś tylko choć raz zajął się czymś innym, niż ciężką pracą i trochę odpoczął... Nie możesz choć udawać zwykłego ucznia szkoły ponadpodstawowej?
Cichy ironiczny śmiech.
- Jestem nadczłowiekiem. Lubię swój pracoholizm.
- Po oczach poznaję, że jednocześnie go nienawidzisz. Przepracujesz się. Jesteś jeszcze tak młody...
- Stojąc w miejscu nigdy niczego nie osiągnę. I tak niewiele jeszcze potrafię. Wszystko się ułoży dopiero po tym, jak osiągnę upragniony poziom w tym co robię.
- Zgaduję, że ten nigdy ten dzień nie nastąpi...
- Zgadłeś. Jestem do niczego.
- Nigdy nie wątpiłem w twój geniusz... lecz teraz jestem pewien, że powinieneś się zmienić, inaczej to się źle skończy.
- Wujku, wszystko będzie w porządku. Kiedy on się obudzi, i ja będę szczęśliwy. Nawet jeśli go wcześniej krzywdziłem. Naprawdę walczę o to całym sobą, aby był zdrowy. Aby mógł chodzić. Aby umiał z nami rozmawiać. Aby do nas wrócił raz na zawsze i przestał próbować uciekać.
Cisza.
- Mama woła na obiad - oznajmił chłopiec nazywany Amorem.
- Już idziemy - odpowiedział mężczyzna. Następnie zapewne ponownie zwrócił się do Tricka - Zrób sobie dzień przerwy od nauki i szukania rozwiązania. Zobaczysz, to sprawi, że już kolejnego dnia znajdziesz odpowiedź na luki, które masz w projekcie.
- Nie bardzo w to wierzę... ale zgaduję, że nie mam innego wyjścia.
- A teraz odłóż tę paczkę i chodź na obiad. Twoja mama zrobiła wyśmienitego indyka.
- Ok... - powiedział lekko słyszalnie. Następne dźwięki butów na kafelkach wskazywały na to, że wyszli z pomieszczenia. Teraz już i druga część mnie została sama.
<Skay? Tak swoją drogą - w moim op. było wspomniane, że Anonim chciał jej podziękować za prezent, a nie przeprosić za swoje zachowanie... Przeczytaj może po raz kolejny jego formularz i przeanalizuj opowiadania.>
- Kim ty jesteś, żeby sterczeć pod moim szałasem, a potem mnie bezkarnie atako... - postać urwała, wpatrując się w moim kierunku. Strząsnąłem z nosa coś, co musiało być częścią garderoby wszystkich kobiet, by przyjrzeć się Skay - a, to ty.
- Tak, to ja - mruknąłem z niezadowoleniem. W tej chwili zacząłem sobie w duchu zadawać pytanie, co tutaj właściwie robię i przeklinać tą niezręcznie głupią sytuację.
- Po co tu przyszedłeś? - zapytała, przemieniając się w ludzką formę i podnosząc pozostałe ubrania rozsypane na ziemi. Doszedłem do wniosku, że zapewne robiła pranie, gdyż wszystko było wciąż wilgotne. Jako, że rzadko kiedy przemieniałem się w człowieka ze względu na częste problemy z tym powiązane, nie miałem potrzeby by robić to, co ona. Poza tym przez te trzy miesiące zdążyłem zauważyć, że w formie ludzkiej się nawet nie pocę...
- Przyszedłem cię przeprosić - powiedziałem, nie mogąc wymyślić lepszej wymówki. Dziękowanie w tej sytuacji zdało mi się być niezwykle idiotycznym pomysłem. Skay aż z wrażenia znieruchomiała, a swój wzrok utkwiła na moim pysku.
- Po trzech miesiącach?! - urwała, uchylając drzwi od swojego szałasu - O widzę, że już nie straszysz tym swoim "bezokiem"... Wejdź. Porozmawiamy.
Niepewnie wszedłem do środka, spoglądając na dziewczynę.
- Śmiało, nie ugryzę...
Była dość nieprzewidywalna, więc przez to odnosiłem niewytłumaczalne wrażenie, że zaraz puści drzwi, by te uderzyły mnie z dość sporą siłą w zad. Na szczęście nic takiego się nie stało. Zmierzyłem ją wzrokiem, po czym spróbowałem przemiany w człowieka. Tym razem udało się to bez większego problemu. Na szczęście. Wolałem nie utkwić w formie przypominającej świecącą żarówkę, jak to było ostatnio, jednocześnie odnosząc wrażenie, że zaraz się spalę i utopię jednocześnie. Obróciłem się w jej kierunku. Udawała, że się opiera o ścianę szałasu, jednak wiedziałem doskonale, że jeśli by to zrobiła naprawdę, cały mógłby ulec rozpadowi.
- No więc? - zapytała. Na jej czole pojawiała się marna inicjacja marsa i z nieznanego mi powodu przymrużyła jedną powiekę. Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, co wyprawia, ale już nawet nie miałem ochoty pytać. Już zdążyłem dostrzec, jak bardzo jest niezrównoważoną waderą.
- Ehh, przyszedłem żeby cię przeprosić - podrapałem się odruchowo jedną ręką po karku - za to, że byłem... Taki... Takim...
- Chcesz mnie przeprosić za to, że mnie oszukałeś, tak?
Patrzyłem na nią dłuższą chwilę w środku kalkulując, czy to może mieć sens.
- Eee... Tak, o to mi chodziło.
Na twarzy Skay pojawił się naprawdę szeroki (wręcz przerażający uśmiech). Wzięła zamach jedną ręką, jednak nie zdążyłem się uchronić. Cios, który miał być chyba braterskim szturchnięciem skończył się na uderzeniu godnym dorodnego siniaka, a przynajmniej na to wskazywało moje zachwiane ciało. Nawet nie poczułem jej dotyku...
- To teraz jesteśmy przyjaciółmi, prawda?
- Przyjaciółmi? - zapytałem już kompletnie zbity z tropu.
- No tak! Wiesz to takie osoby, które bardzo się lubią i...
- Znam definicję słowa przyjaciel - przerwałem jej.
- O, to świetnie! A masz obiad? Znaczy się... Czy jesteś już gdzieś zaproszony na obiad?
- Nie, ale ja nie... - nie dokończyłem, bo tym razem to ona miała w planach nie wysłuchać mnie do końca:
- To świetnie! Chodź! Upolujemy coś na obiad!
- Skay, nie jestem głodny - oznajmiłem z powagą, jednak ona już zmieniła się w wilka i z wyśmienitym wręcz humorem wymaszerowała z jej skromnego mieszkania. Nuciła sobie jakąś wesołą melodię pod nosem. Westchnąłem i wywracając okiem podążyłem w ślad za nią. Również przeszedłem w formę wilka.
- Teraz wybacz, ale zaraz wrócę do swojego szałasu i...
- Oj, no już nie bądź taki sztywny! - wykrzyknęła - Raz na jakiś czas musisz spędzić choć odrobinę czasu ze znajomymi! Najwyżej mi pomożesz i tylko ja będę jeść.
- Jestem zajęty. Muszę wracać - odpowiedziałem.
- Czym?
- Muszę trochę posprzątać.
- Później to zrobisz!
- Naprawdę jest tam niezły bałagan... nie uwinę się z tym zbyt szybko - dalej próbowałem się wykręcić.
- W takim razie ci pomogę! Teraz idziemy!
Prychnąłem i przekląłem kilkakrotnie pod nosem. Skay zdawała się tego nawet nie usłyszeć. Wyglądało na to, że nie mam innego wyjścia.
- Kiedy się obudzi?
- Przestaniesz mnie w końcu o to pytać? Wszystko nadejdzie w swoim czasie.
- To już tyle trwa! Nie boisz się, że będzie w śpiączce do końca życia? - cisza - Słyszysz? Jesteś bezuczuciowy! Nie obchodzi cię to nic a nic! Jak umrze, to się nawet nie przejmiesz! To wszystko twoja wina! Twoja i tylko twoja, a ciebie nawet to nie obchodzi! Masz go głęboko gdzieś! Sądzisz, że naprawdę nie widzę tego, że starasz się go uśpić na coraz dłużej? Powiem o wszystkim wujkowi jeszcze dziś! Rozumiesz?!
Trzask tłuczonego szkła.
- Jak chcesz to go odłącz już i teraz! Umrze w twoich oczach! Jak nie chcesz mnie wysłuchać, ani tym bardziej zrozumieć, to proszę bardzo!
- Zamknij się!
- Sam zasypujesz mnie falą pytań, a teraz każesz mi milczeć?! Cały ty! Można było się tego spodziewać! Rób sobie co chcesz, ale ja nie...
- Anonim? Czemu stoisz w miejscu?
- Rozumiesz?! Nie możesz mi zabronić mówić!
- Zamknij mordę!
Trzaskanie drzwiami.
- Pieprzony skurwiel... gdzie są te jebane fajki? Czemu nigdy ich nie ma, kiedy są mi potrzebne? - głos najprawdopodobniej starszego z chłopców zaczął się trząść. Szuranie. Cichy szloch. - Gdzie? Gdzie są?...
- Anonim! Co się znowu stało? Czemu stoisz w miejscu? - spanikowana Skay podbiegła bliżej - Twoje oko dziwnie lśni. Chcesz płakać?
Nie odpowiadałem. Poczułem ból w klatce piersiowej. Nie wiedziałem, co się działo i dlaczego. Zasmuciło mnie to, co usłyszałem. Chciałem pomóc... ale nie jestem do tego zdolny. Słyszę inny wymiar. Dlaczego? Przecież to sprawia mi tylko więcej bólu.
- Jeżeli mi teraz nie powiesz, co się dzieje, będzie tylko gorzej. Może zdołam ci pomóc.
Pokręciłem przecząco głową. To jej zamknęło usta. Wyglądała na równie przestraszoną.
- Trick, czy to prawda? Pokaż te wyniki! - usłyszałem męski głos w swojej głowie.
- N-nie...
- Wstawaj z tej podłogi i daj te papiery. Jeśli się okaże, że ma rację to...
- To co? Naskarżysz mojemu tacie? Dasz mi karę na komputer? Przecież wiesz, że jestem jedyną osobą, która opanowała informatykę i genetykę na takim poziomie, aby choć próbować go obudzić. Wy możecie go zabić!
Cisza.
- Gdzie są te wyniki?
- Nie ma. Są tylko te aktualne.
- Nie drukujesz żadnych wyników dla porównania?
- Po co? Chyba liczy się tu i teraz - zaśmiał się niewesoło - Poza tym siedzę tu częściej, niż się wam wydaje. Obserwuję wszystkie dane. Wszystko utrzymuje się w normie... jedynie umysł jest wciąż bardzo aktywnym organem. Niewykluczone, że nawet nas słyszy.
Zrobiło mi się słabo. Chyba zacząłem mieć podejrzenia, co tak naprawdę zaszło... Mam mętlik w głowie.
- Anonim? Co ci dolega? Boli cię coś? Mam iść do Severusa? Albo do lekarza? Wezwać pomoc? A może coś sobie przypomniałeś? Odpowiedz, proszę - Skay wyrzucała z siebie potok słów.
- N-nie... wszystko jest w porządku. Mówiłem, że muszę już wracać.
- I nie chodzi o sprzątanie, prawda?
Nie odpowiedziałem. Zawróciłem i ze spuszczoną głową zacząłem iść w kierunku swojego szałasu. Po chwili przystanąłem, przypominając sobie, po co tak właściwie do niej przyszedłem:
- Dziękuję za prezent.
- Nie ma za co... I jesteś całkowicie przekonany, że nie chcesz trochę ze mną pobyć? Tyle czasu się nie widzieliśmy, a to jedna z nielicznych okazji.
- Tak, jestem pewien - powiedziałem niemalże szeptem i powoli ruszyłem dalej.
- Nikt nie chce ze mną spędzać czasu. Nikt nie może mnie przyjąć dobrze. Nikt nie potrafi mnie zrozumieć. Sądziłam... sądziłam, że chociaż ty się ze mną zaprzyjaźnisz. Wiesz, że samotność jest straszna? Nie możesz sobie tak ciągle wmawiać, że chcesz być sam... Nawet nie chcesz nikomu zdradzić tego, dlaczego masz takie dziwne imię! Aż tak nam nie ufasz? Chciałam cię traktować jak rodzinę! - wykrzyknęła. Jej głos też zaczął się trząść. Dlaczego wszystko musi się walić akurat w takich momentach?
- Skay, nadal tego nie widzisz? Niczego nie pamiętam. Niczego - powiedziałem ledwo słyszalnie i zniknąłem za drzewami. Skay chyba nadal stała i patrzyła w moim kierunku.
- Trick... od kiedy palisz? - zapytał mężczyzna.
- Od dawna. Nie da się żyć inaczej w tym stresie.
- Gdybyś tylko choć raz zajął się czymś innym, niż ciężką pracą i trochę odpoczął... Nie możesz choć udawać zwykłego ucznia szkoły ponadpodstawowej?
Cichy ironiczny śmiech.
- Jestem nadczłowiekiem. Lubię swój pracoholizm.
- Po oczach poznaję, że jednocześnie go nienawidzisz. Przepracujesz się. Jesteś jeszcze tak młody...
- Stojąc w miejscu nigdy niczego nie osiągnę. I tak niewiele jeszcze potrafię. Wszystko się ułoży dopiero po tym, jak osiągnę upragniony poziom w tym co robię.
- Zgaduję, że ten nigdy ten dzień nie nastąpi...
- Zgadłeś. Jestem do niczego.
- Nigdy nie wątpiłem w twój geniusz... lecz teraz jestem pewien, że powinieneś się zmienić, inaczej to się źle skończy.
- Wujku, wszystko będzie w porządku. Kiedy on się obudzi, i ja będę szczęśliwy. Nawet jeśli go wcześniej krzywdziłem. Naprawdę walczę o to całym sobą, aby był zdrowy. Aby mógł chodzić. Aby umiał z nami rozmawiać. Aby do nas wrócił raz na zawsze i przestał próbować uciekać.
Cisza.
- Mama woła na obiad - oznajmił chłopiec nazywany Amorem.
- Już idziemy - odpowiedział mężczyzna. Następnie zapewne ponownie zwrócił się do Tricka - Zrób sobie dzień przerwy od nauki i szukania rozwiązania. Zobaczysz, to sprawi, że już kolejnego dnia znajdziesz odpowiedź na luki, które masz w projekcie.
- Nie bardzo w to wierzę... ale zgaduję, że nie mam innego wyjścia.
- A teraz odłóż tę paczkę i chodź na obiad. Twoja mama zrobiła wyśmienitego indyka.
- Ok... - powiedział lekko słyszalnie. Następne dźwięki butów na kafelkach wskazywały na to, że wyszli z pomieszczenia. Teraz już i druga część mnie została sama.
<Skay? Tak swoją drogą - w moim op. było wspomniane, że Anonim chciał jej podziękować za prezent, a nie przeprosić za swoje zachowanie... Przeczytaj może po raz kolejny jego formularz i przeanalizuj opowiadania.>
sobota, 25 czerwca 2016
Od Anonima "Kim ja jestem?" cz. 8 (cd. Skayres)
- M-m-artwię się o przy... - urwała, gdyż podkuliła pod siebie ogon i spuściła wzrok. Szczękała zębami. Czekałem, aż dokończy myśl, lecz wtedy poczułem gorąco i wstrząs ziemi. Odwróciłem się za siebie i ujrzałem jaśniejącą kulę, która stworzyła mały krater w ziemi. Gwiazda? Z tego co wiem, gwiazdy są raczej kamieniami, a nie czystą energią... Z nieba urwała się kolejna (wyjątkowo potężna pod względem wywieranej mocy) drobina wielkości łapy. Gdybym nie uskoczył, z całą pewnością mógłbym ucierpieć. - Chcę spróbować ci pomóc.
Uważnie popatrzyłem na jej blady uśmiech. Moje spojrzenie nie wyrażało żadnych emocji, bo tak właśnie się czułem. Tak kurwa się czułem! Nie ma co ukrywać! Nie czuję nic. Nic kompletnie. Moje całe życie jest beznamiętnym zlepkiem... właśnie, czego?
- Nie musisz. - Mruknąłem, spoglądając gu górze. W dół spadała kolejna gwiazda. Przygotowałem się do konieczności ucieczki, lecz Skayres zrobiła to jako pierwsza. Nim się obejrzałem, ta już pędziła do szałasu. Tuż obok mnie spadł kolejny pocisk, a ja kompletnie na to nieprzygotowany po prostu upadłem, odrzucony w bok. Przekląłem pod nosem i powoli dźwignąłem się na łapy. Jeszcze raz popatrzyłem za waderą, lecz tej już nie było. Otrząsnąłem się ze śniegu i skontrolowałem niebo. Czysto.
Opuściłem łeb i zacząłem wpatrywać się w biały śnieg, który teraz barwił się na odcień czerwieni. Z niewielkim zainteresowaniem obserwowałem to zjawisko. Myślałem. Myślałem o tym wszystkim, co kiedykolwiek mi na drodze stanęło i o tym, dlaczego tego nie pamiętam. Obłęd. To istny obłęd. Niech ktoś mi w końcu powie, co tu robię i dlaczego, kim jestem. Choć nie znam samego siebie, wiem, że nie jestem w stanie długo trwać bez żadnego konkretnego celu, bez przeznaczenia i wiedzy, co w życiu czynić. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, dlaczego śnieg staje się coraz bardziej bordowy. Krwawiłem. Obróciłem łeb w stronę, gdzie strumień był największy i ujrzałem wyjątkowo obrzydliwe zadrapanie. Musiałem to sobie zrobić upadając. Dziwne, że tego nie czułem... a no tak. Ja już niczego nie czuję.
Obróciłem się kilkakrotnie, badając spojrzeniem już wygasłe kule energii, które miały być pewnego rodzaju gwiazdami, a następnie szybkim krokiem skierowałem się do swojego szałasu, choć szczerze miałem ochotę uciec gdziekolwiek, byleby dalej od tego całego szaleństwa. Do miejsca, którego mogłem kiedyś nazwać domem. Gdzieś, gdzie dowiem się o prawdziwym "ja". Tylko gdzie takiego miejsca szukać? Zdaje się, że nigdzie.
W końcu dotarłem do celu. W pierwszej chwili położyłem się w najodleglejszym kącie swojego mieszkania, ale krew wciąż ciekła z otartego barku. Obróciłem w jego stronę łeb i obserwowałem delikatnie poruszające się mięśnie przy każdym moim wdechu lub wydechu. Widziałem nawet kawałek kości. Nie czułem strachu. Nie czułem zagrożenia związanego z wykrwawieniem się. Położyłem łeb na ziemi, zamknąłem oko i całkowicie dałem się pochłonąć temu uczuciu. Było wprost wspaniałe. Nagle usłyszałem skrzypiące drzwi.
- Umieranie jest całkiem przyjemne. Musisz kiedyś spróbować. - Oznajmiłem spokojnie, po czym rozchyliłem powiekę. W zimowym słońcu widziałem tylko ciemną sylwetkę wilka z potężnymi skrzydłami. Dookoła niego wirowały białe płatki śniegu. Najwidoczniej znowu zerwało się wietrzysko. Zmarszczyłem brwi, ale o nic nie pytałem. Nerwowo obrócił się za siebie, po czym znowu zbadał mnie spojrzeniem.
- Krwawisz - oznajmił. Miał dziwnie znajomy głos... taki... przyjemny.
- Wiem, idioto, wiem - mruknąłem, na nowo przymykając oko.
- Straciłeś dużo krwi. Gdzie twój opatrunek?
Na to już nie odpowiedziałem, tylko zamknąłem ślepie i dałem mojemu ciału odpłynąć.
Mój łeb znowu opadł bezwładnie na ziemię. Czułem się okropnie słaby, całkiem niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Muszę jeszcze odpocząć. Wtedy usłyszałem pukanie do drzwi. Podniosłem na niego wzrok, ale nie uczyniłem niczego poza tym. Zdecydowałem, że jeśli nie rozlegnie się jeszcze raz, nie ma sensu szybko wstawać. Najwyżej sprawdzę, któż to był... za jakiś czas. Mijały minuty, a ja tak jak podejrzewałem, wciąż panowała grobowa cisza. To pozwoliło mi ponownie zasnąć.
Przez cały ten czas nie ingerowałem wcale w życie innych wilków. Nie było sensu. Moja egzystencja polegała na przyjściu na budowę, odwaleniu przydzieloną mi roboty, wróceniu do szałasu i zajmowaniu się sobą. Królestwo szczerze mówiąc niewiele się do tego czasu zmieniło. Budowa zdawała się być zamrożona przez zimę równie bardzo, co woda. Wilków też niewiele przybyło... Właściwie nieco mnie to rozczarowało. Liczyłem na pojawienie się jakiegoś kapłana, by w końcu pojąć, na czym w końcu polega ta śmieszna religia. Severus w jego roli wyglądał (i pewnie czuł się) wyjątkowo głupio. Aż żal było na to patrzeć.
Wróciłem do siebie... w oko rzucił mi się mały wiklinowy koszyczek odłożony w kąt od... właściwie nie wiem kiedy. Powoli podszedłem bliżej i po chwili wahania powąchałem przedmiot. Nie wydobywał się z niego żaden podejrzany zapach, więc uznałem, że nie jest to zepsuta żywność. Przypomniał mi się dzień, kiedy to odnalazłem ów przedmiot przed moimi drzwiami. Zastanawiało mnie teraz jedynie to, czy mam to rozpakowywać, czy może jednak wrzucić do ogniska, które dziś rozpalił dzisiaj Raven. Uznałem, że cokolwiek to będzie, pewnie już nie ma większego znaczenia i nic mi nie grozi.
Zmieniłem się w człowieka, usiadłem po turecku i smukłymi palcami rozwinąłem zakurzony szary papier. Z niego wypadła zapisana kartka. Podniosłem ją i obróciłem tekstem do góry. Potrzebowałem dobrej chwili, by ją odczytać, gdyż zawierała sporo błędów. Napisał go nie kto inny, jak Skayres. Wygrzebałem z paczki czarne materiałowe zawiniątko, które w mojej dłoni rozwinęło się i okazało się być czarną klapką na oko. Zamyśliłem się.
Przez ten czas widziałem ją raptem kilkakrotnie. Pewnie sądziła, że odrzuciłem jej prezent... tylko skąd wniosek, że jej nienawidzę? Nie pamiętałem już dokładnie, jak przebiegało nasze ostatnie spotkanie. Uraziłem ją czymś? Szczerze w to wątpiłem. Jeśli już ranię, to tylko podświadomie, więc pewnie nawet nie zdaję sobie z tego spawy.
Zacisnąłem dłoń z przedmiotem w pięść i zwróciłem twarz w stronę wypolerowanego kawałku lodu, który się nigdy nie topił. Filos przytaszczyła jakiś czas temu taki sam każdemu członkowi. Jak sama przyznała, nie wiedziała właściwie po co. Było to pewnego rodzaju lustro, więc teraz widziałem dokładnie swoją smukłą twarz: rysujące się pod skórą kości policzkowe, oko z brązowo-żółtą tęczówką, która pod słońce przybierała kolor rozgrzanego karmelu, prosty nos, czarne miękkie włosy, których kosmyki opadały mi na czoło i... zamkniętą powiekę. Nie odczuwałem tego ubytku, a wręcz zdążyłem przywyknąć, ale innym mogło to przeszkadzać. Spojrzałem na prezent od Skay. Jak to się w ogóle zakłada?
Szybko opanowałem co i jak, więc nie minęły trzy minuty, a już w lustrze mogłem się przejrzeć w nowym akcesorium. Dodawał mi on nie tylko powagi, ale i czegoś, co sprawiało, że zdawałem się być groźniejszy. Wciąż jednak byłem tylko wysokim, szczupłym chłopakiem o dopiero budującej się masie mięśniowej. Nadal nie do końca oszacowałem, ile mogłem mieć lat, ale obstawiałem jakieś... dwa, może trzy? Obserwując swoją postać beznamiętnym spojrzeniem, siedziałem tak przez bliżej nieokreślony czas.
Wciąż bolała mnie głowa. Głosów nie słyszałem od kilku dni. Odczuwałem ich brak na tyle, że zacząłem się zastanawiać, co na to wpłynęło i czy już nigdy nie wrócą. Miałem wrażenie, jakby brakowało jakiejś cząstki mnie. Westchnąłem i w końcu zmieniłem formę w wilczą. O dziwo opaska wciąż znajdowała się w tym samym miejscu. Nie spadła na ziemię. Popatrzyłem raz jeszcze na liścik, który teraz opadł na ziemię, gdyż wcześniej miałem go położonego na otwartej dłoni.
Powinienem do niej iść i podziękować, czy może sobie odpuścić?
Mój wzrok powędrował ku skrzypcom opartym o ściankę szałasu. Jak ja dawno z nich nie korzystałem... odczułem silną chęć sięgnięcia po instrument i zagrania. Melodia urzeczywistniała się w mojej głowie, przepływała przez umysł, czułem, jak moje palce zgrabnie przebiegają po strunach... "Nie" - powiedziałem do siebie w duchu. "Muszę iść do Skayres. Jeśli nie zrobię tego teraz, nie uczynię tego nigdy."
Wyszedłem z szałasu. Pozostało mi mieć tylko nadzieję, że ta nie zniknęła w nieznanych okolicznościach, gdyż taka sytuacja również przewinęła się przez moją wyobraźnię.
<Skay? W op. mamy dopiero luty, jakby co. Taka mała podróż w czasie. xd
Uważnie popatrzyłem na jej blady uśmiech. Moje spojrzenie nie wyrażało żadnych emocji, bo tak właśnie się czułem. Tak kurwa się czułem! Nie ma co ukrywać! Nie czuję nic. Nic kompletnie. Moje całe życie jest beznamiętnym zlepkiem... właśnie, czego?
- Nie musisz. - Mruknąłem, spoglądając gu górze. W dół spadała kolejna gwiazda. Przygotowałem się do konieczności ucieczki, lecz Skayres zrobiła to jako pierwsza. Nim się obejrzałem, ta już pędziła do szałasu. Tuż obok mnie spadł kolejny pocisk, a ja kompletnie na to nieprzygotowany po prostu upadłem, odrzucony w bok. Przekląłem pod nosem i powoli dźwignąłem się na łapy. Jeszcze raz popatrzyłem za waderą, lecz tej już nie było. Otrząsnąłem się ze śniegu i skontrolowałem niebo. Czysto.
Opuściłem łeb i zacząłem wpatrywać się w biały śnieg, który teraz barwił się na odcień czerwieni. Z niewielkim zainteresowaniem obserwowałem to zjawisko. Myślałem. Myślałem o tym wszystkim, co kiedykolwiek mi na drodze stanęło i o tym, dlaczego tego nie pamiętam. Obłęd. To istny obłęd. Niech ktoś mi w końcu powie, co tu robię i dlaczego, kim jestem. Choć nie znam samego siebie, wiem, że nie jestem w stanie długo trwać bez żadnego konkretnego celu, bez przeznaczenia i wiedzy, co w życiu czynić. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, dlaczego śnieg staje się coraz bardziej bordowy. Krwawiłem. Obróciłem łeb w stronę, gdzie strumień był największy i ujrzałem wyjątkowo obrzydliwe zadrapanie. Musiałem to sobie zrobić upadając. Dziwne, że tego nie czułem... a no tak. Ja już niczego nie czuję.
Obróciłem się kilkakrotnie, badając spojrzeniem już wygasłe kule energii, które miały być pewnego rodzaju gwiazdami, a następnie szybkim krokiem skierowałem się do swojego szałasu, choć szczerze miałem ochotę uciec gdziekolwiek, byleby dalej od tego całego szaleństwa. Do miejsca, którego mogłem kiedyś nazwać domem. Gdzieś, gdzie dowiem się o prawdziwym "ja". Tylko gdzie takiego miejsca szukać? Zdaje się, że nigdzie.
W końcu dotarłem do celu. W pierwszej chwili położyłem się w najodleglejszym kącie swojego mieszkania, ale krew wciąż ciekła z otartego barku. Obróciłem w jego stronę łeb i obserwowałem delikatnie poruszające się mięśnie przy każdym moim wdechu lub wydechu. Widziałem nawet kawałek kości. Nie czułem strachu. Nie czułem zagrożenia związanego z wykrwawieniem się. Położyłem łeb na ziemi, zamknąłem oko i całkowicie dałem się pochłonąć temu uczuciu. Było wprost wspaniałe. Nagle usłyszałem skrzypiące drzwi.
- Umieranie jest całkiem przyjemne. Musisz kiedyś spróbować. - Oznajmiłem spokojnie, po czym rozchyliłem powiekę. W zimowym słońcu widziałem tylko ciemną sylwetkę wilka z potężnymi skrzydłami. Dookoła niego wirowały białe płatki śniegu. Najwidoczniej znowu zerwało się wietrzysko. Zmarszczyłem brwi, ale o nic nie pytałem. Nerwowo obrócił się za siebie, po czym znowu zbadał mnie spojrzeniem.
- Krwawisz - oznajmił. Miał dziwnie znajomy głos... taki... przyjemny.
- Wiem, idioto, wiem - mruknąłem, na nowo przymykając oko.
- Straciłeś dużo krwi. Gdzie twój opatrunek?
Na to już nie odpowiedziałem, tylko zamknąłem ślepie i dałem mojemu ciału odpłynąć.
***
Ocknąłem się po pewnym czasie. Wciąż leżałem w tym samym miejscu, jednak miałem gruby bandaż na zadrapaniu. Dopiero po kilku minutach dotarło do mnie, co się wcześniej stało. Czyli to jednak nie było urojenie... Kim w takim razie był tamten wilk? Nie kojarzyłem żadnego, który by posiadał skrzydła.Mój łeb znowu opadł bezwładnie na ziemię. Czułem się okropnie słaby, całkiem niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Muszę jeszcze odpocząć. Wtedy usłyszałem pukanie do drzwi. Podniosłem na niego wzrok, ale nie uczyniłem niczego poza tym. Zdecydowałem, że jeśli nie rozlegnie się jeszcze raz, nie ma sensu szybko wstawać. Najwyżej sprawdzę, któż to był... za jakiś czas. Mijały minuty, a ja tak jak podejrzewałem, wciąż panowała grobowa cisza. To pozwoliło mi ponownie zasnąć.
***
Obudziłem się, czując na pysku nieprzyjemne promienie słońca. Ranek. Stęknąłem, po czym wstałem i przypomniawszy sobie o wczorajszym pukaniu do drzwi, po prostu je otworzyłem. W pierwszej chwili nie dostrzegłem niczego godnego uwagi prócz... małego pakunku. Rozejrzałem się na boki, ale wyglądało na to, że był zaadresowany właśnie dla mnie. Nieco zaskoczony wziąłem w pysk przedmiot i wmaszerowałem z powrotem do środka. Położyłem go przed sobą i usiadłem naprzeciwko. Długo wpatrywałem się w paczuszkę, namyślając się, czy jest w ogóle sens, by to ruszać i czy nikt nie zrobił mi tylko głupiego żartu, a w środku nie ma żadnej niemiłej niespodzianki. Podjąłem decyzję o odepchnięciu jej na bok i udawaniu, jakby w ogóle jej tam nie było.
***
Minęło około trzech miesięcy, śnieg już zniknął z powierzchni ziemi. Stojąc w drzwiach swojego skromnego szałasu, obserwowałem pierwsze przedwczesne oznaki nadchodzącej wiosny. Już wiedziałem, że nie cierpię lata ani wiosny. Wszystko jest takie radosne... no i co najważniejsze, najwidoczniej odczuwałem gorąco. Nie działało ono na mnie dobrze. Zacząłem mieć zawroty głowy. Kilka razy całkiem straciłem przytomność.Przez cały ten czas nie ingerowałem wcale w życie innych wilków. Nie było sensu. Moja egzystencja polegała na przyjściu na budowę, odwaleniu przydzieloną mi roboty, wróceniu do szałasu i zajmowaniu się sobą. Królestwo szczerze mówiąc niewiele się do tego czasu zmieniło. Budowa zdawała się być zamrożona przez zimę równie bardzo, co woda. Wilków też niewiele przybyło... Właściwie nieco mnie to rozczarowało. Liczyłem na pojawienie się jakiegoś kapłana, by w końcu pojąć, na czym w końcu polega ta śmieszna religia. Severus w jego roli wyglądał (i pewnie czuł się) wyjątkowo głupio. Aż żal było na to patrzeć.
Wróciłem do siebie... w oko rzucił mi się mały wiklinowy koszyczek odłożony w kąt od... właściwie nie wiem kiedy. Powoli podszedłem bliżej i po chwili wahania powąchałem przedmiot. Nie wydobywał się z niego żaden podejrzany zapach, więc uznałem, że nie jest to zepsuta żywność. Przypomniał mi się dzień, kiedy to odnalazłem ów przedmiot przed moimi drzwiami. Zastanawiało mnie teraz jedynie to, czy mam to rozpakowywać, czy może jednak wrzucić do ogniska, które dziś rozpalił dzisiaj Raven. Uznałem, że cokolwiek to będzie, pewnie już nie ma większego znaczenia i nic mi nie grozi.
Zmieniłem się w człowieka, usiadłem po turecku i smukłymi palcami rozwinąłem zakurzony szary papier. Z niego wypadła zapisana kartka. Podniosłem ją i obróciłem tekstem do góry. Potrzebowałem dobrej chwili, by ją odczytać, gdyż zawierała sporo błędów. Napisał go nie kto inny, jak Skayres. Wygrzebałem z paczki czarne materiałowe zawiniątko, które w mojej dłoni rozwinęło się i okazało się być czarną klapką na oko. Zamyśliłem się.
Przez ten czas widziałem ją raptem kilkakrotnie. Pewnie sądziła, że odrzuciłem jej prezent... tylko skąd wniosek, że jej nienawidzę? Nie pamiętałem już dokładnie, jak przebiegało nasze ostatnie spotkanie. Uraziłem ją czymś? Szczerze w to wątpiłem. Jeśli już ranię, to tylko podświadomie, więc pewnie nawet nie zdaję sobie z tego spawy.
Zacisnąłem dłoń z przedmiotem w pięść i zwróciłem twarz w stronę wypolerowanego kawałku lodu, który się nigdy nie topił. Filos przytaszczyła jakiś czas temu taki sam każdemu członkowi. Jak sama przyznała, nie wiedziała właściwie po co. Było to pewnego rodzaju lustro, więc teraz widziałem dokładnie swoją smukłą twarz: rysujące się pod skórą kości policzkowe, oko z brązowo-żółtą tęczówką, która pod słońce przybierała kolor rozgrzanego karmelu, prosty nos, czarne miękkie włosy, których kosmyki opadały mi na czoło i... zamkniętą powiekę. Nie odczuwałem tego ubytku, a wręcz zdążyłem przywyknąć, ale innym mogło to przeszkadzać. Spojrzałem na prezent od Skay. Jak to się w ogóle zakłada?
Szybko opanowałem co i jak, więc nie minęły trzy minuty, a już w lustrze mogłem się przejrzeć w nowym akcesorium. Dodawał mi on nie tylko powagi, ale i czegoś, co sprawiało, że zdawałem się być groźniejszy. Wciąż jednak byłem tylko wysokim, szczupłym chłopakiem o dopiero budującej się masie mięśniowej. Nadal nie do końca oszacowałem, ile mogłem mieć lat, ale obstawiałem jakieś... dwa, może trzy? Obserwując swoją postać beznamiętnym spojrzeniem, siedziałem tak przez bliżej nieokreślony czas.
Wciąż bolała mnie głowa. Głosów nie słyszałem od kilku dni. Odczuwałem ich brak na tyle, że zacząłem się zastanawiać, co na to wpłynęło i czy już nigdy nie wrócą. Miałem wrażenie, jakby brakowało jakiejś cząstki mnie. Westchnąłem i w końcu zmieniłem formę w wilczą. O dziwo opaska wciąż znajdowała się w tym samym miejscu. Nie spadła na ziemię. Popatrzyłem raz jeszcze na liścik, który teraz opadł na ziemię, gdyż wcześniej miałem go położonego na otwartej dłoni.
Powinienem do niej iść i podziękować, czy może sobie odpuścić?
Mój wzrok powędrował ku skrzypcom opartym o ściankę szałasu. Jak ja dawno z nich nie korzystałem... odczułem silną chęć sięgnięcia po instrument i zagrania. Melodia urzeczywistniała się w mojej głowie, przepływała przez umysł, czułem, jak moje palce zgrabnie przebiegają po strunach... "Nie" - powiedziałem do siebie w duchu. "Muszę iść do Skayres. Jeśli nie zrobię tego teraz, nie uczynię tego nigdy."
Wyszedłem z szałasu. Pozostało mi mieć tylko nadzieję, że ta nie zniknęła w nieznanych okolicznościach, gdyż taka sytuacja również przewinęła się przez moją wyobraźnię.
<Skay? W op. mamy dopiero luty, jakby co. Taka mała podróż w czasie. xd
wtorek, 19 kwietnia 2016
Od Anonima "Kim ja jestem?" cz. 6 (cd. Skayres)
Skay zatrzasnęła tom tuż przed moim nosem. Stałem w bezruchu i wpatrywałem się w punkt, w którym jeszcze przed chwilą była kartka z tekstem.
- Podobało się? - zapytała. Delikatnie pokręciłem głową. To, co przed chwilą mi przeczytała było rzeczą absolutnie niepojętną.
- To takie bajki czytaliście dzieciom na dobranoc? - odpowiedziałem ledwo słyszalnym pytaniem.
- Tak, to straszne, że ludzie są... no... tacy straszniiiii... - Urwała, a następnie kichnęła. Na szczęście w przeciwnym kierunku. - A tak przy okazji, to skąd się wzięło twoje imię, i czy twoje imię to Gall, czy Anonim, i czy...
- Zwolnij trochę, Skayres - przerwałem jej - Ja również mam całe mnóstwo pytań, ale nie obrzucam nimi dowolnie wybranych wilków.
- Jasne, jasne... ale mnie możesz śmiało pytać o co zechcesz. - Oznajmiła z szerokim uśmiechem. Obrzuciłem ją beznamiętnym spojrzeniem.
- Budzi się?
- Nie...
- Oddycha?
- Głąbie, chyba sam widzisz.
Znowu te głosy. Znowu wróciły. Wciąż badałem waderę wzrokiem, chcąc się upewnić, że faktycznie tego nie słyszy. Było tak, jak myślałam. Nieświadoma tych nieistniejących rozmów dalej wpatrywała się we mnie tym swoim niecierpliwym spojrzeniem.
- To powiesz mi nieco o sobie? - zapytała, odsuwając książkę.
- A kiedy się wybudzi?
- Nigdy.
- Jak to nigdy?
- Baranie, sam się nie obudzi, my będziemy musieli go odłączyć.
- To będzie go boleć?
- Nie wiem, pewnie tak.
Później rozmowy chłopców zaczęły się zlewać z tym, co mówiła Skay, przez co nie mogłem rozróżnić jednego od drugiego. Zacząłem się wpatrywać w podłogę szeroko otwartym okiem. To szalone. Nienormalne. Jak mogę rozmawiać z jedną osobą, słysząc inne?
- Zamknijcie się... - warknąłem, głupio sądząc, że usłyszą.
- Co? - zapytała osłupiała Skayres.
- Dasz mu jakieś tabletki przeciwbólowe?
- Sam musi sobie z tym poradzić.
- Jak to?
- Anonim? Wszystko w porządku?
- Tak to. Musi być twardy, da sobie radę.
- A wujek wie?
- Jasne, że wie. To on to w końcu zaproponował.
- Anonim? Co się dzieje?
- Ale dlaczego? Może i się na tym nie znam, ale...
- Nie wymądrzaj się, tylko słuchaj! Gdy będzie już gotów do samodzielnego poruszania się, wtedy go odłączymy. To będzie wyjątkowo kruchy zabieg, może na tym sporo ucierpieć...
- Gallu Anonimie! Panie nieznajomku! - Skay próbowała zażartować, ale w jej głosie kryła się rozpacz. Zaczęła mną potrząsać.
- ...jego psychika. Utrata pamięci jest tutaj rzeczą pewną. Przy dobrych wiatrach nie potraci zmysłów.
- Zaraz... że co?!
Zamarłem. Utrata pamięci? Jest pewna? Strata zmysłów? Co tam się do cholery dzieje?
- Przepraszam, muszę już iść - oznajmiłem, wstając.
- Nie odpowiedziałeś mi! I do kogo mówiłeś? Tak dziwnie się zawiesiłeś... wezwać Severusa? Albo Shaten? Może coś ci dolega?
- Nie, wszystko....
- No tak. Jeżeli to przeżyje to będzie cud.
- ...wszystko...
- Jak to cud?! Co wy mu w ogóle zrobiliście?!
- ...wszystko...
- Ratujemy mu życie i zdrowie.
- ...jest...
- Stojąc na granicy ze śmiercią?!
- ...w jak największym...
- Zrozum, nie ma innego wyjścia... jeżeli chcemy, aby do nas wrócił, trzeba zaryzykować.
- ...porządku...
- Ale nie tak!
- Przecież widzę, że nie! Mówisz tak, jakbyś sam nie wiedział, co przed chwilą oznajmiłeś. Nikt normalny nie przerywa co wyraz i nie powtarza trzy razy "wszystko"! Albo powiesz, co się dzieje, albo sama pójdę po kogoś... - zaczęła kaszleć, przez co dalsze rozmowy chłopców były zagłuszone przez papraninę dźwięków. Oparłem się o ścianę, ciężko dysząc. Głowa bolała jeszcze mocniej. Łapy również. Dosłownie wszystko.
Kim ja jestem?
Kim ja do cholery jasnej jestem?!
I co tu robię?!
Po co?!
Po co to wszystko?!
Zwalczając mdłości odwróciłem się w stronę drzwi, szybko je otworzyłem i wyszedłem na zewnątrz. Rozmawiające na dworze wilki ponownie zakłócały moje "wizje", przez co jedyne co słyszałem, to szmer. Nawet nie zauważyłem, że Skayres wybiegła ze swojego domku pomimo choroby i zaczęła wykrzykiwać moje imię... a raczej ksywkę.
To wszystko jest chore. Najgorsza jest chyba myśl, że nikt mi nie odpowie na te wszystkie pytania. Nagle wszystko zamilkło. Zatrzymałem się.
- ANONIM! - do moich uszu dobiegł wrzask Skay. Odwróciłem się za siebie i patrzyłem na nią beznamiętnym spojrzeniem. Stała kilkanaście metrów za mną. Wcześniej zapewne zaczęła biec w moim kierunku, ale zrezygnowała. Musiała być porządnie przejęta moim stanem. Tylko dlaczego? Przecież właściwie się nie znamy. Po co się przejmować kimś obcym? Wadera na nowo ruszyła w moim kierunku. Tym razem pozwoliłem jej stanąć ze mną pysk w pysk, choć wolałem być w tej sytuacji sam. W sytuacji, gdy po raz kolejny uderzało mnie to, jak bardzo zagubiony jestem. Staliśmy tak przez chwilę. Skay dostała zadyszki przez tak krótki dystans i zaczęła kaszleć.
- Lepiej wracaj do siebie, bo jeszcze zapalenia płuc dostaniesz.
- Nie... - sapnęła.
- W takim razie o co ci chodzi?
<Skay? Wybacz, że tak krótko i tak długo czekałaś, ale kryzys twórczy trwa nadal... Już od bodajże dwóch miesięcy ;/ >
- Podobało się? - zapytała. Delikatnie pokręciłem głową. To, co przed chwilą mi przeczytała było rzeczą absolutnie niepojętną.
- To takie bajki czytaliście dzieciom na dobranoc? - odpowiedziałem ledwo słyszalnym pytaniem.
- Tak, to straszne, że ludzie są... no... tacy straszniiiii... - Urwała, a następnie kichnęła. Na szczęście w przeciwnym kierunku. - A tak przy okazji, to skąd się wzięło twoje imię, i czy twoje imię to Gall, czy Anonim, i czy...
- Zwolnij trochę, Skayres - przerwałem jej - Ja również mam całe mnóstwo pytań, ale nie obrzucam nimi dowolnie wybranych wilków.
- Jasne, jasne... ale mnie możesz śmiało pytać o co zechcesz. - Oznajmiła z szerokim uśmiechem. Obrzuciłem ją beznamiętnym spojrzeniem.
- Budzi się?
- Nie...
- Oddycha?
- Głąbie, chyba sam widzisz.
Znowu te głosy. Znowu wróciły. Wciąż badałem waderę wzrokiem, chcąc się upewnić, że faktycznie tego nie słyszy. Było tak, jak myślałam. Nieświadoma tych nieistniejących rozmów dalej wpatrywała się we mnie tym swoim niecierpliwym spojrzeniem.
- To powiesz mi nieco o sobie? - zapytała, odsuwając książkę.
- A kiedy się wybudzi?
- Nigdy.
- Jak to nigdy?
- Baranie, sam się nie obudzi, my będziemy musieli go odłączyć.
- To będzie go boleć?
- Nie wiem, pewnie tak.
Później rozmowy chłopców zaczęły się zlewać z tym, co mówiła Skay, przez co nie mogłem rozróżnić jednego od drugiego. Zacząłem się wpatrywać w podłogę szeroko otwartym okiem. To szalone. Nienormalne. Jak mogę rozmawiać z jedną osobą, słysząc inne?
- Zamknijcie się... - warknąłem, głupio sądząc, że usłyszą.
- Co? - zapytała osłupiała Skayres.
- Dasz mu jakieś tabletki przeciwbólowe?
- Sam musi sobie z tym poradzić.
- Jak to?
- Anonim? Wszystko w porządku?
- Tak to. Musi być twardy, da sobie radę.
- A wujek wie?
- Jasne, że wie. To on to w końcu zaproponował.
- Anonim? Co się dzieje?
- Ale dlaczego? Może i się na tym nie znam, ale...
- Nie wymądrzaj się, tylko słuchaj! Gdy będzie już gotów do samodzielnego poruszania się, wtedy go odłączymy. To będzie wyjątkowo kruchy zabieg, może na tym sporo ucierpieć...
- Gallu Anonimie! Panie nieznajomku! - Skay próbowała zażartować, ale w jej głosie kryła się rozpacz. Zaczęła mną potrząsać.
- ...jego psychika. Utrata pamięci jest tutaj rzeczą pewną. Przy dobrych wiatrach nie potraci zmysłów.
- Zaraz... że co?!
Zamarłem. Utrata pamięci? Jest pewna? Strata zmysłów? Co tam się do cholery dzieje?
- Przepraszam, muszę już iść - oznajmiłem, wstając.
- Nie odpowiedziałeś mi! I do kogo mówiłeś? Tak dziwnie się zawiesiłeś... wezwać Severusa? Albo Shaten? Może coś ci dolega?
- Nie, wszystko....
- No tak. Jeżeli to przeżyje to będzie cud.
- ...wszystko...
- Jak to cud?! Co wy mu w ogóle zrobiliście?!
- ...wszystko...
- Ratujemy mu życie i zdrowie.
- ...jest...
- Stojąc na granicy ze śmiercią?!
- ...w jak największym...
- Zrozum, nie ma innego wyjścia... jeżeli chcemy, aby do nas wrócił, trzeba zaryzykować.
- ...porządku...
- Ale nie tak!
- Przecież widzę, że nie! Mówisz tak, jakbyś sam nie wiedział, co przed chwilą oznajmiłeś. Nikt normalny nie przerywa co wyraz i nie powtarza trzy razy "wszystko"! Albo powiesz, co się dzieje, albo sama pójdę po kogoś... - zaczęła kaszleć, przez co dalsze rozmowy chłopców były zagłuszone przez papraninę dźwięków. Oparłem się o ścianę, ciężko dysząc. Głowa bolała jeszcze mocniej. Łapy również. Dosłownie wszystko.
Kim ja jestem?
Kim ja do cholery jasnej jestem?!
I co tu robię?!
Po co?!
Po co to wszystko?!
Zwalczając mdłości odwróciłem się w stronę drzwi, szybko je otworzyłem i wyszedłem na zewnątrz. Rozmawiające na dworze wilki ponownie zakłócały moje "wizje", przez co jedyne co słyszałem, to szmer. Nawet nie zauważyłem, że Skayres wybiegła ze swojego domku pomimo choroby i zaczęła wykrzykiwać moje imię... a raczej ksywkę.
To wszystko jest chore. Najgorsza jest chyba myśl, że nikt mi nie odpowie na te wszystkie pytania. Nagle wszystko zamilkło. Zatrzymałem się.
- ANONIM! - do moich uszu dobiegł wrzask Skay. Odwróciłem się za siebie i patrzyłem na nią beznamiętnym spojrzeniem. Stała kilkanaście metrów za mną. Wcześniej zapewne zaczęła biec w moim kierunku, ale zrezygnowała. Musiała być porządnie przejęta moim stanem. Tylko dlaczego? Przecież właściwie się nie znamy. Po co się przejmować kimś obcym? Wadera na nowo ruszyła w moim kierunku. Tym razem pozwoliłem jej stanąć ze mną pysk w pysk, choć wolałem być w tej sytuacji sam. W sytuacji, gdy po raz kolejny uderzało mnie to, jak bardzo zagubiony jestem. Staliśmy tak przez chwilę. Skay dostała zadyszki przez tak krótki dystans i zaczęła kaszleć.
- Lepiej wracaj do siebie, bo jeszcze zapalenia płuc dostaniesz.
- Nie... - sapnęła.
- W takim razie o co ci chodzi?
<Skay? Wybacz, że tak krótko i tak długo czekałaś, ale kryzys twórczy trwa nadal... Już od bodajże dwóch miesięcy ;/ >
piątek, 22 stycznia 2016
Od Galla Anonima "Mikołajki!" cz. 4 (cd. Shaten)
- Fajnie, że jesteś zadowolony... - mruknęła i odwróciła się w przeciwną stronę. - Skończyliśmy już dekorować szałasy, więc możemy już odejść w swoje strony.
- Niech będzie... Do zobaczenia. - odpowiedziałem bez entuzjazmu. Wadera nie mówiąc już nic więcej odeszła w swoim kierunku. Wodziłem za nią wzorkiem jeszcze przez chwilę, po czym poszedłem do swojego szałasu. Będąc już na miejscu, usiadłem w środku i beznamiętnie patrzyłem w jednym kierunku. Ból głowy wciąż dawał się we znaki. Kiedy ten koszmar się w końcu skończy? Zaczynam mieć szczerze już serdecznie dosyć tego obłędu. Z dnia na dzień będzie to coraz bardziej męczące i coraz bardziej będę prosić o zakończenie swojego życia. Jeśli mam tak trwać, wśród tych dziwnych istot do końca swojego żywotu, to ja bardzo dziękuję. Nic się nie zanosiło na to, abym odnalazł swój cel. Utracona pamięć była dla mnie wystarczająco dobijająca. Usiadłem i położyłem łeb na łapach, przymykając oko. Wciąż jednak wyglądałem przez wyjście z chaty. Obserwowałem pojedyncze wilki brodzące po kolana w śniegu. Podglądanie... Było to wyjątkowo żmudne zajęcie i bezcelowe... jednak nie bardzo wiedziałem, co jeszcze mógłbym w tej chwili zrobić.
- Czy on dobrze się czuje?
Nadstawiłem uszu i podniosłem łeb. Głos dochodził z... właśnie nie do końca wiedziałem, skąd ani do kogo był zaadresowany. Zdawał się być niezwykle bliski, jakby osoba, która to mówiła znajdowała się tuż przy mnie.
- Hah! A jak sądzisz? Na co ci to wygląda? - zaśmiała się druga osoba. Niespokojnie rozejrzałem się wokół. Nikogo jednak nie zobaczyłem.
- No nie wiem... Wygląda... dziwnie - odpowiedziała pierwsza osoba lekko roztrzęsionym głosem. Odnosiłem wrażenie, iż to była dziewczyna ze względu na wyjątkowo słodki ton.
- A czego oczekiwałeś? Że będzie wyglądać jak dawniej? - śmiał się chłopak. Zdenerwowany wyszedłem z szałasu, wciąż rozglądając się dookoła. Nikt nie znajdował się w pobliżu. Zupełnie, jakby głosy dobiegały z mojej głowy, a ja sobie to wszystko ubzdurałem.
- No... czemu nie?
- A czemu tak? No błagam cię, po takim wypadku chyba nie może wyglądać absolutnie w ten sam sposób.
- Ale... ale... co w takim razie mu zrobisz? - pytała dalej osoba o bliżej nieokreślonej płci. Nie bardzo wiedziałem, czy była to dziewczyna, tak jak początkowo sądziłem, czy może chłopiec przed mutacją, choć to, jak wyrażała się pierwsza, wyjątkowo pewna swego osoba, bardziej wskazywało na drugą opcję.
- Hm... no nie wiem... spróbuję go obudzić?
- Jak?
- Tego jeszcze nie wiem - westchnął ten pierwszy. Zaniepokojony, nie mogąc ze zdenerwowania wykonać żadnego ruchu, po prostu patrzyłem przed siebie. Wysłuchiwałem całego dialogu, zastanawiając się, czy później dowiem się czegoś więcej, co mogłoby mi wytłumaczyć to, czy słyszę duchy.
- Czyli się nie obudzi?
- Nie bądź tak źle nastawiony.
- Czyli się uda?
- Uda to ty masz tutaj - roześmiał się chłopak, na to ten młodszy pisnął wystraszony. Mój wyraz pyska musiał być wyjątkowo dziwny, bo wilk, który z tego co zdążyłem się dowiedzieć, nazywany był Warrorem, przechodząc, patrzył na mnie jak na wariata. Nie miałem zielonego pojęcia, co tam się wyrabia, ani dlaczego, ale chyba wolałbym tego nie widzieć. Już starczy, że najwyraźniej oszalałem i słyszę głosy, które najwidoczniej bawiły się doskonale.
- Głupku! - pisnął mały. Usłyszałem tak głośny trzask drzwi, że aż mimowolnie się skuliłem.
- Co wy tu robicie, chłopcy? Jak idzie praca? - usłyszałem męski głos.
- Tak sobie. Amor mi przeszkadza - prychnął starszy z nich.
- Amor, to prawda?
- Ja nie... nic... ale... ja... no... - jąkał się.
- To już nieważne... może nie przeszkadzaj już bratu, co? Dobrze wiesz, że woli pracować w ciszy.
- Wiem, wiem... - mruknął mały. Chwilę później znowu usłyszałem trzask zwiastujący o tym, że poszli.
- Nareszcie spokój... - westchnął chłopak. Dalej stałem nieruchomo, oczekując na kolejne, niewytłumaczalne dźwięki. Cisza. Zamrugałem kilkakrotnie okiem, zastanawiając się, cóż to dokładnie było. W typowej sytuacji serce zapewne oszalałoby w mojej klatce piersiowej... lecz o dziwo mój puls cały czas był spokojny. Czułem się jak otumaniony. Wodziłem wzorkiem po okolicy, zastanawiając się, czy ktokolwiek prócz mnie to słyszał. Wszystko wskazywało na to, że nie. Potrząsnąłem głową, sądząc, że zaraz pojawię się z powrotem w szałasie, a to wszystko mi się przyśniło, lecz nic takiego się nie stało.
- Hej, ty! Wszystko spoko? - ktoś nagle wykrzyknął. Tym razem jednak potrafiłem sprecyzować, skąd pochodzi głos, więc szybko odwróciłem się za siebie, by ujrzeć neonowozielonego basiora. Posłałem mu krótkie, nienawistne spojrzenie, po czym odwróciłem się w stronę swojego szałasu i zniknąłem mu z pola widzenia. Czy oni wszyscy muszą się wtrącać w nieswoje sprawy? Ku mojemu zaskoczeniu basior chwilę później stanął w drzwiach.
- Jeszcze nigdy cię nie widziałem. Jak się zwiesz? - zapytał wesoło. Powoli odwróciłem się za siebie, ledwo trzymając nerwy.
- Co cię to obchodzi?
- No, nie wiem, po prostu lubię mieć dużo znajomych.
- W przeciwieństwie do mnie. Teraz proszę, wyjdź. Wolę spędzić ten czas sam - powiedziałem, prostując się i wypinając pierś, aby zrozumiał powagę moich słów. Ten tylko posłał mi rozbawione spojrzenie.
- Nie przesadzaj. Jeśli będziesz tak sam siedzieć to nie dość, że zmarnujesz sobie najlepsze lata życia, to jeszcze będziesz się nudzić. Z tego co widzę, jesteś jeszcze młody, zupełnie jak ja, tyle, że ty na siłę starasz się nie wychylać. I po co to?
Posłałem mu zimne, aczkolwiek mordujące spojrzenie. Nie mógł mi narzucać tego, co mam robić, a czego nie.
- Poza tym mamy dziś mikołajki! Święta to nie czas, kiedy jest się samotnym - roześmiał się. Mój wyraz pyska nie zmienił się ani odrobinę.
- I co w związku z tym?
- No nie wiem... może kiedyś byśmy poszli coś porobić?
Uniosłem brew, wciąż nie wiedząc, co ten ma na myśli.
- Co na przykład?
- Nie wiem... Daj mi chwilę, pomyślę.
Zapanowała cisza. Ja stałem po prostu, patrząc na niego jak na idiotę, a ten w skupieniu wpatrywał się gdzieś w przestrzeń tuż za mną.
- Hm... co powiesz na zrobienia ogniska i pieczenia mięsa na patykach? Zrobilibyśmy wielkie przyjęcie wraz z resztą watahy...
- W środku zimy?
- Nie, na przykład na wiosnę. Co ty na to? - wyszczerzył się. Dramatycznie wywróciłem okiem.
- I co jeszcze? Wybierzemy się w wielką podróż na koniec świata, po którym zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi na zawsze?
- Świetny pomysł! - podekscytował się basior. Zwróciłem na niego nieruchomy wzrok, mówiący, że to był sarkazm. Chyba zrozumiał przekaz, bo przestał machać ogonem. - Czyli... mam sobie iść?
Nie odpowiedziałem, tylko wciąż piorunowałem go wzrokiem. Szybko się wycofał.
- To... pa!
Później odbiegł, zostawiając mnie samego. Pokręciłem głową, nie bardzo rozumiejąc, po co i dlaczego to zrobił. Odwróciłem się i na nowo bezcelowo wpatrywałem się w przestrzeń za sobą. Może i jednak miał odrobinę racji? Teoretycznie skoro nie pożyję tu za długo, to mogę spróbować robić nowe rzeczy, których nigdy wcześniej zapewne nie miałbym nawet szansy przetestować. Ognisko? W sumie nie taki zły pomysł. Jednakże interakcja z innymi wilkami wydała się dla mnie mało atrakcyjna. Usiadłem i westchnąłem cicho. Ja to jednak mam problemy... najpierw przeniesienie się w miejsce, w którym zapewne przyjdzie mi spędzić zdecydowaną część swojego życia, później dołączenie do jakiejś śmiesznej watahy magicznych wilków, słyszenie jakiś głosów, a teraz upieranie się przy swoim, że nie chcę mieć z nikim nic wspólnego. Niezbyt przyjazna wizja.
Ponownie odwróciłem głowę, by zobaczyć, jak jakaś biała wadera znika za bladoniebieską poświatą, która rośnie w pionie, by na końcu całkiem zniknąć i ukazać jej ludzką formę. Potrząsnęła bladoczerwonymi lokami i poszła dalej. Westchnąłem ponownie. Większość wilków zmieniała się w ludzi... a ja nie. Może też powinienem się tego nauczyć? Jedyny problem polegał na tym, że nie miałem pojęcia, jak miałbym to zrobić.
- Anonim!
- Co chcesz? - mruknąłem, gdy ta podbiegła do mnie, ściskając w dłoniach dwie paczki.
- Dzisiaj są mikołajki... więc mam coś dla ciebie... taki prezent... żeby ci podziękować za pomoc - wysapała, jednak jej ludzka twarz nie zdradzała żadnych emocji. Uniosłem brew, gdy ta wyciągała w moją stronę jeden z pakunków. Czyli te całe mikołajki polegały na obdarowywaniu się prezentami?
- Dziękuję.
Shaten znieruchomiała i popatrzyła na mnie nieco zaskoczona.
- Zaraz... ty podziękowałeś?
- Zgadza się. Co w tym takiego dziwnego? Naprawdę sądziłaś, że jestem aż takim chamem, aby zapomnieć, jak się dziękuje za odrobinę dobroci?
Nie odpowiedziała, tylko po prostu na mnie patrzyła.
- I co mój kochany? Już nigdy więcej nie zagrasz - usłyszałem na nowo melodyjny głos chłopaka, dobiegający gdzieś z głębi mnie.
Po chwili Shaten się otrząsnęła i położyła pakunek tuż pod moimi łapami. Był owinięty w niebieski, lśniący papier w srebrne paski. Szturchnąłem to lekko nosem, a później spróbowałem podnieść zębami, ale za każdym razem wymykał się i przesuwał się po śniegu. Warknąłem niezadowolony, na co dziewczyna wybuchnęła śmiechem. Zignorowałem to. Następną próbę podjąłem próbując rozedrzeć kolorowy papier pazurami, jednak to również skończyło się na porażce.
- Co ty robisz? - zapytała, próbując przestać się śmiać.
- A co? Nie widać? Cholerne pudełko... - mruknąłem, na nowo próbując to wziąć w zęby.
- Nie możesz się po prostu zmienić w człowieka? - Podniosłem na nią wzrok, zaprzestając jakimkolwiek ruchom.
- Nie potrafię. Zadowolona?
- Poważnie?
- A dlaczego miałbym kłamać? - prychnąłem.
- Po prostu wyobrażasz sobie, że zmieniasz się w człowieka, zamykasz oczy i już. Proste? Proste.
- Chyba dla ciebie.
Zmieniła się w wilka, a później znowu w człowieka. Wszystko obserwowałem najdokładniej, jak tylko potrafiłem.
- I co panie geniuszu? Jeśli ci się nie uda, oznacza to, że jesteś słabeuszem - zaśmiała się ironicznie. Wziąłem wdech, ledwo powstrzymując nerwy. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że rosnę... poczułem... właściwie to nic nie poczułem. Otworzyłem oczy, by zorientować się, że góruję nad nieco zaskoczoną Shaten.
- Ty... jak? Ja uczyłam się tego... kilka dni! Może nawet więcej! A ty ot tak... - wykrztusiła, cofając się o krok. Popatrzyłem na swoje smukłe palce. Ludzkie palce. Obróciłem je wierzchem do góry. Paznokcie były w nienaruszonym stanie... Wyglądało na to, że albo się "odnowiłem", bądź znajdowałem się w innej formie niż poprzednio. Popatrzyłem na dziewczynę. Była ode mnie o głowę, może dwie niższa. Wciąż wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami. Ja jak gdyby nigdy nic schyliłem się i podniosłem kartonik. Rozdarłem papier i ściągnąłem, a następnie podniosłem wieko kartonika. W środku znajdował się rzeźbiony instrument. Skądś, nie wiadomo skąd wiedziałem, że nazywany jest skrzypcami.
- Znalazłam to kiedyś w lesie... ale nie potrafię grać, więc pomyślałam... że może ty spróbujesz się nauczyć, bo i tak zdaje się, że nie masz ciekawszych zajęć.
Nie ruszając się, patrzyłem na skrzypce. Sam również nie bardzo wiedziałem, co mam zrobić. Podobno to dość trudny instrument.
- Zgaduję, że prezent nie wypalił... - mruknęła, szurając butem w śniegu.
- Niekoniecznie... - odpowiedziałem, mając jakąś pewność, że rzeczywiście mówię prawdę. Zmarszczyła brwi i popatrzyła na mnie, z coraz mniejszą zawziętością kopiąc we śniegu. Odłożyłem kartonik razem z papierem do wnętrza szałasu, wziąłem w dłonie skrzypce, po czym sprawnie podłożyłem podbródek pod brodę, a smyczek w drugą dłoń. Przyłożyłem go do strun i delikatnie pociągnąłem. Dźwięk nie należał do najpiękniejszych, więc kilkakrotne przekręcenie kołków oraz sprawdzenie poszczególnych dźwięków pozbawiło mnie tego problemu.
W głowie nagle zabrzmiała słodka melodia, którą bezbłędnie powtórzyłem. Przechodzące kolejne dźwięki, jeden przez drugi, przenikliwe aż do głębi zachwycały uszy i duszę. Zamykając oczy zdawało się, że widzi się przed sobą zimną, lecz milczącą krainę, niedostępną dla żadnej żywej duszy, lecz dla martwej, jaką posiadali bogowie. Muzyka zawierała historię opowiadającą o wędrówce po wielkim lesie, przeprawę przez zamarznięte jezioro aż do przerażającego pięknem lodowego pałacu, w którym to każda krystalicznie gładka ściana była lustrem prawdy... Były to jednak tylko dźwięki, pozbawione tekstu, mówiącego o tym wprost. Aby to zobaczyć, należało po prostu zamknąć oczy i się wsłuchać... Dopiero kiedy skończyłem, przypomniałem sobie, że dziewczyna wciąż tam stoi i mi się przygląda.
<Shaten? Już dawno po mikołajkach, ale cóż... Ważne, że nauczył się zmieniać w ludzia. Prawda jest taka, że on słynie z tego, że gdy zobaczy, że (że x3) ktoś daną rzecz wykonuje, później będzie mógł ją powtórzyć, niekiedy nawet lepiej. Np. jeśli wejdzie na lód, zapewne po chwili wywróci się, a kiedy wejdzie ktoś, kto jeździ na łyżwach bardzo dobrze, chwilę popatrzy i już będzie potrafił perfekcyjnie. Danego języka może się nauczyć w godzinę ze słuchu. Właściwie jedną z nielicznych umiejętności, którą "zapamiętał" była gra na skrzypcach. xd>
- Niech będzie... Do zobaczenia. - odpowiedziałem bez entuzjazmu. Wadera nie mówiąc już nic więcej odeszła w swoim kierunku. Wodziłem za nią wzorkiem jeszcze przez chwilę, po czym poszedłem do swojego szałasu. Będąc już na miejscu, usiadłem w środku i beznamiętnie patrzyłem w jednym kierunku. Ból głowy wciąż dawał się we znaki. Kiedy ten koszmar się w końcu skończy? Zaczynam mieć szczerze już serdecznie dosyć tego obłędu. Z dnia na dzień będzie to coraz bardziej męczące i coraz bardziej będę prosić o zakończenie swojego życia. Jeśli mam tak trwać, wśród tych dziwnych istot do końca swojego żywotu, to ja bardzo dziękuję. Nic się nie zanosiło na to, abym odnalazł swój cel. Utracona pamięć była dla mnie wystarczająco dobijająca. Usiadłem i położyłem łeb na łapach, przymykając oko. Wciąż jednak wyglądałem przez wyjście z chaty. Obserwowałem pojedyncze wilki brodzące po kolana w śniegu. Podglądanie... Było to wyjątkowo żmudne zajęcie i bezcelowe... jednak nie bardzo wiedziałem, co jeszcze mógłbym w tej chwili zrobić.
- Czy on dobrze się czuje?
Nadstawiłem uszu i podniosłem łeb. Głos dochodził z... właśnie nie do końca wiedziałem, skąd ani do kogo był zaadresowany. Zdawał się być niezwykle bliski, jakby osoba, która to mówiła znajdowała się tuż przy mnie.
- Hah! A jak sądzisz? Na co ci to wygląda? - zaśmiała się druga osoba. Niespokojnie rozejrzałem się wokół. Nikogo jednak nie zobaczyłem.
- No nie wiem... Wygląda... dziwnie - odpowiedziała pierwsza osoba lekko roztrzęsionym głosem. Odnosiłem wrażenie, iż to była dziewczyna ze względu na wyjątkowo słodki ton.
- A czego oczekiwałeś? Że będzie wyglądać jak dawniej? - śmiał się chłopak. Zdenerwowany wyszedłem z szałasu, wciąż rozglądając się dookoła. Nikt nie znajdował się w pobliżu. Zupełnie, jakby głosy dobiegały z mojej głowy, a ja sobie to wszystko ubzdurałem.
- No... czemu nie?
- A czemu tak? No błagam cię, po takim wypadku chyba nie może wyglądać absolutnie w ten sam sposób.
- Ale... ale... co w takim razie mu zrobisz? - pytała dalej osoba o bliżej nieokreślonej płci. Nie bardzo wiedziałem, czy była to dziewczyna, tak jak początkowo sądziłem, czy może chłopiec przed mutacją, choć to, jak wyrażała się pierwsza, wyjątkowo pewna swego osoba, bardziej wskazywało na drugą opcję.
- Hm... no nie wiem... spróbuję go obudzić?
- Jak?
- Tego jeszcze nie wiem - westchnął ten pierwszy. Zaniepokojony, nie mogąc ze zdenerwowania wykonać żadnego ruchu, po prostu patrzyłem przed siebie. Wysłuchiwałem całego dialogu, zastanawiając się, czy później dowiem się czegoś więcej, co mogłoby mi wytłumaczyć to, czy słyszę duchy.
- Czyli się nie obudzi?
- Nie bądź tak źle nastawiony.
- Czyli się uda?
- Uda to ty masz tutaj - roześmiał się chłopak, na to ten młodszy pisnął wystraszony. Mój wyraz pyska musiał być wyjątkowo dziwny, bo wilk, który z tego co zdążyłem się dowiedzieć, nazywany był Warrorem, przechodząc, patrzył na mnie jak na wariata. Nie miałem zielonego pojęcia, co tam się wyrabia, ani dlaczego, ale chyba wolałbym tego nie widzieć. Już starczy, że najwyraźniej oszalałem i słyszę głosy, które najwidoczniej bawiły się doskonale.
- Głupku! - pisnął mały. Usłyszałem tak głośny trzask drzwi, że aż mimowolnie się skuliłem.
- Co wy tu robicie, chłopcy? Jak idzie praca? - usłyszałem męski głos.
- Tak sobie. Amor mi przeszkadza - prychnął starszy z nich.
- Amor, to prawda?
- Ja nie... nic... ale... ja... no... - jąkał się.
- To już nieważne... może nie przeszkadzaj już bratu, co? Dobrze wiesz, że woli pracować w ciszy.
- Wiem, wiem... - mruknął mały. Chwilę później znowu usłyszałem trzask zwiastujący o tym, że poszli.
- Nareszcie spokój... - westchnął chłopak. Dalej stałem nieruchomo, oczekując na kolejne, niewytłumaczalne dźwięki. Cisza. Zamrugałem kilkakrotnie okiem, zastanawiając się, cóż to dokładnie było. W typowej sytuacji serce zapewne oszalałoby w mojej klatce piersiowej... lecz o dziwo mój puls cały czas był spokojny. Czułem się jak otumaniony. Wodziłem wzorkiem po okolicy, zastanawiając się, czy ktokolwiek prócz mnie to słyszał. Wszystko wskazywało na to, że nie. Potrząsnąłem głową, sądząc, że zaraz pojawię się z powrotem w szałasie, a to wszystko mi się przyśniło, lecz nic takiego się nie stało.
- Hej, ty! Wszystko spoko? - ktoś nagle wykrzyknął. Tym razem jednak potrafiłem sprecyzować, skąd pochodzi głos, więc szybko odwróciłem się za siebie, by ujrzeć neonowozielonego basiora. Posłałem mu krótkie, nienawistne spojrzenie, po czym odwróciłem się w stronę swojego szałasu i zniknąłem mu z pola widzenia. Czy oni wszyscy muszą się wtrącać w nieswoje sprawy? Ku mojemu zaskoczeniu basior chwilę później stanął w drzwiach.
- Jeszcze nigdy cię nie widziałem. Jak się zwiesz? - zapytał wesoło. Powoli odwróciłem się za siebie, ledwo trzymając nerwy.
- Co cię to obchodzi?
- No, nie wiem, po prostu lubię mieć dużo znajomych.
- W przeciwieństwie do mnie. Teraz proszę, wyjdź. Wolę spędzić ten czas sam - powiedziałem, prostując się i wypinając pierś, aby zrozumiał powagę moich słów. Ten tylko posłał mi rozbawione spojrzenie.
- Nie przesadzaj. Jeśli będziesz tak sam siedzieć to nie dość, że zmarnujesz sobie najlepsze lata życia, to jeszcze będziesz się nudzić. Z tego co widzę, jesteś jeszcze młody, zupełnie jak ja, tyle, że ty na siłę starasz się nie wychylać. I po co to?
Posłałem mu zimne, aczkolwiek mordujące spojrzenie. Nie mógł mi narzucać tego, co mam robić, a czego nie.
- Poza tym mamy dziś mikołajki! Święta to nie czas, kiedy jest się samotnym - roześmiał się. Mój wyraz pyska nie zmienił się ani odrobinę.
- I co w związku z tym?
- No nie wiem... może kiedyś byśmy poszli coś porobić?
Uniosłem brew, wciąż nie wiedząc, co ten ma na myśli.
- Co na przykład?
- Nie wiem... Daj mi chwilę, pomyślę.
Zapanowała cisza. Ja stałem po prostu, patrząc na niego jak na idiotę, a ten w skupieniu wpatrywał się gdzieś w przestrzeń tuż za mną.
- Hm... co powiesz na zrobienia ogniska i pieczenia mięsa na patykach? Zrobilibyśmy wielkie przyjęcie wraz z resztą watahy...
- W środku zimy?
- Nie, na przykład na wiosnę. Co ty na to? - wyszczerzył się. Dramatycznie wywróciłem okiem.
- I co jeszcze? Wybierzemy się w wielką podróż na koniec świata, po którym zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi na zawsze?
- Świetny pomysł! - podekscytował się basior. Zwróciłem na niego nieruchomy wzrok, mówiący, że to był sarkazm. Chyba zrozumiał przekaz, bo przestał machać ogonem. - Czyli... mam sobie iść?
Nie odpowiedziałem, tylko wciąż piorunowałem go wzrokiem. Szybko się wycofał.
- To... pa!
Później odbiegł, zostawiając mnie samego. Pokręciłem głową, nie bardzo rozumiejąc, po co i dlaczego to zrobił. Odwróciłem się i na nowo bezcelowo wpatrywałem się w przestrzeń za sobą. Może i jednak miał odrobinę racji? Teoretycznie skoro nie pożyję tu za długo, to mogę spróbować robić nowe rzeczy, których nigdy wcześniej zapewne nie miałbym nawet szansy przetestować. Ognisko? W sumie nie taki zły pomysł. Jednakże interakcja z innymi wilkami wydała się dla mnie mało atrakcyjna. Usiadłem i westchnąłem cicho. Ja to jednak mam problemy... najpierw przeniesienie się w miejsce, w którym zapewne przyjdzie mi spędzić zdecydowaną część swojego życia, później dołączenie do jakiejś śmiesznej watahy magicznych wilków, słyszenie jakiś głosów, a teraz upieranie się przy swoim, że nie chcę mieć z nikim nic wspólnego. Niezbyt przyjazna wizja.
Ponownie odwróciłem głowę, by zobaczyć, jak jakaś biała wadera znika za bladoniebieską poświatą, która rośnie w pionie, by na końcu całkiem zniknąć i ukazać jej ludzką formę. Potrząsnęła bladoczerwonymi lokami i poszła dalej. Westchnąłem ponownie. Większość wilków zmieniała się w ludzi... a ja nie. Może też powinienem się tego nauczyć? Jedyny problem polegał na tym, że nie miałem pojęcia, jak miałbym to zrobić.
***
Wieczorem, po kilku godzinach spędzonych na dosłownie nudzeniu się i leżeniu w najwymyślniejszych pozycjach, postanowiłem pójść na spacer. Jednak gdy stałem w drzwiach, usłyszałem krzyk tej dziewczyny, z którą jeszcze tego samego dnia przyszło mi pracować.- Anonim!
- Co chcesz? - mruknąłem, gdy ta podbiegła do mnie, ściskając w dłoniach dwie paczki.
- Dzisiaj są mikołajki... więc mam coś dla ciebie... taki prezent... żeby ci podziękować za pomoc - wysapała, jednak jej ludzka twarz nie zdradzała żadnych emocji. Uniosłem brew, gdy ta wyciągała w moją stronę jeden z pakunków. Czyli te całe mikołajki polegały na obdarowywaniu się prezentami?
- Dziękuję.
Shaten znieruchomiała i popatrzyła na mnie nieco zaskoczona.
- Zaraz... ty podziękowałeś?
- Zgadza się. Co w tym takiego dziwnego? Naprawdę sądziłaś, że jestem aż takim chamem, aby zapomnieć, jak się dziękuje za odrobinę dobroci?
Nie odpowiedziała, tylko po prostu na mnie patrzyła.
- I co mój kochany? Już nigdy więcej nie zagrasz - usłyszałem na nowo melodyjny głos chłopaka, dobiegający gdzieś z głębi mnie.
Po chwili Shaten się otrząsnęła i położyła pakunek tuż pod moimi łapami. Był owinięty w niebieski, lśniący papier w srebrne paski. Szturchnąłem to lekko nosem, a później spróbowałem podnieść zębami, ale za każdym razem wymykał się i przesuwał się po śniegu. Warknąłem niezadowolony, na co dziewczyna wybuchnęła śmiechem. Zignorowałem to. Następną próbę podjąłem próbując rozedrzeć kolorowy papier pazurami, jednak to również skończyło się na porażce.
- Co ty robisz? - zapytała, próbując przestać się śmiać.
- A co? Nie widać? Cholerne pudełko... - mruknąłem, na nowo próbując to wziąć w zęby.
- Nie możesz się po prostu zmienić w człowieka? - Podniosłem na nią wzrok, zaprzestając jakimkolwiek ruchom.
- Nie potrafię. Zadowolona?
- Poważnie?
- A dlaczego miałbym kłamać? - prychnąłem.
- Po prostu wyobrażasz sobie, że zmieniasz się w człowieka, zamykasz oczy i już. Proste? Proste.
- Chyba dla ciebie.
Zmieniła się w wilka, a później znowu w człowieka. Wszystko obserwowałem najdokładniej, jak tylko potrafiłem.
- I co panie geniuszu? Jeśli ci się nie uda, oznacza to, że jesteś słabeuszem - zaśmiała się ironicznie. Wziąłem wdech, ledwo powstrzymując nerwy. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że rosnę... poczułem... właściwie to nic nie poczułem. Otworzyłem oczy, by zorientować się, że góruję nad nieco zaskoczoną Shaten.
- Ty... jak? Ja uczyłam się tego... kilka dni! Może nawet więcej! A ty ot tak... - wykrztusiła, cofając się o krok. Popatrzyłem na swoje smukłe palce. Ludzkie palce. Obróciłem je wierzchem do góry. Paznokcie były w nienaruszonym stanie... Wyglądało na to, że albo się "odnowiłem", bądź znajdowałem się w innej formie niż poprzednio. Popatrzyłem na dziewczynę. Była ode mnie o głowę, może dwie niższa. Wciąż wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami. Ja jak gdyby nigdy nic schyliłem się i podniosłem kartonik. Rozdarłem papier i ściągnąłem, a następnie podniosłem wieko kartonika. W środku znajdował się rzeźbiony instrument. Skądś, nie wiadomo skąd wiedziałem, że nazywany jest skrzypcami.
- Znalazłam to kiedyś w lesie... ale nie potrafię grać, więc pomyślałam... że może ty spróbujesz się nauczyć, bo i tak zdaje się, że nie masz ciekawszych zajęć.
Nie ruszając się, patrzyłem na skrzypce. Sam również nie bardzo wiedziałem, co mam zrobić. Podobno to dość trudny instrument.
- Zgaduję, że prezent nie wypalił... - mruknęła, szurając butem w śniegu.
- Niekoniecznie... - odpowiedziałem, mając jakąś pewność, że rzeczywiście mówię prawdę. Zmarszczyła brwi i popatrzyła na mnie, z coraz mniejszą zawziętością kopiąc we śniegu. Odłożyłem kartonik razem z papierem do wnętrza szałasu, wziąłem w dłonie skrzypce, po czym sprawnie podłożyłem podbródek pod brodę, a smyczek w drugą dłoń. Przyłożyłem go do strun i delikatnie pociągnąłem. Dźwięk nie należał do najpiękniejszych, więc kilkakrotne przekręcenie kołków oraz sprawdzenie poszczególnych dźwięków pozbawiło mnie tego problemu.
W głowie nagle zabrzmiała słodka melodia, którą bezbłędnie powtórzyłem. Przechodzące kolejne dźwięki, jeden przez drugi, przenikliwe aż do głębi zachwycały uszy i duszę. Zamykając oczy zdawało się, że widzi się przed sobą zimną, lecz milczącą krainę, niedostępną dla żadnej żywej duszy, lecz dla martwej, jaką posiadali bogowie. Muzyka zawierała historię opowiadającą o wędrówce po wielkim lesie, przeprawę przez zamarznięte jezioro aż do przerażającego pięknem lodowego pałacu, w którym to każda krystalicznie gładka ściana była lustrem prawdy... Były to jednak tylko dźwięki, pozbawione tekstu, mówiącego o tym wprost. Aby to zobaczyć, należało po prostu zamknąć oczy i się wsłuchać... Dopiero kiedy skończyłem, przypomniałem sobie, że dziewczyna wciąż tam stoi i mi się przygląda.
<Shaten? Już dawno po mikołajkach, ale cóż... Ważne, że nauczył się zmieniać w ludzia. Prawda jest taka, że on słynie z tego, że gdy zobaczy, że (że x3) ktoś daną rzecz wykonuje, później będzie mógł ją powtórzyć, niekiedy nawet lepiej. Np. jeśli wejdzie na lód, zapewne po chwili wywróci się, a kiedy wejdzie ktoś, kto jeździ na łyżwach bardzo dobrze, chwilę popatrzy i już będzie potrafił perfekcyjnie. Danego języka może się nauczyć w godzinę ze słuchu. Właściwie jedną z nielicznych umiejętności, którą "zapamiętał" była gra na skrzypcach. xd>
poniedziałek, 11 stycznia 2016
Od Anonima "Kim ja jestem?" cz. 4 (cd. Skayres)
Patrzyłem na uśpione wilcze miasto pod powłoką śniegu. Nie było mi zimno. Nawet nie wiedziałem, co to za uczucie. Ignorowałem parę wydobywającą się z mojego pyska. Obróciłem się jeszcze za siebie, by upewnić się, czy aby na pewno nie chcę wrócić do domu. Szałas stał całkowicie pusty... właściwie nic mnie do niego nie ciągnęło. No może prócz poczucia prywatności i wrażenia spełnienia, spowodowanego nie niczym innym, jak upragnioną samotnością. Ruszyłem przed siebie. Mimo swojego - zdawałoby się - egoizmu, najwidoczniej zawsze musiałem dotrzymywać słowa, gdyż poczucie, że powinienem jednak spełnić dane słowo nie dawało mi spokoju. Choć początkowo miałem inne plany, a mianowicie przesiedzenie tego wieczoru całkowicie samotnie w szałasie, to jednak teraz zmierzałem do zakatarzonej wadery, która nazywała się Skayres. Z tego, co udało mi się dowiedzieć z rozmowy z Severusem, musiała mieszkać w szóstym szałasie na południe od mojego.
Szedłem tak, zanurzony do kolan w pozornie pomarańczowym od zachodzącego słońca śniegu. Nie miałem do niej daleko, więc już za kilka minut stałem przed jej mieszkaniem. Wprawiła sobie do nich drzwi z numerem trzy i jej własnym imieniem. Moja łapa zawisła w powietrzu, gdy chciałem zapukać o kawałek zbitego gwoździami drewna. Mogła spać, a ja nie chciałem jej budzić. Nawet jeśli wyszłoby to na totalny brak kultury z mojej strony, lecz coś kazało mi tam wparować bez większego ostrzeżenia. Pchnąłem drzwi, a te otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Skay leżała w łóżku, nie dość, że patrząc się w moim kierunku, to jeszcze szczerząc się szeroko.
- Jednak przyszedłeś... - powiedziała przez nos.
- Tak, przyszedłem... zaskoczona? - odparłem nieco sarkastycznie.
- I to jak! W dodatku zachwycona!
Uniosłem jedną brew. Ktokolwiek miałby się cieszyć na mój widok? Tylną łapą zamknąłem wciąż otwarte drzwi.
- Dlaczego znowu?
- Bo mnie odwiedziłeś! - wykrzyknęła, a później zaczęła kaszleć.
- Co w tym takiego niezwykłego? - westchnąłem. Gdy już ujarzmiła swój nagły napad kaszlu, uśmiechnęła się w moją stronę i słabym głosem odpowiedziała:
- Nie spodziewałam się, że jednak się ruszysz i mnie odwiedzisz.
Zamrugałem powieką. Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć, więc po prostu milczałem. Nie warto byłoby zacząć gadać o rzeczach, które nie mają najmniejszego sensu, bo jak to mawiają - mowa srebrem, milczenie złotem, a nie na odwrót. Skay za to najwyraźniej wyznawała inne zasady.
- Może Shaten załatwi ci jakąś przepaskę na oko? Wiesz, nieco straszysz tym wiecznie zamkniętym okiem z nienaturalną powieką i bliznami dookoła. Z tym mógłbyś sprawiać wrażenie niezłego maczo i w dodatku któraś mogłaby cię uznać za przystojniaka.
To zabolało, jednak nie pokazałem tego po sobie. Wiedziałem, że nie mam tam oka. Wewnętrzne przeczucie. Dosłownie i w przenośni. Jednak to, dlaczego najwidoczniej nie mam prawie, że całkowicie czucia na ciele, zostawało dla mnie kompletną zagadką. Z okiem było o tyle dobrze, że mogłem sobie domyślić, co mnie spotkało. Z całą resztą nie było wcale aż tak prosto. Moja własna historia skrywała przede mną jeszcze wiele nieodkrytych tajemnic, których tajniki chciałbym poznać. Przynajmniej kiedyś.
- Któraś? To znaczy która? - postanowiłem zboczyć z tematu, jednocześnie nie ukazując tego, że się przejąłem.
- Noo... Nie wiem - odpowiedziała szybko - Lucy, Noodle, Anays... no dobra, Anays może nie, bo już ma faceta, ale w sumie nigdy nic nie wiadomo. Dalej może być Filos czy nawet Shaten... no albo ja - po tym wytknęła na mnie język. Zamyśliłem się, a następnie zachowując całkowity spokój i powagę zapytałem:
- Czy ty przed chwilą wymieniłaś mi po prostu wszystkie wadery z Czarnego Królestwa?
Wyszczerzyła się szeroko, po czym pokiwała głową. Wywróciłem dramatycznie okiem. Mimowolnie jednak to mnie nieco rozbawiło, jednak na moim pysku nie pojawił się nawet przebłysk radości. Wciąż nie zdradzał żadnych, chociażby najmniejszych uczuć.
- No ej, nie bądź już taki poważny. Uśmiechnij się!
Nie zareagowałem. Ta z rezygnacją opadła na poduszki, wciąż nie spuszczając mnie z oczu.
- Poróbmy coś fajnego, bo chyba nie po to tu przyszedłeś, żeby po prostu stać w przejściu i się gapić.
Podszedłem nieco bliżej, stojąc już tuż nad nią. Usiadłem, dzięki czemu mój pysk znajdował się na równi z jej, ułożonym na stercie poduszek wypełnionych pierzem okolicznych ptaków.
- To znaczy co?
- To znaczy co?
- Hm... no nie wiem.
- Ja tym bardziej - odparłem znudzonym głosem. Samica się zamyśliła i niespodziewanie zamachnęła łapą. Uniknąłem tego ciosu w ostatniej chwili, odchylając się nieco do tyłu. Ona chyba tego nie zauważyła.
- Pooglądajmy obrazki w książkach.
- Oglądać? Obrazki? W książkach? - zapytałem nie do końca wiedząc, czy mówi poważnie.
- No tak! - powiedziała zachrypniętym, ale i za razem wyjątkowo optymistycznym głosem - Wiesz, książki, takie kartki spięte razem... a obrazki to... - urwała, bo przyłożyłem swoją łapę do jej ust.
- Wiem co to takiego, tylko nie bardzo rozumiem, co masz przez to na myśli. Masz jakieś książki?
- Jasne!
- Ale... ilustrowane? - dopytywałem.
- Zgadza się, a co? To źle?
Opuściłem uszy i odwróciłem wzrok. Wiedziałem, czym jest książka i upewniłem się, że potrafię czytać, orientując się w tym, cóż takiego właścicielka domu miała napisane na drzwiach. Istniała szansa, że w rzeczywistości byłem molem książkowym, bo na słuch, że jakąś posiada, a tym bardziej, że mogła mieć ich więcej, moje serce zabiło mocnej.
- Szczerze powiedziawszy... wolę książki bez obrazków.
- Dlaczego? - zaintrygowała się Skay.
- Mogę sobie to wszystko wyobrazić własnymi oczami, stworzyć swoją wizję o tym, co wymyślił autor... Zwykle praca ilustratora pozbawia mnie tej magii czytania, a wręcz odechciewa mi się tego robić. Widzę wtedy tylko to, co on zobaczył, a obrazków zwyczajnie nie da się ignorować. Zawsze gdzieś się je zobaczy i nawet ujrzenie je kątem oka może zepsuć tę wizję... - podniosłem uszy, uświadomiwszy sobie, że chyba po raz pierwszy w tym "świecie" w tak rozwinięty sposób wyraziłem własne zdanie. To zdawało się być... nienaturalne. Przynajmniej dla mnie.
- Ale te obrazki są naprawdę piękne... musisz je zobaczyć!
Westchnąłem, wywracając okiem. Ona chyba mi nie odpuści, jeśli się nie zgodzę.
- Niech ci będzie.
Odpowiedziała mi uśmiechem i sięgnęła stary tom ze złotym napisem "Baśnie" ułożony tuż pod łóżkiem, następnie ją otworzyła i zaczęła wertować. Nachyliłem się tak, aby wszystko dobrze widzieć i po prostu beznamiętnie czekałem na to, którą opowieść mi zaoferuje. Ja sam pamiętałem niewiele... w tym tę o Czerwonym Kapturku. Nie wiem właściwie skąd, ani czy nawet wśród tych wilków takowa istniała. W każdym razie najwidoczniej opowiadała również o pewnym przedstawicielu ich gatunku, więc mogło to być możliwe.
- Ta jest fajna - powiedziała, wskazując na kartkę. Odczytałem tytuł: "Mała Amelia na Dębowej Łódeczce". Mimo to, że była mi kompletnie obca, nieodparta chęć zapytania o tę baśń, która wciąż chodziła mi po głowie, w końcu wygrała.
- Czerwony Kapturek... Mówi ci to coś?
- Że co? - odwróciła głowę w moją stronę. Przymrużyłem oko.
- Taka opowieść o wilku, który atakuje dziewczynkę...
- Ach, ta! Chyba pomyliłeś coś, bo przecież to dziewczynka atakuje wilka.
To naprawdę było szalone. Dziewczynka, która atakuje wilka? Przecież to nawet nie ma najmniejszego sensu.
- Jest opisana w tej książce?
- Jasne! - po tych słowach odwróciła swoją głowę w przeciwną do mojej i głośno kichnęła. Następnie siorbnęła nosem i ponownie obróciła się do książki i zaczęła szukać odpowiedniej strony. W milczeniu odczekałem tą minutę, może dwie, aż w końcu moim oczom (choć to chyba w moim przypadku nietrafne sformułowanie) ukazała się pierwsza, wyjątkowo barwna ilustracja. Ja jednak postanowiłem się skupić na tekście zamieszczonym poniżej.
"Była sobie raz mała słodka wilczyca, którą każdy pokochał, kto ją
tylko zobaczył, a najbardziej kochała ją babcia, która nie wiedziała
wprost, co jeszcze jej dać. Pewnego razu podarowała jej naszyjnik z czerwonym kamieniem, a ponieważ bardzo ładnie wyglądał na jej piersi, nie chciała
nosić niczego innego. Odtąd nazywano ją więc Czerwonym Kamyczkiem.
Pewnego dnia matka rzekła do waderki: "Chodź, Czerwony Kamyczku,
masz tu kawałek mięsa i butelkę naparu z ziół. Zanieś to babci, bo słaba jest i
niedomaga. Babcia bardzo się ucieszy. Ruszaj w drogę nim nastanie upał, a
idź ładnie i nie zbaczaj z drogi, bo inaczej sobie kark utrącisz i
babcia niczego nie dostanie. A gdy wejdziesz do izby, nie zapomnij
powiedzieć "Dzień Dobry" i nie rozglądaj się po wszystkich kątach."
"Wszystko będzie dobrze," powiedział Czerwony Kamyczek z łapką na sercu. Babcia mieszkała w lesie, jakieś pół godzinki od wioski. Gdy dziewczynka szła przez las, spotkała człowieka, a ponieważ nie wiedziała, że to taka zła istota, wcale się go nie bała. "Dobrego Dnia, Czerwony Kamyczku," powiedziała kobieta. "Piękne dzięki" odrzekł Czerwony Kamyczek. – "A gdzież to tak wcześnie, Czerwony Kamyczku?" – "Do babci." – "A co niesiesz w torebeczce?" – "Mięso i napar z ziół. Wczoraj je upolowałyśmy i na pewno chorej babci dobrze zrobi, a napar ją wzmocni." – "Czerwony Kamyczku, a gdzie mieszka twoja babcia?" – "Mieszka w lesie, pod trzema wielkimi dębami, w domku otoczonym leszczynowym żywopłotem, jakiś kwadrans stąd, na pewno wiesz gdzie" powiedział Czerwony Kamyczek, a człowiek pomyślał sobie: "To młode delikatne stworzenie, ten tłuściutki kąsek będzie jeszcze lepiej smakował niż starucha. Musisz je sprytnie podejść, żeby obie zastrzelić." Kobieta szła przez chwilę z Czerwonym Kapturkiem, po czym powiedziała: "Popatrz, jakie piękne kwiaty rosną wokół nas... Czemu się nie rozejrzysz... Widzę, że nie słyszysz, jak ptaszki słodko śpiewają. Idziesz tak, jakbyś szła do szkoły, a przecież w lesie jest tak wesoło."
Czerwony Kamyczek otworzył oczy i zobaczył, jak promienie słońca tańczą poprzez liście drzew i że wszystko pełne jest pięknych kwiatów. Pomyślał wtedy: "Babci będzie miło, jak jej przyniosę świeży bukiet. Jest jeszcze tak wcześnie, że na pewno przyjdę na czas," i wtedy zboczył z drogi, ruszył w las i szukał kwiatków. A gdy zerwał jednego, pomyślał zaraz sobie, że troszkę dalej rośnie jeszcze piękniejszy i biegł w jego kierunku zapuszczając się coraz to głębiej w las. A człowiek szedł prosto do domu babci. Zapukał do drzwi. "Kto tam?" – "Czerwony Kamyczek z mięsem i ziołami. Otwórz." - "Naciśnij tylko na klamkę" zawołała babcia, "Jestem tak słaba, że nie mogę wstać." Człowiek nacisnął na klamkę, a drzwi stanęły otworem. Nie mówiąc słowa podszedł prosto do łóżka babci i zastrzelił ją. Potem włożył jej ubrania, włożył czepek, położył się do jej łóżka i zasunął zasłony.
A Czerwony Kamyczek biegał za kwiatkami. Gdy zaś już miał ich tyle, że więcej nie mógłby unieść, przypomniała mu się babcia. Ruszył więc w drogę do niej. Zdziwił się, że drzwi były otwarte, a gdy wszedł do izby, zrobiło mu się jakoś dziwnie i pomyślał: "O mój Boże, jakoś mi tu dziś strasznie, a zawsze tak chętnie chodzę do babci." – po czym zawołał: "Dzień Dobry," lecz nie usłyszał odpowiedzi. Podszedł więc do łóżka i odsunął zasłony. Leżała tam babcia z czepkiem głęboko nasuniętym na pysk i wyglądała jakoś dziwnie. "Och, babciu, dlaczego masz takie wielkie oczy?" – "Abym cię lepiej mogła widzieć." – "Och, babciu, dlaczego masz takie wielkie ręce?" – "Abym cię lepiej mogła trzymać" – "Ale dlaczego masz tak strasznie wielki ogon?" – "Abym cię szybciej mogła zastrzelić!" – Ledwo to powiedział, wyskoczył z łóżka, wyciągnął ogon, który okazał się być strzelbą i zastrzelił biednego Czerwonego Kamyczka.
Gdy kobieta zaspokoiła już swoje łaknienie, z powrotem położyła się do łóżka, zasnęła i zaczęła strasznie głośno chrapać. Koło domu przechodził właśnie strażnik i pomyślał sobie: "Ależ ta stara wadera chrapie. Muszę zobaczyć, czy coś jej nie dolega." Wszedł więc do izby, a kiedy stanął przed łóżkiem, zobaczył w nim człowieka. "Tu cię mam, stara grzeszniczko," powiedział, "Długo cię szukałem" i już chciał chwycić za swoją flintą, gdy przyszło mu do głowy, że przecież człowiek mógł pożreć babcię i może dałoby się ją jeszcze uratować. Dlatego nie strzelił, lecz wziął nożyce i zaczął rozcinać śpiącemu człowiekowi brzuch. Kiedy zrobił już parę cięć, zobaczył jak wyziera z niego naszyjnik z czerwonym kamykiem. Jeszcze parę cięć i wyskoczyła waderka wołając: "Ach, jak się bałam. Tak ciemno było w brzuchu człowieka!" a potem wyszła babcia, żywa, choć nie mogła jeszcze złapać oddechu. Czerwony Kamyczek szybko przyniósł kamienie i wypełnili nimi brzuch człowieka. Kiedy się obudził, chciał wyskoczyć z domu, lecz kamienie były tak ciężkie, że zaraz martwy padł na ziemię.
"Wszystko będzie dobrze," powiedział Czerwony Kamyczek z łapką na sercu. Babcia mieszkała w lesie, jakieś pół godzinki od wioski. Gdy dziewczynka szła przez las, spotkała człowieka, a ponieważ nie wiedziała, że to taka zła istota, wcale się go nie bała. "Dobrego Dnia, Czerwony Kamyczku," powiedziała kobieta. "Piękne dzięki" odrzekł Czerwony Kamyczek. – "A gdzież to tak wcześnie, Czerwony Kamyczku?" – "Do babci." – "A co niesiesz w torebeczce?" – "Mięso i napar z ziół. Wczoraj je upolowałyśmy i na pewno chorej babci dobrze zrobi, a napar ją wzmocni." – "Czerwony Kamyczku, a gdzie mieszka twoja babcia?" – "Mieszka w lesie, pod trzema wielkimi dębami, w domku otoczonym leszczynowym żywopłotem, jakiś kwadrans stąd, na pewno wiesz gdzie" powiedział Czerwony Kamyczek, a człowiek pomyślał sobie: "To młode delikatne stworzenie, ten tłuściutki kąsek będzie jeszcze lepiej smakował niż starucha. Musisz je sprytnie podejść, żeby obie zastrzelić." Kobieta szła przez chwilę z Czerwonym Kapturkiem, po czym powiedziała: "Popatrz, jakie piękne kwiaty rosną wokół nas... Czemu się nie rozejrzysz... Widzę, że nie słyszysz, jak ptaszki słodko śpiewają. Idziesz tak, jakbyś szła do szkoły, a przecież w lesie jest tak wesoło."
Czerwony Kamyczek otworzył oczy i zobaczył, jak promienie słońca tańczą poprzez liście drzew i że wszystko pełne jest pięknych kwiatów. Pomyślał wtedy: "Babci będzie miło, jak jej przyniosę świeży bukiet. Jest jeszcze tak wcześnie, że na pewno przyjdę na czas," i wtedy zboczył z drogi, ruszył w las i szukał kwiatków. A gdy zerwał jednego, pomyślał zaraz sobie, że troszkę dalej rośnie jeszcze piękniejszy i biegł w jego kierunku zapuszczając się coraz to głębiej w las. A człowiek szedł prosto do domu babci. Zapukał do drzwi. "Kto tam?" – "Czerwony Kamyczek z mięsem i ziołami. Otwórz." - "Naciśnij tylko na klamkę" zawołała babcia, "Jestem tak słaba, że nie mogę wstać." Człowiek nacisnął na klamkę, a drzwi stanęły otworem. Nie mówiąc słowa podszedł prosto do łóżka babci i zastrzelił ją. Potem włożył jej ubrania, włożył czepek, położył się do jej łóżka i zasunął zasłony.
A Czerwony Kamyczek biegał za kwiatkami. Gdy zaś już miał ich tyle, że więcej nie mógłby unieść, przypomniała mu się babcia. Ruszył więc w drogę do niej. Zdziwił się, że drzwi były otwarte, a gdy wszedł do izby, zrobiło mu się jakoś dziwnie i pomyślał: "O mój Boże, jakoś mi tu dziś strasznie, a zawsze tak chętnie chodzę do babci." – po czym zawołał: "Dzień Dobry," lecz nie usłyszał odpowiedzi. Podszedł więc do łóżka i odsunął zasłony. Leżała tam babcia z czepkiem głęboko nasuniętym na pysk i wyglądała jakoś dziwnie. "Och, babciu, dlaczego masz takie wielkie oczy?" – "Abym cię lepiej mogła widzieć." – "Och, babciu, dlaczego masz takie wielkie ręce?" – "Abym cię lepiej mogła trzymać" – "Ale dlaczego masz tak strasznie wielki ogon?" – "Abym cię szybciej mogła zastrzelić!" – Ledwo to powiedział, wyskoczył z łóżka, wyciągnął ogon, który okazał się być strzelbą i zastrzelił biednego Czerwonego Kamyczka.
Gdy kobieta zaspokoiła już swoje łaknienie, z powrotem położyła się do łóżka, zasnęła i zaczęła strasznie głośno chrapać. Koło domu przechodził właśnie strażnik i pomyślał sobie: "Ależ ta stara wadera chrapie. Muszę zobaczyć, czy coś jej nie dolega." Wszedł więc do izby, a kiedy stanął przed łóżkiem, zobaczył w nim człowieka. "Tu cię mam, stara grzeszniczko," powiedział, "Długo cię szukałem" i już chciał chwycić za swoją flintą, gdy przyszło mu do głowy, że przecież człowiek mógł pożreć babcię i może dałoby się ją jeszcze uratować. Dlatego nie strzelił, lecz wziął nożyce i zaczął rozcinać śpiącemu człowiekowi brzuch. Kiedy zrobił już parę cięć, zobaczył jak wyziera z niego naszyjnik z czerwonym kamykiem. Jeszcze parę cięć i wyskoczyła waderka wołając: "Ach, jak się bałam. Tak ciemno było w brzuchu człowieka!" a potem wyszła babcia, żywa, choć nie mogła jeszcze złapać oddechu. Czerwony Kamyczek szybko przyniósł kamienie i wypełnili nimi brzuch człowieka. Kiedy się obudził, chciał wyskoczyć z domu, lecz kamienie były tak ciężkie, że zaraz martwy padł na ziemię.
I wszyscy byli zadowoleni. Strażnik ściągnął z człowieka skórę i
poszedł z nią do domu, babcia zjadła przyniesione mięso i wypiła napar, który
Czerwony Kamyczek przyniósł, i wyzdrowiała, a Czerwony Kamyczek pomyślał
sobie: "Do końca życia nie zboczysz sama z drogi i nie pobiegniesz w
las, gdy ci mama zabroni.
Powiadają też, że kiedyś, gdy Czerwony Kamyczek znowu niósł
babci mięso, zagadnął go inny człowiek i próbował go sprowadzić z drogi.
Czerwony Kamyczek miał się jednak na baczności, poszedł prosto do babci i
powiedział jej, że spotkał człowieka, co to mu dobrego dnia życzył, ale mu
źle z oczu patrzyło: "Gdyby to nie było na środku drogi, to by mnie zastrzelił." – "Chodź,", powiedziała babcia, "Zamkniemy drzwi, żeby nie mógł
wejść." Wkrótce potem zapukał człowiek i zawołał: "Otwórz, babciu, to ja,
Czerwony Kamyczek, przynoszę ci ciasto." Lecz one były cicho i nie
otwierały drzwi. Wtedy człowiek obszedł cichaczem parę razy dom, by w końcu
wskoczyć na dach. Chciał tam czekać do wieczora, gdy Czerwony Kamyczek
będzie wracał do domu, skradać się za nim i ciemności go zastrzelić. Ale
babcia odgadła jego plany. Przed domem stało wielkie kamienne koryto.
Babcia powiedziała do szczeniaka: "Weź wiadro, Czerwony Kamyczku. Wczoraj
gotowałam kiełbasę w tej wodzie, Zanieś ją do koryta." Czerwony Kamyczek
nosił wodę tak długo, aż koryto było pełne. Wtedy zapach kiełbasy
zaczął unosić się do góry łakomemu człowiekowi przed nosem. Zaczął węszyć i łypać
oczami w dół, wreszcie tak wyciągnął szyję, że dach zaczął usuwać mu
się spod nóg, spadł z dachu, dokładnie do wielkiego koryta z wodą i
utopił się. Czerwony Kamyczek zaś wesoło poszedł do domu, nikt więcej
nie czynił mu nic złego."
Siedziałem tak osłupiały, patrząc na ostatnią kartkę z tekstem, na której znajdował się obrazek z kłusownikiem, którego nogi ugrzęzły w mule i nie mógł wypłynąć na powierzchnię. To była bajka na dobranoc, które wilki opowiadały sobie z pokolenie na pokolenie... mnie jednak przyprawiała o ból głowy. Oskórować człowieka i całkowicie w dobrym humorze zabrać jego skórę do domu? Ja znałem kompletnie inną wersję, ale wolałem o tym nie informować Skay. Uznałaby mnie za kompletnego wariata. Skoro taką mają tradycję - w porządku. Nie mam nic do tego. Ale jednak... gdzieś tam w środku poczułem dziwny niepokój.
- I jak? - zapytała z uśmiechem wadera.
- Obrazki były całkiem... ładne - oznajmiłem, pomijając temat samej treści tekstu.
- To co teraz czytamy?
- Może być o tej... Amelce, czy jak jej tam było - odpowiedziałem, wciąż czując, jak huczy mi w głowie. Wszystko zdawało się być tak szalone i niezrozumiałe, jak w mojej ulubionej powieści z dzieciństwa - "Alicji w Krainie Czarów", która pomimo, że nie do końca była dla mnie jasna, to i tak intrygowała i ciekawiła.
<Skay? W końcu odpisałam c: >
środa, 9 grudnia 2015
Od Anonima "Mikołajki!" cz.2 (cd. Shaten)
Znudzony całą tą sytuacją stanąłem na samym tyle, oczekując na to, cóż takiego niezwykle ważnego mieliby nam przekazać. Większość obecnych zdradzała swój entuzjazm i chociażby najmniejsze pojęcie o tym, co mamy mieć ogłoszone, szerokimi uśmiechami malującymi się na pyskach. Usiadłem w śniegu, a Shaten kilka sekund później zrobiła to samo. Czyżby sądziła, że swoją bliskością sprawi, że wykażę nią jakieś większe zainteresowanie? Jeśli jednak w końcu pomyśli, że tak się stało, będzie w błędzie. Być może sądzi nawet, że jesteś do siebie podobni... Brutalna prawda jest taka, że niektóre rzeczy po prostu robi się z grzeczności.
Nie upłynęła minuta, kiedy to wcześniej już poznana przeze mnie, dość irytująca Skay podeszła do naszej dwójki.
- Oho, jak nie jeden, tak druga smutna. No, uśmiechnijcie się! Co wam szkodzi?
Shaten popatrzyła na nią jak na głupią, a ja po prostu wbijałem w nią puste spojrzenie. Jednak chyba tego nie zauważyła, bo szybko odwróciła się na pięcie i przechodząc między grupką wilków, wykrzyknęła radośnie:
- Dobra, wilki! Zrobimy Severusowi niespodziankę! Wszyscy, którzy tu są zaangażują się w dekoracje i piosenki i co najważniejsze... w prezenty!
Zaraz... Ale o co chodzi? Wszyscy obecni prócz wadery sąsiadującej mojemu prawemu ramieniu i jak można się domyślić - prócz mnie samego, unieśli głowy i zaczęli głośno wyć. Dźwięk odbił się echem od milczących drzew wciąż przykrytych grubą warstwą śniegu tak, że zapewne było to słychać na naprawdę dużym obszarze, jak nie sięgającym aż poza tereny Czarnego Królestwa.
Nie upłynęła minuta, kiedy to wcześniej już poznana przeze mnie, dość irytująca Skay podeszła do naszej dwójki.
- Oho, jak nie jeden, tak druga smutna. No, uśmiechnijcie się! Co wam szkodzi?
Shaten popatrzyła na nią jak na głupią, a ja po prostu wbijałem w nią puste spojrzenie. Jednak chyba tego nie zauważyła, bo szybko odwróciła się na pięcie i przechodząc między grupką wilków, wykrzyknęła radośnie:
- Dobra, wilki! Zrobimy Severusowi niespodziankę! Wszyscy, którzy tu są zaangażują się w dekoracje i piosenki i co najważniejsze... w prezenty!
Zaraz... Ale o co chodzi? Wszyscy obecni prócz wadery sąsiadującej mojemu prawemu ramieniu i jak można się domyślić - prócz mnie samego, unieśli głowy i zaczęli głośno wyć. Dźwięk odbił się echem od milczących drzew wciąż przykrytych grubą warstwą śniegu tak, że zapewne było to słychać na naprawdę dużym obszarze, jak nie sięgającym aż poza tereny Czarnego Królestwa.
- Dobra... to nasi smutacy zajmą się dekoracjami.
Smutacy... Doprawdy, nie potrafiła znaleźć lepszego słowa? Dekoracje do czego? Czy naprawdę wszyscy, a to wszyscy wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi, prócz mnie? Dlaczego ja zawsze dowiaduję się wszystkiego jako ostatni? No tak, w końcu uznali, że jestem doskonale poinformowany, gdyż nie zdawali sobie nawet z tego sprawy, że mam niewielkie pojęcie o świecie, ponieważ utraciłem pamięć z bliżej nieokreślonej przyczyny. Wadera skierowała się za największe z drzew. Jak się okazało, popychając głową średniej wielkości, na wpół przemoknięty karton, częściowo umorusany śniegiem, rzuciła krótką uwagę, że wewnątrz powinny się znajdować owe "dekoracje". Shaten nie wyrażając ani odrobiny dobrych chęci podniosła się i poczłapała do kartonu. Jedną łapą rozchyliła wieko i zajrzała do środka.
Nie należałem raczej do ciekawskich osób, które wtykają nos w nieswoje sprawy, lecz wciąż nie potrafiłem pojąć, co takiego miało się wydarzyć, że trzeba aż tyle zrobić. Wilki zaczęły się rozchodzić, najprawdopodobniej dlatego, aby jak najprędzej wykonać przydzieloną im pracę. Jaką dokładnie, to już się nie wsłuchiwałem, doskonale wiedząc, że mnie się to nie tyczy.
- Czemu akurat my mamy dekoracje...? - mruknęła niby to do siebie wadera, którą dotychczas znałem głównie z widzenia. Zajrzałem do kartonu. Leżały w nim wszelkiego rodzaju łańcuchy, lodowe gwiazdki, czy pozrywane gałęzie drzew iglastych, w jakiś sposób przyozdobione tak, żeby albo połyskiwały, albo miały jakiś nietypowy kolor.
Smutacy... Doprawdy, nie potrafiła znaleźć lepszego słowa? Dekoracje do czego? Czy naprawdę wszyscy, a to wszyscy wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi, prócz mnie? Dlaczego ja zawsze dowiaduję się wszystkiego jako ostatni? No tak, w końcu uznali, że jestem doskonale poinformowany, gdyż nie zdawali sobie nawet z tego sprawy, że mam niewielkie pojęcie o świecie, ponieważ utraciłem pamięć z bliżej nieokreślonej przyczyny. Wadera skierowała się za największe z drzew. Jak się okazało, popychając głową średniej wielkości, na wpół przemoknięty karton, częściowo umorusany śniegiem, rzuciła krótką uwagę, że wewnątrz powinny się znajdować owe "dekoracje". Shaten nie wyrażając ani odrobiny dobrych chęci podniosła się i poczłapała do kartonu. Jedną łapą rozchyliła wieko i zajrzała do środka.
Nie należałem raczej do ciekawskich osób, które wtykają nos w nieswoje sprawy, lecz wciąż nie potrafiłem pojąć, co takiego miało się wydarzyć, że trzeba aż tyle zrobić. Wilki zaczęły się rozchodzić, najprawdopodobniej dlatego, aby jak najprędzej wykonać przydzieloną im pracę. Jaką dokładnie, to już się nie wsłuchiwałem, doskonale wiedząc, że mnie się to nie tyczy.
- Czemu akurat my mamy dekoracje...? - mruknęła niby to do siebie wadera, którą dotychczas znałem głównie z widzenia. Zajrzałem do kartonu. Leżały w nim wszelkiego rodzaju łańcuchy, lodowe gwiazdki, czy pozrywane gałęzie drzew iglastych, w jakiś sposób przyozdobione tak, żeby albo połyskiwały, albo miały jakiś nietypowy kolor.
- Bo ktoś musiał... - odrzekłem, jakby to była rzecz absolutnie oczywista. W rzeczywistości powód, dla którego musimy akurat zrobić to, a nie cokolwiek innego, nie był do końca jasny. Może była to spontaniczna decyzja Skay, co było do niej całkiem prawdopodobne.
- Ta... no musiał... dobra... - mruczała do siebie. Ja w tym czasie przystanąłem z boku i po prostu bacznie obserwowałem, jak wyciąga poszczególne elementy przyszłego wystroju lasu i niezdarnie nimi wymachuje, chyba nie bardzo wiedząc, cóż począć.
- Pomożesz mi czy będziesz się patrzeć? - zapytała, posyłając mi wściekłe spojrzenie.
- Pomożesz mi czy będziesz się patrzeć? - zapytała, posyłając mi wściekłe spojrzenie.
-
Chętnie popatrzę... - odparłem i leniwie usiadłem na ziemi. Byłem naprawdę ciekaw, cóż takiego wymyśli, dlatego też nie zamierzałem się udzielać. Shaten, coraz bardziej tracąc na humorze, wdrapała się na drzewo i po prostu rzuciła jednym z łańcuchów tak, że niechlujnie zwisał po jednej i drugiej stronie szałasu. Zmarszczyłem nos. Jeśli tak zamierzała "przyozdobić" wszystko, to już naprawdę kończą mi się pomysły odnośnie tego, jaki będzie efekt końcowy. Rzuciła kolejny łańcuch, kolejny i kolejny, a gwiazdeczki krzywo natknęła na gałęzie. Nie miałem zielonego pojęcia, czy widzi to, że z jedne strony drzewa jest całe mnóstwo lodowych ozdób, a z drugiej niemalże wcale.
- Może pomożesz? - bąknęła w którymś momencie.
- Nie, świetnie sobie radzisz - odparłem, z niechęcią obserwując jej dziwaczne poczynania.
- Łapy są do kitu, jeśli chodzi o takie rzeczy... - mruknęła, jakby myśląc, że tego nie usłyszę. Zauważyłem, że ma zabawne przyzwyczajenie mówienia do samej siebie, nawet w obecności innych.
-
O wiele lepiej... - mówiła dalej. Wywróciłem oczami, a wtedy na chwilę jej ręce zawisły w powietrzu, by powiedzieć tym razem głośno i wyraźnie:
- A tak się spytam... czemu nie mówisz swojego prawdziwego imienia?
- Jak ty to mówiłaś: nie chcę o tym rozmawiać - warknąłem niemalże od razu, po zakończeniu jej wypowiedzi, patrząc, jak ponownie wraca do pracy. Nie znosiłem takich pytań, bo doskonale wiedziałem, że to droga do nikąd.
- Ta... ja to mówię, bo mam swoje sprawy... a ty to mówisz, bo coś ukrywasz...
Zapadła cisza. Teraz wzięła w dłonie gałązki, choć pierwszą z nich upuściła, kłując się w palec. Wzięła go do ust i ssąc obolałe miejsce, na siłę wciskała między konar a odstającą gałąź ozdobę. Wtedy puściły mi nerwy.
- Robisz to źle.
Odwróciła się do mnie i położyła ręce na biodrach.
- Taaak? No co ty nie powiesz! Siedzisz sobie tylko na tym dupsku i sam pewnie nie zrobiłbyś tego lepiej.
Może miała rację... Ale poczucie, że rozplanowałbym to lepiej nie dawała mi spokoju.
- No zobaczymy... - mówiąc to wstałem i jednym, zdecydowanym ruchem łapy ściągnąłem jeden z łańcuchów, stanąłem na tylnych łapach i starannie zacząłem haczyć jego fragmenty o kolejne gałęzie, z których był zbudowany szałas. Następnie wziąłem dwie czerwone gałązki, wetknąłem je w jednym miejscu, poprawiłem nieco ich ułożenie i na sam środek włożyłem lodową gwiazdę, wcześniej zabraną z pobliskiego drzewa. Odwróciłem się w stronę towarzyszki. Choć stała ze skrzyżowanymi rękoma z obrażoną miną, to po jej sposobie patrzenia z łatwością poznałem, że jest nieco zazdrosna, jaki i zażenowana czy zakłopotana. Najwidoczniej wyszło mi to trochę lepiej, niż jej.
- Nie powinnaś tym rzucać byle jak. Trzeba to ułożyć jak należy i dopasować do tego odpowiednie wykończenie - na nowo stanąłem na czterech łapach - Co jak co, ale sądziłem, że skoro jesteś dziewczyną, pójdzie ci to znacznie łatwiej.
Wywróciła oczami, mrucząc coś pod nosem i ściągnęła łańcuch z innego szałasu. Tym razem zrobiła zamaszysty ruch ręką i położyła ozdobę w taki sposób, że zrobiła krąg na mieszkaniu. Pokręciłem niezadowolony głową.
- Chyba wciąż nie rozumiesz. Przyłóż się.
- Nie potrafię. Totalnie tego nie łapię.
Podszedłem do niej. Mimowolnie poczułem się dziwnie niski przy jej wyprostowanej sylwetce. Zdecydowanie było to ukłucie zazdrości. Wiedziałem, że gdy jeszcze znajdowałem się w tym - powiedzmy sobie wprost - nawiedzonym lesie, byłem człowiekiem. Wiedziałem, że dużo łatwiej byłoby mi się dostosować do właśnie takiej postaci, aczkolwiek nie miałem pojęcia, czy w tej skórze było to w ogóle możliwe. Ponownie stanąłem na tylnych łapach i wskazałem na łańcuch.
- Weź to i popatrz uważnie na szałas.
Niechętnie zrobiła co kazałem, po czym posłała mi pytające spojrzenie. Pewnie zastanawiała się, do czego ma to prowadzić.
- Posłuchaj mnie uważnie. Żeby to dopasować, wystarczy to poczuć. Pomyśl, czego tu brakuje i jak byś ten brak uzupełniła. Jakiego koloru tu nie ma?
- Nie wiem.
Westchnąłem.
- Tak naprawdę do bieli możesz dużo dopasować, bo niemalże każdy kolor z nią kontrastuje, lecz z zielenią igieł może już być nieco ciężej. Mamy niebieskie gałązki, czerwone i złote. Które twoim zdaniem pasują tutaj bez żadnych innych akcesoriów?
- Czerwone - odparła bez zastanowienia.
- Dokładnie. A gdybyś dodała beżowy łańcuch, który trzymasz w dłoniach?
- Nie pasowałby tutaj.
- Dokładnie. Więc co zrobisz?
Nie odpowiedziała, tylko bez słowa odłożyła łańcuch i wyciągnęła z kartonu kilka czerwonych gałązek i zaczęła wtykać między gałęzie szałasu. Tym razem wyglądało to o niebo lepiej. Za drugi wzięła się już bez pytania. Powywieszała na nim beżowy łańcuch i dodała trzy lodowe gwiazdki. Po skończonej robocie odwróciła się w moją stronę. Kiwnąłem głową na znak, że jest dobrze.
<Shaten? W Anonimie obudził się instynkt projektanta. ;p A tak wgl to... Jest moc! Odpisałam po jednym dniu! Co prawda opublikowałam dopiero kolejnego, ponieważ rodzice się nieco zdenerwowali, bo po godzinnej pracy, gdy już miałam kliknąć ładny, pomarańczowy przycisk, tata wyłączył internet i upierał się, że nie wolno mi go włączyć. Właściwie trudno się dziwić, skoro była już 23... Ale z drugiej strony komu zrobi różnicę minuta w tę, czy wew tę? Cóż, moim rodzicom najwidoczniej tak. xd>
Zapadła cisza. Teraz wzięła w dłonie gałązki, choć pierwszą z nich upuściła, kłując się w palec. Wzięła go do ust i ssąc obolałe miejsce, na siłę wciskała między konar a odstającą gałąź ozdobę. Wtedy puściły mi nerwy.
- Robisz to źle.
Odwróciła się do mnie i położyła ręce na biodrach.
- Taaak? No co ty nie powiesz! Siedzisz sobie tylko na tym dupsku i sam pewnie nie zrobiłbyś tego lepiej.
Może miała rację... Ale poczucie, że rozplanowałbym to lepiej nie dawała mi spokoju.
- No zobaczymy... - mówiąc to wstałem i jednym, zdecydowanym ruchem łapy ściągnąłem jeden z łańcuchów, stanąłem na tylnych łapach i starannie zacząłem haczyć jego fragmenty o kolejne gałęzie, z których był zbudowany szałas. Następnie wziąłem dwie czerwone gałązki, wetknąłem je w jednym miejscu, poprawiłem nieco ich ułożenie i na sam środek włożyłem lodową gwiazdę, wcześniej zabraną z pobliskiego drzewa. Odwróciłem się w stronę towarzyszki. Choć stała ze skrzyżowanymi rękoma z obrażoną miną, to po jej sposobie patrzenia z łatwością poznałem, że jest nieco zazdrosna, jaki i zażenowana czy zakłopotana. Najwidoczniej wyszło mi to trochę lepiej, niż jej.
- Nie powinnaś tym rzucać byle jak. Trzeba to ułożyć jak należy i dopasować do tego odpowiednie wykończenie - na nowo stanąłem na czterech łapach - Co jak co, ale sądziłem, że skoro jesteś dziewczyną, pójdzie ci to znacznie łatwiej.
Wywróciła oczami, mrucząc coś pod nosem i ściągnęła łańcuch z innego szałasu. Tym razem zrobiła zamaszysty ruch ręką i położyła ozdobę w taki sposób, że zrobiła krąg na mieszkaniu. Pokręciłem niezadowolony głową.
- Chyba wciąż nie rozumiesz. Przyłóż się.
- Nie potrafię. Totalnie tego nie łapię.
Podszedłem do niej. Mimowolnie poczułem się dziwnie niski przy jej wyprostowanej sylwetce. Zdecydowanie było to ukłucie zazdrości. Wiedziałem, że gdy jeszcze znajdowałem się w tym - powiedzmy sobie wprost - nawiedzonym lesie, byłem człowiekiem. Wiedziałem, że dużo łatwiej byłoby mi się dostosować do właśnie takiej postaci, aczkolwiek nie miałem pojęcia, czy w tej skórze było to w ogóle możliwe. Ponownie stanąłem na tylnych łapach i wskazałem na łańcuch.
- Weź to i popatrz uważnie na szałas.
Niechętnie zrobiła co kazałem, po czym posłała mi pytające spojrzenie. Pewnie zastanawiała się, do czego ma to prowadzić.
- Posłuchaj mnie uważnie. Żeby to dopasować, wystarczy to poczuć. Pomyśl, czego tu brakuje i jak byś ten brak uzupełniła. Jakiego koloru tu nie ma?
- Nie wiem.
Westchnąłem.
- Tak naprawdę do bieli możesz dużo dopasować, bo niemalże każdy kolor z nią kontrastuje, lecz z zielenią igieł może już być nieco ciężej. Mamy niebieskie gałązki, czerwone i złote. Które twoim zdaniem pasują tutaj bez żadnych innych akcesoriów?
- Czerwone - odparła bez zastanowienia.
- Dokładnie. A gdybyś dodała beżowy łańcuch, który trzymasz w dłoniach?
- Nie pasowałby tutaj.
- Dokładnie. Więc co zrobisz?
Nie odpowiedziała, tylko bez słowa odłożyła łańcuch i wyciągnęła z kartonu kilka czerwonych gałązek i zaczęła wtykać między gałęzie szałasu. Tym razem wyglądało to o niebo lepiej. Za drugi wzięła się już bez pytania. Powywieszała na nim beżowy łańcuch i dodała trzy lodowe gwiazdki. Po skończonej robocie odwróciła się w moją stronę. Kiwnąłem głową na znak, że jest dobrze.
<Shaten? W Anonimie obudził się instynkt projektanta. ;p A tak wgl to... Jest moc! Odpisałam po jednym dniu! Co prawda opublikowałam dopiero kolejnego, ponieważ rodzice się nieco zdenerwowali, bo po godzinnej pracy, gdy już miałam kliknąć ładny, pomarańczowy przycisk, tata wyłączył internet i upierał się, że nie wolno mi go włączyć. Właściwie trudno się dziwić, skoro była już 23... Ale z drugiej strony komu zrobi różnicę minuta w tę, czy wew tę? Cóż, moim rodzicom najwidoczniej tak. xd>
poniedziałek, 7 grudnia 2015
Od Anonima "Kim ja jestem?" cz. 3 (cd. Skayres)
Patrzyłem na delikatnie falującą powierzchnię wody. Kim ja jestem? Co tak właściwie robiłem w życiu? Nie mogę dążyć do niczego. Musiał być jakiś powód tego, że znalazłem się w tamtym lesie, a nie żadnym innym. Niespodziewanie rozległ się szum przedzierania się przez gęste listowie. Szybko podniosłem głowę w stronę nieprzyjemnego hałasu, a zaledwie kilka setnych sekund później jakaś młoda dziewczyna wpadła do stawu, tuż przed moim pyskiem. Dopiero po chwili zorientowałem się, że cały ociekam wodą. Nie czułem chłodnych kropli spływających po moim ciele, urządzających sobie żwawy spacer, podążając ścieżkami będącymi moimi twardymi mięśniami. To było niedomiar dziwne, miałem cały czas niejasne wrażenie, że powinienem był to czuć. Jednak tak się nie nie stało. Zorientowałem się o tym dopiero patrząc na siebie swoim karmelowym ślepiem.
Nieznajoma zaczęła szybko machać nogami, dzięki czemu udało jej się wynurzyć ponad powierzchnię wody. Jej sprawne, nieprzemyślane ruchy rękoma wskazywały na to, że nie zdawała sobie z tego sprawy, że przyciągnęła się do brzegu i jako zdezorientowany topielec chwyciła się jedną dłonią korzenia wystającego z ziemi, a drugą mojej łapy. Nim zdążyłem zareagować, wywróciłem się w bok na śliskiej od szromu trawie, przeturlałem i wprost położyłem się na dziewczynie. Zmarszczyłem brwi. Jakim cudem najpierw spadła z nieba, później wpadła do wodospadu, po czym sprawiła, że dosłownie na niej leżę?
- Dusisz mnie - wykrztusiła. Sprawnie się z niej zdrapałem, nie spuszczając jej z oka. Usiadła na stopach. Czego ona tak właściwie ode mnie chce? Ku mojemu zaskoczeniu wyciągnęła do mnie dłoń i siłą chwyciła moją łapę, po czym energicznie nią potrząsnęła.
- Jestem Skay, a ty?
Skay. A więc z taką istotą przyszło mi mieć do czynienia. Nie wyglądała mi na kogoś, kto przejmowałby się swoimi dość dziwacznymi poczynaniami, które sprawiają, że wiele traci się w oczach innych. Dziewczyna nawet nie pomyślała o tym, by odgarnąć przemoczone do suchej nitki długie, brązowe włosy z czoła.
- A czy to ważne? - mruknąłem, co jeszcze bardziej podkreśliło mój parszywy akcent, który nawet u niej nie był słyszalny. Patrzyłem jej głęboko w oczy, jakbym starał się z nich wyczytać jak najwięcej danych o jej osobie. Ona chyba zrobiła to samo, bo jej wzrok wyrażał najszczersze zafascynowanie najwidoczniej nienaturalnym kolorem mojego ślepia.
- Jesteś Francuzem? - zapytała. Zmarszczyłem brwi jeszcze bardziej, o ile było to w ogóle możliwe. Francuz? Kimże jest ta istota? Nie powiedziałem jednak nic, gdyż po chwili doszły do mnie informacje, o czym ona wygaduje. Tak zupełnie znikąd doznałem olśnienia, choć przed chwilą mój obłąkany umysł nawet nie dawał najmniejszych znaków, aby kiedykolwiek dowiedział się takich rzeczy.
- Nie - odparłem krótko.
- A więc, Bezimienny, gdzie nabyłeś tak pociągający akcent?
- Co cię to obchodzi? - odpowiedziałem. Sam szczerze nie miałem zielonego pojęcia, skąd się u mnie wziął, lecz pewny ton mojego głosu nie zdradzał ani gramu niepewności.
- No dobrze, dobrze, nie bądź już taki gburowaty - zaśmiała się - Widziałam, że dołączyłeś do nas kilka minut temu. Nie jest nas tutaj zbyt wiele, ale wilki są naprawdę sympatyczne i szybko się z nimi zaprzyjaźnisz. Jak ci się tutaj podoba?
Coraz bardziej poirytowany gadatliwością dziewczyny, zebrało mi się na coraz mniej miłe odpowiedzi.
- Wcale.
Dziewczyna w końcu odgarnęła z twarzy zesztywniałe od mrozu strąki włosów, a jej zaczerwienione palce oraz policzki wyraźnie wskazywały na to, że jest porządnie zmarznięta. Zaczęła lekko drżeć, ale w taki sposób, jakby próbowała to zamaskować. Jakby nie patrzeć dookoła przeważał śnieg, a ona siedziała jedynie mając na sobie cienką bluzeczkę na ramionkach, przez którą prześwitywał koronkowy biustonosz, a na nogach brudne od błota, krótkie, jeansowe spodenki.
- Dlaczego? Przecież tu jest wspaniale! I czemu jesteś taki skryty? Ja uwielbiam mówić o sobie! - mówiła coraz bardziej zachrypniętym i roztrzęsionym głosem, lecz wciąż próbowała zachować optymistyczny ton - Gdy tylko tutaj doszłam już wiedziałam, że to miejsce, w którym zostanę na dłużej. Tu wszyscy są tacy mili i pomocni... Cudo! Widziałeś już wszystkie tereny? - odchrząknęła, gdyż jej głos był już niemalże niesłyszalny.
- Jest ci zimno - zauważyłem, jednocześnie skutecznie zmieniając temat rozmowy - Nie zawracaj już sobie głowy na rozmowy ze mną i idź się ogrzać, inaczej dostaniesz zapalenia płuc.
- Jakiego znowu zapalenia płuc? - zaśmiała się lekko, ale jej głos już brzmiał tak słabo i żałośnie, że aż trud było tego słuchać - Nic mi nie będzie, zaraz będzie ok, zobaczysz. Już tyle na swojej drodze przetrwałam, że nawet jeśli dostanę tego zapalenia, to raczej nie będzie pożaru!
- Skończ już i idź sobie.
- Już mówiłam, że nic mi nie będzi... - urwała, bo zaczęła kaszleć. Obserwowałem ją beznamiętnym wzrokiem.
- Czy jeśli cię odprowadzę, przestaniesz siedzieć bez sensu na dworze narażając się na niebezpieczne dla życia i zdrowia choroby?
Dziewczyna zesztywniała, patrząc na mnie dziwnym spojrzeniem, jakby się namyślała nad odpowiedzią. Po chwili szeroko się uśmiechnęła, a jej różowe policzki przybrały kolor podobny do krwi. Oczy zaczęły jej łzawić pod wpływem nagłego przybycia wiatru.
- Zgoda, ale pod warunkiem, że opowiesz mi coś o sobie.
Zamarłem. Będę musiał wymyślić jakieś bzdury, bo inaczej nie da mi spokoju, a nie mogłem jej przecież wyjaśnić rzeczy, których sam nie wiedziałem.
- Niech będzie.
Skay zmieniła się w postać wilka. Tak jak przewidywałem, była w znacznej części kawowa, a dość długie, falowane włosy przypominały kolor miedzi. Miała długie, chude łapy, a sama nie mogła ważyć zbyt wiele. Wykonała zamaszysty ruch łapą, który zapewne miał wskazywać na to, bym podążył za nią.
- To chodźmy.
Niechętnie ruszyłem się z miejsca, powłócząc po śniegu łapami. Odwróciła w moją stronę pysk, wciąż szeroko się uśmiechając. W mojej głowie pojawił się coraz to wyraźniejszy zarys projektu, który miał udawać moją prawdziwą historię, choć była wymyślona na poczekaniu. Wyglądało na to, że to właśnie tej wersji będę się trzymał rozmawiając z resztą społeczności watahy.
- A więc słucham. Jestem bardzo ciekawa twojej przeszłości.
- Nazywam się Chimera, niekiedy wołają na mnie również "Gall Anonim" - zrobiłem pauzę, a następnie kontynuowałem: - Urodziłem się w jednej z najgorszych zim stulecia, jeszcze straszliwszej od tej obecnej. W zamieci zginęli moi rodzice, więc jakoś musiałem sobie radzić sam. Reszta rodzeństwa nie przetrwała tak trudnych warunków i prędko dołączyła do reszty rodziny. Ja z kolei zdołałem znaleźć ustronne miejsce, gdzie nie grozi mi większość niebezpieczeństw. Gdy zima się skończyła, wyruszyłem dalej. Trafiłem na kilka watah, ale w każdej z nich kończyłem jako wyrzutek, przez dość nietypowy rodzaj spędzania czasu wolnego. Nie tolerowali mojej aspołeczności, dlatego też zawsze byłem oskarżany o wszelakiego rodzaju zdrady. Postanowiłem prowadzić żywot samotnika, nie przystając na propozycje dołączenia do jakiegokolwiek stada. To miejsce jednak stanowi dla mnie wyjątek... jeśli mnie wyrzucicie, nie ma sprawy. Postanowiłem dołączyć tylko i wyłącznie ze względu na intrygującą nazwę.
Wadera patrzyła na mnie w osłupieniu. Jej oczy wyrażały zakłopotanie połączone ze współczuciem. W rzeczywistości wiedziałem, że było ono zupełnie niepotrzebne, ponieważ to wszystko było jednym wielkim kłamstwem, lecz nie chciałem jej wyprowadzać z błędu. Ważne, żeby miała jakąś wersję wydarzeń, której powinna się trzymać.
- Przykro mi... - wyszeptała. Na nic więcej chyba nie było jej stać po tak wstrząsającej opowieści. Prawdę mówiąc, nie miałem najmniejszego zamiaru przed kimkolwiek wyznawać, że w rzeczywistości najzwyczajniej w świecie straciłem pamięć. Raptem kilka kroków potem po raz kolejny się odezwała:
- Wataha, do której wcześniej należałam i się urodziłam była tak nędzna, że w końcu nie wytrzymałam i uciekłam. Czarne Królestwo wyglądało dobrze i raczej co do niego się nie pomyliłam... Czuję się tutaj spełniona. A ty? Wydaje mi się, że tkwisz całe życie w nicości. Masz jakiś cel w życiu? Największe pragnienie? Coś, co chciałbyś najbardziej zrobić? Co cię tak właściwie uszczęśliwia? - gadała dalej, nie przejmując się swoim zachrypniętym głosem.
- Samotność.
- Jak może kogokolwiek uszczęśliwiać samotność? Przecież to jedna z najgorszych rzeczy, jakie mogły się tylko przytrafić w życiu! Ktoś powinien ci dać porządną lekcję z zalet bycia na czasie w życiu towarzyskim! Wtedy chodziłbyś na imprezy, poznawał nowe wilki, przeżywał wspaniałe przygody! Mówię ci, to jest super!
- Zależy jak dla kogo - odburknąłem.
- No już nie przesadzaj... Jak możesz czepiać się czegoś, czego nigdy nie spróbowałeś?
Nie odpowiedziałem. Nie miałem ochoty się już z nią kłócić, choć doskonale wiedziałem, że ma rację. Można uznać, że żyję dopiero od kilku godzin, a mimo tego wiedziałem, że wiele mam już za sobą, choć nie zdawałem sobie sprawy z tego, ile dokładnie. Naszym oczom ukazały się udeptane ścieżki, do których odchodziły mniejsze, prowadzące do lichych szałasów pozostałych wilków. Skay zatrzymała się i odwróciła na pięcie, po czym zaproponowała:
- A może mnie odwiedzisz?
Siorbnęła zakatarzonym nosem. Popatrzyłem na nią bez jakiegokolwiek wyrazu.
- Po co?
- Tak sobie? Porozmawiać? W końcu musisz się jakoś przełamać! Nie możesz być całe życie tak sztywny! Życie jest po to, aby się bawić, a ty je po prostu marnujesz! - jej przemowa motywacyjna nie brzmiała tak, jakby chyba sobie tego życzyła, a wręcz odpychała. Jej głos teraz już był niemalże niesłyszalny. Rzeczywiście mogła się rozchorować.
- Idź do lekarza - odparłem chłodno, po czym odwróciłem się i skierowałem w stronę szałasu przeznaczonego specjalnie dla mnie.
<Skayres?>
Nieznajoma zaczęła szybko machać nogami, dzięki czemu udało jej się wynurzyć ponad powierzchnię wody. Jej sprawne, nieprzemyślane ruchy rękoma wskazywały na to, że nie zdawała sobie z tego sprawy, że przyciągnęła się do brzegu i jako zdezorientowany topielec chwyciła się jedną dłonią korzenia wystającego z ziemi, a drugą mojej łapy. Nim zdążyłem zareagować, wywróciłem się w bok na śliskiej od szromu trawie, przeturlałem i wprost położyłem się na dziewczynie. Zmarszczyłem brwi. Jakim cudem najpierw spadła z nieba, później wpadła do wodospadu, po czym sprawiła, że dosłownie na niej leżę?
- Dusisz mnie - wykrztusiła. Sprawnie się z niej zdrapałem, nie spuszczając jej z oka. Usiadła na stopach. Czego ona tak właściwie ode mnie chce? Ku mojemu zaskoczeniu wyciągnęła do mnie dłoń i siłą chwyciła moją łapę, po czym energicznie nią potrząsnęła.
- Jestem Skay, a ty?
Skay. A więc z taką istotą przyszło mi mieć do czynienia. Nie wyglądała mi na kogoś, kto przejmowałby się swoimi dość dziwacznymi poczynaniami, które sprawiają, że wiele traci się w oczach innych. Dziewczyna nawet nie pomyślała o tym, by odgarnąć przemoczone do suchej nitki długie, brązowe włosy z czoła.
- A czy to ważne? - mruknąłem, co jeszcze bardziej podkreśliło mój parszywy akcent, który nawet u niej nie był słyszalny. Patrzyłem jej głęboko w oczy, jakbym starał się z nich wyczytać jak najwięcej danych o jej osobie. Ona chyba zrobiła to samo, bo jej wzrok wyrażał najszczersze zafascynowanie najwidoczniej nienaturalnym kolorem mojego ślepia.
- Jesteś Francuzem? - zapytała. Zmarszczyłem brwi jeszcze bardziej, o ile było to w ogóle możliwe. Francuz? Kimże jest ta istota? Nie powiedziałem jednak nic, gdyż po chwili doszły do mnie informacje, o czym ona wygaduje. Tak zupełnie znikąd doznałem olśnienia, choć przed chwilą mój obłąkany umysł nawet nie dawał najmniejszych znaków, aby kiedykolwiek dowiedział się takich rzeczy.
- Nie - odparłem krótko.
- A więc, Bezimienny, gdzie nabyłeś tak pociągający akcent?
- Co cię to obchodzi? - odpowiedziałem. Sam szczerze nie miałem zielonego pojęcia, skąd się u mnie wziął, lecz pewny ton mojego głosu nie zdradzał ani gramu niepewności.
- No dobrze, dobrze, nie bądź już taki gburowaty - zaśmiała się - Widziałam, że dołączyłeś do nas kilka minut temu. Nie jest nas tutaj zbyt wiele, ale wilki są naprawdę sympatyczne i szybko się z nimi zaprzyjaźnisz. Jak ci się tutaj podoba?
Coraz bardziej poirytowany gadatliwością dziewczyny, zebrało mi się na coraz mniej miłe odpowiedzi.
- Wcale.
Dziewczyna w końcu odgarnęła z twarzy zesztywniałe od mrozu strąki włosów, a jej zaczerwienione palce oraz policzki wyraźnie wskazywały na to, że jest porządnie zmarznięta. Zaczęła lekko drżeć, ale w taki sposób, jakby próbowała to zamaskować. Jakby nie patrzeć dookoła przeważał śnieg, a ona siedziała jedynie mając na sobie cienką bluzeczkę na ramionkach, przez którą prześwitywał koronkowy biustonosz, a na nogach brudne od błota, krótkie, jeansowe spodenki.
- Dlaczego? Przecież tu jest wspaniale! I czemu jesteś taki skryty? Ja uwielbiam mówić o sobie! - mówiła coraz bardziej zachrypniętym i roztrzęsionym głosem, lecz wciąż próbowała zachować optymistyczny ton - Gdy tylko tutaj doszłam już wiedziałam, że to miejsce, w którym zostanę na dłużej. Tu wszyscy są tacy mili i pomocni... Cudo! Widziałeś już wszystkie tereny? - odchrząknęła, gdyż jej głos był już niemalże niesłyszalny.
- Jest ci zimno - zauważyłem, jednocześnie skutecznie zmieniając temat rozmowy - Nie zawracaj już sobie głowy na rozmowy ze mną i idź się ogrzać, inaczej dostaniesz zapalenia płuc.
- Jakiego znowu zapalenia płuc? - zaśmiała się lekko, ale jej głos już brzmiał tak słabo i żałośnie, że aż trud było tego słuchać - Nic mi nie będzie, zaraz będzie ok, zobaczysz. Już tyle na swojej drodze przetrwałam, że nawet jeśli dostanę tego zapalenia, to raczej nie będzie pożaru!
- Skończ już i idź sobie.
- Już mówiłam, że nic mi nie będzi... - urwała, bo zaczęła kaszleć. Obserwowałem ją beznamiętnym wzrokiem.
- Czy jeśli cię odprowadzę, przestaniesz siedzieć bez sensu na dworze narażając się na niebezpieczne dla życia i zdrowia choroby?
Dziewczyna zesztywniała, patrząc na mnie dziwnym spojrzeniem, jakby się namyślała nad odpowiedzią. Po chwili szeroko się uśmiechnęła, a jej różowe policzki przybrały kolor podobny do krwi. Oczy zaczęły jej łzawić pod wpływem nagłego przybycia wiatru.
- Zgoda, ale pod warunkiem, że opowiesz mi coś o sobie.
Zamarłem. Będę musiał wymyślić jakieś bzdury, bo inaczej nie da mi spokoju, a nie mogłem jej przecież wyjaśnić rzeczy, których sam nie wiedziałem.
- Niech będzie.
Skay zmieniła się w postać wilka. Tak jak przewidywałem, była w znacznej części kawowa, a dość długie, falowane włosy przypominały kolor miedzi. Miała długie, chude łapy, a sama nie mogła ważyć zbyt wiele. Wykonała zamaszysty ruch łapą, który zapewne miał wskazywać na to, bym podążył za nią.
- To chodźmy.
Niechętnie ruszyłem się z miejsca, powłócząc po śniegu łapami. Odwróciła w moją stronę pysk, wciąż szeroko się uśmiechając. W mojej głowie pojawił się coraz to wyraźniejszy zarys projektu, który miał udawać moją prawdziwą historię, choć była wymyślona na poczekaniu. Wyglądało na to, że to właśnie tej wersji będę się trzymał rozmawiając z resztą społeczności watahy.
- A więc słucham. Jestem bardzo ciekawa twojej przeszłości.
- Nazywam się Chimera, niekiedy wołają na mnie również "Gall Anonim" - zrobiłem pauzę, a następnie kontynuowałem: - Urodziłem się w jednej z najgorszych zim stulecia, jeszcze straszliwszej od tej obecnej. W zamieci zginęli moi rodzice, więc jakoś musiałem sobie radzić sam. Reszta rodzeństwa nie przetrwała tak trudnych warunków i prędko dołączyła do reszty rodziny. Ja z kolei zdołałem znaleźć ustronne miejsce, gdzie nie grozi mi większość niebezpieczeństw. Gdy zima się skończyła, wyruszyłem dalej. Trafiłem na kilka watah, ale w każdej z nich kończyłem jako wyrzutek, przez dość nietypowy rodzaj spędzania czasu wolnego. Nie tolerowali mojej aspołeczności, dlatego też zawsze byłem oskarżany o wszelakiego rodzaju zdrady. Postanowiłem prowadzić żywot samotnika, nie przystając na propozycje dołączenia do jakiegokolwiek stada. To miejsce jednak stanowi dla mnie wyjątek... jeśli mnie wyrzucicie, nie ma sprawy. Postanowiłem dołączyć tylko i wyłącznie ze względu na intrygującą nazwę.
Wadera patrzyła na mnie w osłupieniu. Jej oczy wyrażały zakłopotanie połączone ze współczuciem. W rzeczywistości wiedziałem, że było ono zupełnie niepotrzebne, ponieważ to wszystko było jednym wielkim kłamstwem, lecz nie chciałem jej wyprowadzać z błędu. Ważne, żeby miała jakąś wersję wydarzeń, której powinna się trzymać.
- Przykro mi... - wyszeptała. Na nic więcej chyba nie było jej stać po tak wstrząsającej opowieści. Prawdę mówiąc, nie miałem najmniejszego zamiaru przed kimkolwiek wyznawać, że w rzeczywistości najzwyczajniej w świecie straciłem pamięć. Raptem kilka kroków potem po raz kolejny się odezwała:
- Wataha, do której wcześniej należałam i się urodziłam była tak nędzna, że w końcu nie wytrzymałam i uciekłam. Czarne Królestwo wyglądało dobrze i raczej co do niego się nie pomyliłam... Czuję się tutaj spełniona. A ty? Wydaje mi się, że tkwisz całe życie w nicości. Masz jakiś cel w życiu? Największe pragnienie? Coś, co chciałbyś najbardziej zrobić? Co cię tak właściwie uszczęśliwia? - gadała dalej, nie przejmując się swoim zachrypniętym głosem.
- Samotność.
- Jak może kogokolwiek uszczęśliwiać samotność? Przecież to jedna z najgorszych rzeczy, jakie mogły się tylko przytrafić w życiu! Ktoś powinien ci dać porządną lekcję z zalet bycia na czasie w życiu towarzyskim! Wtedy chodziłbyś na imprezy, poznawał nowe wilki, przeżywał wspaniałe przygody! Mówię ci, to jest super!
- Zależy jak dla kogo - odburknąłem.
- No już nie przesadzaj... Jak możesz czepiać się czegoś, czego nigdy nie spróbowałeś?
Nie odpowiedziałem. Nie miałem ochoty się już z nią kłócić, choć doskonale wiedziałem, że ma rację. Można uznać, że żyję dopiero od kilku godzin, a mimo tego wiedziałem, że wiele mam już za sobą, choć nie zdawałem sobie sprawy z tego, ile dokładnie. Naszym oczom ukazały się udeptane ścieżki, do których odchodziły mniejsze, prowadzące do lichych szałasów pozostałych wilków. Skay zatrzymała się i odwróciła na pięcie, po czym zaproponowała:
- A może mnie odwiedzisz?
Siorbnęła zakatarzonym nosem. Popatrzyłem na nią bez jakiegokolwiek wyrazu.
- Po co?
- Tak sobie? Porozmawiać? W końcu musisz się jakoś przełamać! Nie możesz być całe życie tak sztywny! Życie jest po to, aby się bawić, a ty je po prostu marnujesz! - jej przemowa motywacyjna nie brzmiała tak, jakby chyba sobie tego życzyła, a wręcz odpychała. Jej głos teraz już był niemalże niesłyszalny. Rzeczywiście mogła się rozchorować.
- Idź do lekarza - odparłem chłodno, po czym odwróciłem się i skierowałem w stronę szałasu przeznaczonego specjalnie dla mnie.
<Skayres?>
niedziela, 8 listopada 2015
Od Galla Anonima "Kim ja jestem?" cz. 1 (cd. chętny)
Dlaczego biegnę? Dlaczego akurat w lesie nocą? Dlaczego serce bije mi jak oszalałe, a ja czuję ból w każdym członku swojego ciała? Nie wiem, nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Cały czas odnoszę wrażenie, że ktoś mnie śledzi, ktoś mnie goni i nie zamierza odpuścić. Z trudem łapię oddech, nogi czują się osłabione tak samo bardzo, jak mój cały organizm. Usłyszałem cichy dziecięcy śmiech, a właściwie chichot. Nie potulny, jak większości maluchów, a mrożący krew w żyłach. Kątem oka dostrzegłem jakiś ruch, jakiś przebłysk światła. Niewyraźną sylwetkę. Podobne dwie ujrzałem przed sobą. Obie postacie trzymały się za ręce i były dziwnie zniekształcone. W każdym razie wszyscy byli ludźmi, a przynajmniej tak mi się zdawało. Po chwili zniknęły, lecz tym razem zobaczyłem rzędy wisielców zawieszonych na powykręcanych gałęziach drzew. Poruszały się lekko, na nieistniejącym wietrze. Ja jednak mimo, że przerażony, to biegłem dalej, wyciągając swoje długie nogi i przeskakując przez każdą przeszkodę, jaką był wystający korzeń czy nierówność w ściółce leśnej. Nie wiem, czy byłem daleko, czy też blisko od miejsca, z którego zmierzam. Nie wiem nawet, jak się nazywam. Nie wiem, ile mam lat. Nie wiem, co robię i dlaczego. Wiem tylko tyle, że muszę uciekać. Niejasna była dla mnie cała ta sytuacja, a jeszcze bardziej, niż zamroczona była dla mnie po prostu dziwna i nietypowa. Właściwie to tak mogło wyglądać całe moje życie. Nie wiem nawet tego.
W tym momencie poczułem przeszywający ból w kręgosłupie, sprawiający wrażenie identyczne, jak gdyby ktoś mi go przeciął wzdłuż. Moje nogi zareagowały na to gwałtownym zwolnieniem, który z biegu przeszedł w nieostrożne stawianie kolejnych kroków. Wyciągnąłem rękę przed siebie zupełnie, jakbym próbował chwycić powietrze i przeciągnąć się w ten sposób na przód, by prędzej uciec przed zjawami, lecz nic to nie pomogło. Co jedynie dostrzegłem, że miałem wyjątkowo brudne palce, zupełnie jakbym grzebał nimi w czarnej ziemi, a paznokcie popękanie, z niektórych palców kompletnie oberwane, więc ciekła po nich gorąca stróżka krwi. Aż dziw, że tego nie czułem. Gdy tak zapatrzyłem się we własne dłonie, nadal powoli idąc przed siebie, niespodziewanie poczułem kolejne uderzenie fali bólu, tym razem tak silnego, że wywróciło mi nie tylko w żołądku, ale i także w głowie, więc nawet nie zorientowałem się, kiedy upadłem na ziemię.
Widziałem wszystko, co się działo później. Nie mogłem się ruszyć, ani nawet oddychać. Moje serce się zatrzymało. Nie czułem dosłownie nic. Słuch mi się pogorszył, więc narastające śmiechy i chichoty kolejnych zjaw będącymi torturowanymi dziećmi stały się jednym, niewyraźnym szumem. Widziałem ich powykrzywiane buzie. Niektóre miały szczękę odkrojoną nożem, tak, że doskonale widoczne mięso brudziło krwią pozostałe zęby, choć większość z nich byłą wyłamana. Niektóre miały wydrapane oczy, inne wbite w nie różne ostre narzędzia, takie jak nożyczki, czy gwoździe. Właściwie wszystkie wyglądały, jakby były w zaawansowanym stanie rozkładu, ich delikatne ciałka częściowo zamieszkało robactwo. Te, które miały jeszcze ręce, próbowały mnie dotknąć sinymi, połamanymi palcami. Większość z nich pojawiała się, lecz po chwili znikała, by pojawić się kilkanaście centymetrów dalej, sprawiając wrażenie iluzji. Ja jednak wiedziałem, że to wszystko mi się nie zdawało. Że to wszystko dzieje się naprawdę.
Nagle, spośród niewyraźnego szumu wydarł się wrzask, krzyk, a może ryk. Nie wiem dokładnie, w każdym razie był po prostu inny. Wszystkie zjawy momentalnie znieruchomiały, później jednocześnie powoli odwróciły się za siebie, a następnie zniknęły. Już jak przez mgłę zobaczyłem, co było powodem ich - jeśli można tak to ująć - strachu. Nade mną stanął rosły, czarny wilk, o karmelowym ślepiu. Prawe miał zamknięte, a skórę przecinała głęboka blizna. Musiał najwidoczniej stoczyć bój z innym przedstawicielem tejże rasy. Na tej wymianie spojrzeń wszystko się zakończyło. Obraz stał się całkowicie czarny, a ja wpadłem w czarne czeluści mroku. Umarłem.
***
Otworzyłem oko, jednocześnie z sykiem wciągając powietrze w swoje płuca. Ja... Żyję? Nie umarłem? Co tak właściwie się stało? Oko zabolało mnie pod wpływem jasnego światła wychylającego się z jaskini. Zamrugałem kilkakrotnie, chcąc się przyzwyczaić do innego natężenia kolorów, a później powoli się podniosłem. Gdzie ja jestem? I dlaczego... Dlaczego nie stoję na dwóch nogach, a na czterech łapach? Choć czułem nieprzyjemnie mrowienie, które wcześniej nazwałbym strachem i niepokojem, to moje serce nie zabiło szybciej. Cały czas uderzało tak samo równomiernie jak wcześniej. Dlaczego? Stąpając po chłodnym kamieniu zdrętwiałymi łapami, wyszedłem na zewnątrz. Zmrużyłem oko, chcąc się w ten sposób ochronić przed uciążliwym blaskiem. Tak jak myślałem było to nie nic innego, jak światło słoneczne odbijane przez biały śnieg. Dlaczego nie czuję niepokoju? Zrobiłem pierwszy krok, później następny i następny... Śniegu miałem aż po łokcie, ale niemalże nie czułem chłodu. Odnosiłem wrażenie, jakby ktoś odurzył mnie jakimś znieczuleniem. Niejasne przeczucie mówiło mi, że od teraz tak będzie wyglądać moje życie... Stanąłem na skraju zamarzniętej rzeki. Ktoś musiał odgarnąć śnieg w tym miejscu, bo mogłem się bez problemu przejrzeć w gładkiej tafli lodu. Tak jak przeczuwałem, byłem jakimś zwierzęciem. Po chwili stania tak i patrzeniu na swoją nową postać zorientowałem się, że jestem tym samym wilkiem, którego widziałem przed... śmiercią? Utratą przytomności? Przeniesienia się do innego wcielenia? Kolejną dziwną rzeczą było to, że w lesie, w którym byłem jeszcze jakiś czas temu nie było ani grama śniegu. Po prostu na ziemi leżały śliskie liście i to tyle... Jak długo mogłem tak leżeć? Gdybym spoczywał kilka miesięcy, to z całą pewnością odczuwałbym silny głód, tymczasem ja nie czuję nic.
Wszystko stawało się coraz bardziej zagmatwane - najpierw uciekałem przed kimś lub przed czymś, a teraz jestem po prostu wilkiem i najwidoczniej przeniosłem się w czasie lub miejscu. Uniosłem głowę w górę, by upewnić się, że nawet drzewa nie pasowały do poprzedniej scenerii. Te były bardziej... Niezwykłe. Bajeczne ułożenie gałęzi oraz nietypowe kształty liści, na których to mróz namalował mały pejzaż zdecydowanie zdradzał, że to nie to samo miejsce. Wcześniej byłem w lesie mieszanym, a drzewa miały przeszło kilka, kilkanaście metrów, a te tutaj miały od pół metra do trzech.
Ostrożnie postawiłem pierwszy krok na lodzie. Jedynym logicznym wyjściem zdawało mi się przejście na drugi brzeg przez zamarzniętą wodę. Później drugi, trzeci i przy czwartym już stałem na twardej powierzchni. Przy piątym popadłem w lekki poślizg, ale szybko złapałem równowagę i stąpałem dalej z niewyjaśnioną satysfakcją. Na moim pysku prócz głębokiego zamyślenia nie mogłem dostrzec nic więcej. Ciemne brwi były lekko zmarszczone, a w oku błyskała... nieujarzmiona dzikość? Szybko uniosłem łeb, by dalej nie patrzeć na swoje własne odbicie w lodzie i ruszyłem dalej. Obeszło się to bez żadnej kraksy i już byłem na drugim brzegu, gdy usłyszałem jakieś krzyki i śmiechy. Postawiłem uszy, a następnie prędko stanąłem za największym z drzew. Wybrałem taką drogę, by odciski moich łap na śniegu były jak najmniej widoczne. To mogli być ludzie, bądź inne zwierzęta, z których rozumiałem mowę. Czy tak właśnie wygląda świat, w którym od zawsze żyłem? Z całą pewnością nie. Czułem się wyjątkowo nieswojo. Mój organizm przeczuwał, że coś jest bardzo nie tak.
- Saphi, nie pędź tak! - zaśmiała się jakaś przedstawicielka płci żeńskiej. Druga odpowiedziała jej tym samym.
- Nie ma mowy! Goń mnie! Spalisz choć trochę kalorii! - wrzasnęła i przebiegła raptem kilkanaście centymetrów ode mnie. Ku mojej uldze nie dostrzegła mnie, mimo mojego czarnego umaszczenia. Podążyłem za nią wzrokiem, marszcząc jednocześnie brwi. Przypominała połączenie psa, wilka i gołębia, lecz nie takiego spotykanego na co dzień, bo najprawdopodobniej normalną rzeczą nie było rude futro czy grzywka na oku, bądź duże białe skrzydła. Chwilę później za nią poszła kolejna psowata, tym razem najpewniej pozbawiona umiejętności latania. Ta jednak jeszcze bardziej wpędziła we mnie niepokój niebieskim futrem. To wszystko było szalone. Jakiś obłęd. To wszystko pewnie tylko mi się śni. Usunąłem się w tył bardziej, tak, by mieć pewność, że te, nawet jeśli odwrócą głowy nie dostrzegą obcego osobnika, jakim byłem ja. Tym samym zniknęły mi z oczu, a raczej oka.
Zrezygnowany usiadłem w śniegu, nie przejmując się jego chłodem. Właściwie to nadal go nie czułem. Wzrokiem zlustrowałem okolicę w poszukiwaniu czegoś ostrego, czym mógłbym się ukłuć i dowiedzieć w końcu, czy śnię na jawie i czy to wszystko rzeczywiście jest jednym, wyjątkowo wielkim oraz absurdalnym złudzeniem. Tak, to zdecydowanie przyjazna myśl. Podobno każdy człowiek ma trzy sny jednej nocy - pierwszy opowiadał o mojej ucieczce w lesie, a teraz jestem zmuszony przeżyć drugi, bądź trzeci, gdyż mogłem jednego nie spamiętać. Gdy się obudzę, będę już wiedział, kim jestem i będę miał tą pewność, że to wszystko było kłamstwem. Niespodziewanie chwycił mnie silny ból głowy, który natychmiastowo rozprzestrzenił się na resztę ciała. Zgarbiłem się, napinając wszystkie mięśnie. Był nieznośny, tak silny, jakby moje żyły wypełniał ogień. Robiło mi się na przemian zimno i ciepło. Czułem przepływającą każdą kroplę krwi, która drażniła moje wnętrze, chcąc we mnie wniknąć niczym trucizna. To trwało raptem moment, ale ja czułem się tak, jakby była to wieczność. Chciałem podjąć próbę rozerwania skóry, by pozbyć się bólu, lecz utrata przytomności powstrzymała mnie przed tym nierozważnym uczynkiem...
***
Uchyliłem oko, sądząc, że to już koniec tej naiwnej gry. Niestety myliłem się. Ku mojemu zaskoczeniu obraz raz to się delikatnie unosił, raz opadał. Sam znajdowałem się w wyjątkowo niewygodnej pozycji, bolał mnie cały kręgosłup. Ból, który przyprawiał mnie o szaleństwo zniknął. Mruknąłem coś do siebie niezadowolony, a wtedy wszystko przestało się poruszać. Dopiero wtedy zdałem sobie z tego sprawę, że byłem niesiony na czyimś grzbiecie. Nie poruszyłem się. Dlaczego ktoś miałby mnie ruszać? Przecież z tego, co zdążyłem się zorientować nikt nawet mnie nie znał.
- Kim jesteś? - zapytał głębokim basem. Niezadowolony zsunąłem się z jego grzbietu, a następnie popatrzyłem na jego pysk, w krwistoczerwone ślepia. Byłem z nim na równi pod względem wzrostu. Nadal byłem wilkiem, on również. Wygląda na to, że koszmar jeszcze się nie skończył.
- Co cię to obchodzi? - warknąłem. Zaskoczyłem się, słysząc własny głos, lecz nie okazałem tego nawet w najmniejszym stopniu. Brzmiał groźnie, ale i również z wyczuwanym akcentem, którego nie posiadał nieznany mi psowaty.
- Wtargnąłeś na tereny Czarnego Królestwa, z tego też powodu można cię uznać za naszą własność.
- Z jakiej racji?
Basior westchnął, patrząc na mnie znudzonym spojrzeniem.
- Czyż to nie jest logiczne?
Nadal patrzyłem na niego, nic nie mówiąc.
- Może po prostu nie znasz zasad panujących wśród wilków?
- Nieprawda - skłamałem. On jednak najwidoczniej mi uwierzył.
- W takim razie wiesz, jaką musisz podjąć decyzję - odchodzisz lub starasz się o przyjęcie.
Nie odpowiedziałem. Co miałem począć? To tylko sen. To wszystko nie dzieje się naprawdę. Patrzyłem nadal na niego z zaciętością, gotów do walki. On za to czekał cierpliwie na moją odpowiedź.
- Dlaczego miałbym do was dołączyć?
- Ponieważ wilki powinny żyć w grupie, tym bardziej, że panuje wyjątkowo sroga zima. Wspomagamy się nawzajem, dzielimy pożywieniem oraz spędzamy razem czas.
Nie drgnąłem. Staliśmy tak przez około minutę, kiedy czarny basior na nowo zabrał głos:
- Jeśli nie chcesz, to oczywiście możesz odejść.
Posłałem mu jeszcze krótkie, wściekłe spojrzenie, po czym odparowałem:
- Niech ci będzie, dołączę.
On na to skinął głową.
- W takim razie witaj, jesteś przyjęty. Zwą mnie Severus, jestem władcą Czarnego Królestwa. Mogę znać twe imię oraz powód utraty przytomności? Nie wyglądasz mi na kogoś, kto by zasłabł z niedożywienia.
Zawahałem się, lecz nie pokazałem tego po sobie.
- Imię zachowam dla siebie. Straciłem przytomność ze zmęczenia - po raz kolejny skłamałem. Wychodziło mi to o tyle dobrze, że nie zorientował się nawet, choć wyglądał na osobnika, który wyczuwa to, kiedy ktoś próbuje go wprowadzić w maliny.
- Dasz radę dojść sam? Zaprowadzę cię do twojego nowego domu i jeśli będzie taka konieczność, przyjdę i zajmę się tobą.
- Nie. Dojdę sam. Nie potrzebuję pomocy - odparłem stanowczo. Basior nie odpowiedział, tylko wyminął mnie i ruszył przed siebie. Ja natychmiast zorientowałem się, że zmierza do centrum Królestwa, więc ruszyłem za nim.
Szliśmy tak dobry kwadrans, kiedy to Severus oświadczył, że jesteśmy na miejscu. Z niezadowoleniem zmarszczyłem brwi, gdy zamiast bogatych budynków zobaczyłem jakieś nędzne szałasy zbudowane z wymarniałych gałęzi. Ponadto dostrzegłem samice, które widziałem już wcześniej. Uśmiechnęły się i pomachały w moim kierunku. Zmuszając się, by być miłym, choć opornie, to odmachałem im. Chwilę później ujrzałem kilka innych wader. Świetnie. Wyglądało na to, że przeważały liczebnie, a Czarne Królestwo raczej powinno się nazwać Czarną Ruderą. Postanowiłem jednak być w miarę miły i kulturalny, bym w końcu mógł się ulotnić, pobyć trochę sam i przemyśleć to wszystko.
<chętna wadera? xd>
Subskrybuj:
Posty (Atom)