Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Severus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Severus. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 kwietnia 2017

Od Severusa "Tajemnicze przejście" cz. 14

- Pok... Polubiłam twoje wnętrze - odpowiedziała po chwili namysłu - Bez względu na wygląd czy niedoskonałości. Uśmiechnę się na twój widok nie zwracając uwagi czy przybiegniesz na czterech łapach, czy przykuśtykasz na trzech. No i hej, jestem twoją prawą ręką. W tym przypadku z chęcią zastąpię ci lewą.
Roześmiała się, więc na mojej twarzy też pojawił się nikły, sztucznie wesoły uśmiech, którego i tak pewnie nie zauważyła. Niespodziewanie poczułem, że przysunęła się do mnie bliżej i objęła od tyłu. Tego nie nie spodziewałem. Przez chwilę zbierałem słowa, by to jakoś stosownie skomentować, acz nic nie przychodziło mi do głowy.
- Na jaką kawę masz ochotę? - zapytałem. Uścisk Lucy nieco zelżał, dzięki czemu mogłem się uwolnić z krępującej sytuacji. Niby fakt, przyjaźniliśmy się, a takie rzeczy powinny być raczej naturalne... lecz dlaczego czułem się z tego powodu tak nieswojo? Jakby zwykłe przytulenie było czymś niepożądanym.
- Mała czarna w zupełności wystarczy.
Zgrabnie stanąłem na równe nogi, po czym podszedłem do miejsca, które miało pełnić mi funkcję kuchni. Dobrze przynajmniej, że na tę wygodę pozwalała mi przestrzeń chaty. W lekko zardzewiałym oraz, zdaniem Lucy, staroświeckim czajniczku była już woda, więc wystarczyło podłożyć ogień. Na całe szczęście wilkom udało się znaleźć złoża siarki, dzięki czemu mogliśmy wyrabiać coś w rodzaju zapałek. To znacznie ułatwiało robotę. Kątem oka widziałem, jak Lucy powstrzymuje się od zerwania się z miejsca i pomocy, lecz już nauczyłem się przez te tygodnie posługiwać się w miarę sprawnie jedną ręką, dzięki czemu z robotą poradziłem sobie bez przeszkód. Oczekując na wrzenie wody, popijałem moją, już wystudzoną, kawę. Po kilku minutach wręczyłem ciepły kubek do dłoni dziewczyny.
- Wielkie dzięki.
W zamyśleniu patrzyłem, jak ochoczo popija jeszcze gorący napój. Chciałem powiedzieć, aby tak nie robiła, bo się poparzy, gdyż tego nie chciałem, jednak widząc, że to nie robi na niej żadnego wrażenia, powstrzymałem się od uwagi. Czując na sobie moje spojrzenie, również podniosła wzrok. Patrzyłem w jej lśniące, orzechowe oczy, a im dłużej to robiłem, tym liczniejsze poetyckie frazy nazwanie tej barwy pojawiały się w mojej głowie. Ciemne, jak kora drzew po wiosennym deszczu, najlepsza gorzka czekolada w Białym Królestwie, aromatyczny cynamon mielony w królewskiej kuchni... Wschodzące słońce za oknem sprawiało, że były teraz wręcz bursztynowe jak kamienie znalezione na dnie morza. Chciałem stanąć bliżej, by przyjrzeć się ich każdemu szczegółowi, ale... odwróciłem głowę, udając, że wyglądam przez okno. Tak zdecydowanie nie robili przyjaciele. Severusie, potomku najpotężniejszego królewskiego rodu o wilczych korzeniach, co cię opętało?
Zerknąłem na nią raz jeszcze. Cały czas na mnie patrzyła. Zacząłem się zastanawiać, o czym myśli, kiedy mięśnie jej twarzy delikatnie drgnęły. Spuściła wzrok w dywan i podkuliła nogi. Wyglądała na przerażoną, a grymas bólu wykrzywił jej twarz. Ukucnąłem obok niej, zaniepokojony kładąc prawą rękę na jej ramieniu.
- Lucy? Co się dzieje?
- Wszystko w jak najlepszym porządku.
Podniosła na mnie niepokojąco szkliste oczy, które jednak tuż potem opuściła, lekko kiwając głową. Wyglądało to raczej na tik nerwowy. Była cała roztrzęsiona. Nie uwierzyłem w jej zapewnienia.
- Jesteś pewna? Sprowadzić Shaten?
- Sev... Nic mi nie jest. Przez chwilę rozbolał mnie brzuch, ale już dobrze - powiedziała pewnie, jednak dreszcze odczuwalne pod moją dłonią mówiły co innego.
- Skoro tak uważasz... - oznajmiłem stanowczym tonem - Uważam jednak, że jeśli nie teraz, to wkrótce musisz złożyć jej wizytę.
- Obiecuję, jutro pójdę na kontrolę. A teraz wybacz mi, ale zupełnie zapomniałam, żee... - zająknęła się - Muszę podlać kwiaty! Tak. Kwiaty. Wpadnę do ciebie później. Dziękuję za kawę.
W osłupieniu patrzyłem, jak bierze duży łyk pozostałej kawy, szybko wstaje z dywanu i wybiega z chatki, trzaskając drzwiami. Kucałem tak jeszcze przez dobrą chwilę, zastanawiając się, skąd u niej taka reakcja. Szczególnie, że wcale nie sadziła w okolicach szałasu żadnego kwiecia. Zacisnąłem w pięść zdrową rękę, czując, że cała mi drżała. Nerwy spowodowane tą sytuacją i myślą, że wciąż mam unieruchomioną rękę, dawały się wyraźnie we znaki. Wstałem. Musiałem się iść przejść. I to natychmiast.
Wyszedłem.
***
Po kilku godzinach omdlałego leżenia pod drzewem, w końcu ktoś mnie zauważył. Był to nie nikt inny, jak Shaten. Miała pod pachą koszyk wypełniony po brzegi różnorakimi ziołami leczniczymi. Zatrzymała swój wzrok gładkoniebieskich gałek ocznych na mojej osobie. Czułem to. Uśmiechnąłem się niepewnie. Byłem cały zdrętwiały.
- Co ty tutaj robisz? Znowu się przemęczałeś, prawda?
Nie mogłem jej zaprzeczyć, bo bym skłamał, a prawdy by się i tak domyśliła bez najmniejszego problemu. Potaknąłem jej więc, czując nawracające bóle głowy. Będąc na spacerze ignorowałem nasilające się cierpienie, jakie powodowała skażona ręka, aż w końcu ledwo trzymając się na nogach, postanowiłem zrobić sobie przerwę. Szybko okazało się jednak, że już nie mogę się ruszyć z miejsca. Ból był zbyt silny.
- Możesz wstać?
- N-nie... - wychrypiałem. Błazen. Znowu zrobiłem coś wbrew woli lekarza, który miał nade mną władzę równie silną, co bogowie. Teraz ponosiłem za to karę. Shaten westchnęła, kucając tuż obok.
- W takim razie znowu muszę ci podać twoje ulubione ziółka.
Jęknąłem. Nienawidziłem ich smaku. Przejadł mi się już po kilku dniach. Wbrew własnej niechęci, przyjąłem lek. Może bardziej narkotyk? Problem polegał na tym, że po zażyciu pamiętałem naprawdę niewiele. Nie wiedziałem, jak dotarłem do mojej chatki. Zapewne Shaten prowadziła mnie pod ramię. Przynajmniej nie odczuwałem przez czas działania żadnego bólu. Właściwie, to nie czułem kompletnie nic.
Świadomość odzyskałem tylko na chwilę w środku nocy. To właśnie wtedy obudziło mnie dziwne brzęczenie, które okazało się być szeptem Lucy. Dopiero po dobrej chwili, widząc przerażenie w jej załzawionych oczach, uświadomiłem sobie, że musiałem o mały włos jej nie uderzyć w twarz. Aż poderwałem się do półsiadu.
- Na bogów! Co ty tutaj robisz? - zapytałem, badając spojrzeniem jej twarz, srebrzystą w księżycowym świetle. Nie było na niej żadnego zaczerwienienia, więc nieco mi ulżyło.
- Ja... Boję się - wyszeptała drżącym głosem. Sapnąłem z wysiłku, podnosząc się z łóżka. Podłoga była nieprzyjemnie zimna. Chociażby o tyle dobrze, że coś czułem. Cały czas byłem odrętwiały, ale na różnicę temperatur przynajmniej chociażby w małym stopniu reagowałem.
- Czego? - dopytałem mrukliwym tonem, domykając drzwi, z których promieniował chłód. Odwróciłem się w jej stronę, by zauważyć, że ukryła twarz w dłoniach. Powoli się do niej zbliżyłem.
- Mam koszmary... czuję na sobie czyjś wzrok... samotność kumulowała strach, więc uznałam, że wolę być z tobą - mówiła. Kiedy siadłem na łóżku, poczułem, że ból głowy znowu powrócił. Dotknąłem skroni. Średnio wiedziałem, co jej odpowiedzieć, bo znowu logiczny tok myślenia zanikał. Miałem taki mętlik w głowie, że stopniowo zapominałem nawet, z czego mi się zwierzyła. Położyłem się na poduszki. Już trochę lepiej.
- Sev... Mogę zostać na noc? - usłyszałem jej głos jak przez szybę. Chciałem odpowiedzieć, ale nie miałem pojęcia nawet, co. O co pytała? Nie wiedziałem. Z tego też powodu wydałem z siebie cichy pomruk. Nie pamiętałem, co zrobiła. Musiałem znowu zasnąć.
Ocknąłem się dopiero koło południa. Przynajmniej na to wskazywało to, że widziałem wyraźnie sufit. Kolejno zaczął do mnie docierać słodki, acz znajomy aromat i delikatny, pieszczotliwy wręcz dotyk w okolicach mojej klatki piersiowej. Spojrzałem w kierunku zapachu. Tak jak sądziłem, była to Lucy, czy raczej jej włosy. Wilczy węch mnie nie zmylił.
- Lucy...? Co ty robisz? Skąd się tu wzięłaś? - zapytałem. Nagle znieruchomiała, zabierając rękę. A więc to musiała być ona. Choć przyznam, że to, co robiła jeszcze chwilę temu było całkiem przyjemne.
- Ja-a... - Widziałem, że zastanawia się, jak się wytłumaczyć - Pozwoliłeś mi. Miałam koszmar, więc przyszłam do ciebie w nocy. Kiedy cię obudziłam, ledwo uniknęłam ciosu. Chciałeś mnie uderzyć?
Spojrzała na mnie z miną skrzywdzonego dziecka. Zamyśliłem się, marszcząc w skupieniu brwi. Zaczynałem sobie powoli przypominać wydarzenia z ostatniej nocy. O dziwo najostrzejszym wspomnieniem była dla mnie zimna podłoga.
- Faktycznie... Przepraszam - słysząc, że mój głos cały czas jest nieprzyjemnie niski i zachrypnięty, odchrząknąłem.
- Nie szkodzi - mruknęła - Jak się czujesz? Z ręką trochę lepiej?
Przypomniawszy sobie o niej, jako o powodzie mojej częstej nieświadomości, próbowałem nią poruszyć, lecz bezskutecznie. Ogarnęła mnie złość, która jednak szybko została zastąpiona rezygnacją.
- Raczej nie. Decyzja o amputacji jest najwyraźniej przesądzona - westchnąłem, przypominając sobie skromny wybór narzędzi chirurgicznych, który pokazywała mi Shaten. Jak przez mgłę przypomniałem sobie, że kiedy mnie prowadziła do chatki, powiedziała, żebym do niej przyszedł z decyzją co do amputacji już wieczorem.
- Nie martw się, Sev. Wszystko będzie dobrze...
- Wiem - skłamałem, wiedząc, że ona również nie wierzy we własne słowa. Wspólne, w pełni świadome kłamanie na oczywiste tematy dodawało mi swego rodzaju otuchy.
Leżeliśmy tak przez dłuższy czas - ja leżąc na plecach i skupiając większość swojej uwagi na badaniu wzrokiem każdej deski na suficie, zastanawiając się, kiedy trzeba będzie je wymienić, aby dach nie zaczął przeciekać, Lucy na boku, wtulona w skóry pełniące role kołdry. Nie przeszkadzała mi jej bliskość w takiej sytuacji, co było może odrobinę zaskakujące.
Następnie dziewczyna, czy może już raczej kobieta, podniosła się z łóżka i powędrowała do mojej prowizorycznej kuchni. Chciałem się podnieść i zapytać, co robi, ale widząc, że sięga do słoika z kawą, uświadomiłem sobie, że chce tylko jednego. W milczeniu obserwowałem, jak parzy kawę. Kiedy skończyła, przyniosła mi kubek, na co ja odpowiedziałem wdzięcznym skinieniem głowy. W międzyczasie usiadłem. Ona zajęła jedno z kruszejących krzesełek, które każdym skrzypnięciem błagały o naprawę lub wymianę.
- Już dzisiaj nie będę miał ręki - oznajmiłem, zaciskając palce na kubku tak mocno, że aż pobielały. Lucy otworzyła usta w zdumieniu.
- Już?
- Shaten twierdzi, że bez nieczułej kończyny moja egzystencja będzie znacznie bezpieczniejsza i wygodniejsza.
- W sumie trudno się nie zgodzić - oznajmiła po chwili namysłu. Nerwowo popiła kawę. Zmarszczyłem brwi.
- Lubisz wrzątek?
Spojrzała na mnie zaskoczona.
- Słucham?
- Sądzisz, że nie widzę? - Patrzyła na mnie dalej, nie wiedząc, co odpowiedzieć, więc dodałem: - Nie boisz się poparzeń?
- Po prostu tak lubię... Wypiłam już tyle litrów kawy, że chyba wypaliły mi już podniebienie - uśmiechnęła się zawstydzona. Pokiwałem w zamyśleniu głową. Zapanowała niezręczna cisza. Ponownie zaczynała mnie boleć głowa od licznych wszystkich myśli, co będzie mnie czekać później, po finalnej utracie jednej z kończyn, a także od nadmiaru leków przeciwbólowych w ostatnim czasie.
- Jesteś pewien, że chcesz to już zrobić?
- Nie mam innego wyjścia - podniosłem na nią wzrok.
- Głupie pytanie - mruknęła, ponownie popijając kawę. Dłonie jej drżały. Obserwowałem to zmartwiony.
- Cóż się stało?
Dopiero po chwili pojęła, co mam przez to na myśli.
- Po prostu... stresuję się. Tak troszkę - uśmiechnęła się blado. Zerknąłem na nieruchomą rękę. Skóra była sina, miejscami wręcz fioletowa bądź szarawa. Nie wyglądała zbyt dobrze, wręcz odrażająco. Nie było już szans na uratowanie jej.
- Od zabiegu nie umrę - zrobiłem pauzę - Zaprawdę cieszę się, że się tego pozbędę.
Spojrzała na mnie zdezorientowana. Uśmiechnąłem się krzywo.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo to drażni... Ciągłe poczucie bycie chorym. Życie w stanie nieświadomości - przerwałem, bo głos zaczął mi niekontrolowanie drżeć - W końcu poczuję się lepiej, będę mógł wrócić do pracy. Brakuje mi tego.
- Pracy?
Skinąłem głową.
- Ja akurat nie lubię tego za bardzo... Zawsze wracam z połamanymi paznokciami i drzazgami pod skórą.
- Lucy, nie powinnaś być teraz na budowie? - wiedząc, że zmieniam temat na mniej korzystny dla niej, uśmiechnąłem się nieco ironicznie. Przyłapana na gorącym uczynku. Spuściła głowę i popukała palcami w kubek.
- A może... zamiast tego u ciebie posiedzę? Chyba potrzebujesz trochę towarzystwa.
- Nie próbuj się wykręcać. Jak wszyscy, to wszyscy. Czas spędzimy razem jak tylko wrócę. Chociażby na budowie. Przysięgam.
- To nie to samo - mruknęła.
- Co przez to masz na myśli?
Zawahała się, po czym pokręciła głową.
- Nieważne - wypiła duszkiem resztę kawy i odstawiła kubek na stolik. Dopiero uświadomiłem sobie, że swojej nawet nie tknąłem. Prawdę powiedziawszy nie miałem nawet za bardzo chęci, by ją pić. - To ja już idę... Postaram się wpaść przed operacją, ewentualnie jutro rano.
Dopiero kiedy spojrzała na mnie z pocieszającym uśmiechem, odwracając się w drzwiach wyjściowych, poczułem, że tak naprawdę chciałem, aby została. Stojąc tak wyglądała pięknie. Z jednej strony złocista od promieni jesiennego słońca, z drugiej zaciemniona przez wnętrze słabo oświetlonej chatki. Smutno lśniące oczy kontrastowały z udawaną radością. Chciałem wychwycić więcej szczegółów, jednak niespodziewanie wyszła. Wraz z jej zniknięciem ogarnęła mnie dziwna pustka.
***
Wieczorem udałem się do Shaten. Byłem już na tyle zmęczony ciągłym myśleniem o tym, co będzie dalej, że siadając na łóżku operacyjnym, by wdychać opary, które miały mnie uśpić, byłem całkowicie spokojny. Wiedziałem, że tak będzie dla mnie lepiej.
Budziłem się później wiele razy, odzyskując świadomość tylko na kilka chwil. Wspomnienia składały się głównie z widoku sufitu, Shaten krzątającej się po szpitalu, donicy pełnej ziół, które z jakiegoś powodu zawsze, kiedy byłem na wpół świadomy tego, co się dzieje, strasznie mnie absorbowały. Kiedy jednak zobaczyłem twarz zatroskanej Lucy, chciałem zostać przytomny i jej powiedzieć, że czuję się dobrze, że nie ma o co się martwić. Jednak znowu zasnąłem.
Ocknięcie się do końca też nie było zbyt proste. Niestety rozżalony dostrzegłem, że przyjaciółki już nie było. Obróciłem głowę w lewo, by dostrzec, że byłem również ostatecznie pozbawiony ręki. Jednak tak samo, jak przez te wszystkie tygodnie, wciąż czułem, jakby tam była. Jakbym wciąż mógł ją podnieść, wyciągnąć przed siebie i chwycić zwisający liść paproci z jednej z doniczek postawionych na półce przez Shaten. Poczuć jego ciepło, chropowatą fakturę... Zacisnąłem powieki. Nadal trochę kręciło mi się w głowie, więc nie próbowałem się podnosić. Grunt, to że już powoli wracało do mnie logiczne myślenie, zalewające mój umysł jak fala.
Nagle usłyszałem skrzypnięcie drzwi. Nie musiałem odwracać głowy, by wiedzieć, kto radośnie pisnął moje imię, prędko podbiegł i przytulił. Tym razem nawet nie próbowałem się uchylać. Wręcz przyjąłem to ze stęsknionym uśmiechem na twarzy. Tego właśnie mi brakowało. Chciałem jej tak wiele przekazać, ale żadne słowo nie wypłynęło z moich ust. Nie musiałem. Wiedziała już chyba wszystko.

środa, 18 stycznia 2017

Od Severusa "Narodziny Shianuraoztanadesa" cz. 1 (cd. chętny)

W tym roku nie spadł śnieg, ale wciąż było zimno. Westchnąłem, a z mojego pyska wydobyła się zamarzająca para wodna. Przyspieszyłem kroku. Nie marzyłem o niczym innym, jak tylko o wróceniu do chaty i zapaleniu w kominku. Już miałem dość całodniowego siedzenia na budowie.
- Severus!
Obróciłem się za siebie. Biegła za mną biała wadera. Przystanąłem i odczekałem, aż ta stanie tuż przede mną.
- Coś się stało?
- Jutro jest Boże Narodzenie! - wysapała Filos.
- Zgadza się.
- To pierwsza Gwiazdka naszych maluchów. Nie obejdzie się bez wizyty Dziadka Z Brodą. Proszę, spraw im tę radość... - ostatnie słowa wypowiedziała szeptem, patrząc na mnie błagalnymi oczyma. Uleciało ze mnie całe powietrze.
- Zgaduję, że to właśnie ja mam się przebrać...
Pokiwała szybko głową.
- Czyżbym był aż tak stary?
Filos się nerwowo zaśmiała.
- Nie... po prostu jesteś dość sympatyczny, a Shamma dzieci by od razu poznały. Z tobą mogłyby mieć problem. Warror może rzucić dodatkowo na ciebie jakiś czar iluzji.
Nie wiedziałem, co jej na to odpowiedzieć. Z jednej strony rzeczywiście chciałem sprawić przyjemność małym, ale z drugiej miałem duże wątpliwości co do słuszności tego wyzwania. Mógłbym jednym małym potknięciem zepsuć im całą zabawę.
- Zastanowię się.
- To ja już pójdę poszukać Warrora, aby był w pogotowiu - powiedziała szybko i odwróciła się na pięcie. Tyle ją widziałem.
Tym razem już wolniejszym krokiem zacząłem zmierzać ku swojemu domowi. Musiałem się jakoś animować. Z pomocą członków Czarnego Królestwa powinno wszystko pójść gładko. Najwyżej będziemy mieli z czego się śmiać w przyszłości.
- Hej, Sev, nie obraź się, ale podsłyszałam waszą rozmowę - zaczepiła mnie Lucy, której do tej pory nie zauważyłem. Musiała mnie śledzić od jakiegoś czasu. Wyglądało na to, że wyjątkowo ze mnie marny wilk, skoro nawet nie usłyszałem, jak się zbliżała.
- Nic nie szkodzi. I tak by się rozniosło.
- Sądzę, że powinieneś się zgodzić. Pomogłabym tobie i jeszcze w ten sposób uczynisz święta maluchów magicznymi - uśmiechnęła się pogodnie.
- Wygląda na to, że jesteśmy co do tego sforni. Jednak wciąż mam co do słuszności owego czynu spore wątpliwości.
- Oj tam, nie przesadzaj... Będzie wszystko w porządku. Ja w ciebie wierzę. Mogę ci pomóc z prezentami.
Miałem wrażenie, że serce zaraz mi stanie. Prezenty. Lucy musiała to zauważyć, bo przechyliła łeb, mając mocno umartwiony wyraz pyska.
- Nic nie masz, prawda?
Nie odpowiedziałem. Wystarczyło jej tylko smętne spojrzenie w dół mych oczu.
- Nie każdy z nas jest materialistą... Zawsze może wystarczyć twoje poświęcenie w przebraniu. Ale jeśli będzie ci bardzo zależeć, mogę ci pomóc w szukaniu czegoś dla wszystkich.
- Nie trzeba... sam sobie dam radę - rzekłem, jednak nie miałem kompletnej pewności w słuszność własnych słów.
- Skoro tak mówisz... Ja już idę do siebie. Muszę jeszcze wszystko zapakować i dokończyć ozdabianie szałasu. Nie martw się o jedzenie, bo już coś przygotowuję z Filos.
Zostałem sam. Zdałem sobie sprawę z tego, że byłem w co najmniej beznadziejnej sytuacji. Patrząc po wysokości słońca, miałem raptem kilka godzin do nocy. Kolejnego dnia posiadałem zaiste niewiele czasu.
Zdecydowałem się wrócić do chatki, ogrzać się i tam zdecydować, co robić dalej. Kiedy patrzyłem na płonący płomień, poczułem, że nie mam zbyt wiele chęci do ruszania się na dwór, ani tym bardziej pomysłu na stosowny prezent dla każdego z członków Czarnego Królestwa. I równie dobra mogła się okazać jakaś wspólna niespodzianka. Pozostała jednak jedna zagadka: jaka? Przysypiając już przy kominku, próbowałem wymyślić coś, co by zadowoliło wszystkich, lecz z każdą minutą bolało mnie coraz bardziej to, jak mało kreatywnym wilkiem jestem. Nawet nie wiem kiedy zapadłem w głęboki sen.
***
Kiedy nazajutrz wyszedłem z chaty, wciąż panował półmrok. Uroki zimy. Pośrednim tempem kroku powędrowałem w kierunku budowy, nadal gorączkowo rozważając każdą ideę, którą wymyśliłem aby podarować wilkom na święta. Wszystko jednak zdawało się być na tyle naiwne, że każdy pomysł odrzucałem. Będąc już niemalże na miejscu, usłyszałem dziecięcy śmiech. Kiedy zwróciłem pysk w kierunku dźwięku, dostrzegłem, że potomstwo Filos i Shammena z jakiegoś powodu toczyło noskami niewielkie kule zrobione z błota. Zdumiony przystanąłem.
- Drogie dzieci, cóż robicie?
Rozhulane szczenięta zwróciły w moją stronę pyszczki.
- Bałwanka! - wykrzyknęła Istoria. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na koślawą kupkę, która składała się z ułożonych na sobie kilku podobnych sklejkach z wilgotnej ziemi.
- Bałwanek... - powtórzyłem, jakbym próbował uwierzyć w prawdziwość ich stwierdzenia. Niczym nie wzruszone wróciły do zabawy. Były całe brudne. Musiały nad tym pracować odkąd tylko ich tata powędrował na budowę. Niewykluczone, że chciały go odprowadzić.
Wtedy do mojej głowy przyszedł najlepszy jak do tej pory pomysł. Nie chcąc, aby maluchy coś podejrzewały, szybkim krokiem zmierzyłem w kierunku, gdzie miała powstać świątynia. Dorosłe wilki przybyłe już na miejsce przywitały mnie lekkimi skinieniami głowy. Wdrapałem się na najwyższy z okolicznych kamieni i wygłosiłem krótką mowę:
- Drogie wilki! W związku z tym, iż dziś dzień są Święta Narodzenia Shianuraoztanadesa, ogłaszam dzień wolny! Spędźcie go z przyjaciółmi lub rodziną! Wieczorem spotykamy się w tym samym miejscu, by wspólnie spędzić wieczerzę!
- To dlaczego musieliśmy tak wcześnie wstawać? - jęknął niezadowolony Nickolas - Mógłbym sobie jeszcze trochę pospać.
- Masz w ten sposób więcej dnia - uciąłem, zeskakując z głazu. Nickolas tylko sapnął z niezadowoleniem i poczłapał do innych wilków. Kiedy chciałem odejść w ustronne miejsce, zaczepiła mnie ponownie Filos.
- I co? Zdecydowałeś się już?
- Sądzę, że owszem.
- Więc... jak brzmi odpowiedź?
- Zgadzam się.
Na pysku wadery zakwitł uśmiech. Pobiegła natychmiast po Warrora, z którym rzeczywiście musiała się wcześniej rozmówić. Zbadał mnie dokładnie wzrokiem i na końcu oświadczył:
- Sądzę, że powinienem dać radę utrzymać czar. Wystarczy zmienić kolor oczu, zabarwić futro może na szaro, wydłużyć je nieco i załatwić jakieś przebranie, lecz je akurat lepiej uszyć własnoręcznie. Nie wiem, czy zdołałbym wtedy stabilnie utrzymać złudzenie.
- Przebranie? - powtórzyła zmartwiona Filos - Nie mamy chyba żadnego krawca w Czarnym Królestwie.
Zapanowała cisza.
- Może jest, ale nie chce się ujawnić? - zasugerował Warror - Nie chce mi się wierzyć, aby na tyle wilków nikt nie umiał się posługiwać igłą i nitką.
- O ile mamy jakieś materiały i sprzęt do szycia - mruknęła.
- Raczej wystarczą nawet koce, więc to nie problem. Pozostałe rzeczy też można jakoś na pewno zdobyć.
- Powinniśmy poszukać krawca, by się tym naprędce zajął. Najlepiej niech to będzie ktoś, kto nie ma zbyt wielu zajęć na głowie.
Filos popatrzyła w zamyśleniu na Warrora, wyliczając cicho pod nosem, kto czym miał się zająć, aż w końcu nie doznała olśnienia.
- Anonim. Anonim nic nie robi.
Warror prychnął.
- Mówił, że to czas rodziny, a my jesteśmy dla niego obcymi, dlatego nie zamierza się ruszyć z szałasu.
- Ja jednak sądzę, że warto chociażby spróbować - zarządziłem. Chcąc nie chcąc musieli się ze mną zgodzić, więc czym prędzej pospieszyłem do jego mieszkania. Zapukałem do drzwi. Otworzył mi dopiero po dobrej chwili, mierząc mnie chłodnym spojrzeniem jednego oka.
- Witam, potrzebujemy kogoś, kto uszyje mi przebranie.
- Jakie znowu?
- Dziadka Z Brodą.
Patrzył na mnie przez dobrą chwilę, aż w końcu na jego pysku nie pojawił się szyderczy uśmieszek.
- Taki Santa Claus?
Popatrzyłem na niego, niczego nie rozumiejąc. Westchnął z dezaprobatą.
- Nie umiem szyć.
- Może to najwyższa pora, byś się nauczył? Na pewno potrafisz chociażby nawlec na igłę nić i zrobić najprostszy ścieg.
- Nie biorę udziału w...
- Sądzę, że powinieneś się choć spróbować z nami zintegrować. Jesteśmy rodziną, a jeśli to dla ciebie niewłaściwe słowo, możesz zawsze nazwać nas drużyną. Musimy być ze sobą zgrani. Pozostali są już zajęci innymi rzeczami, aby wszystko zagrało.
Przez chwilę jeszcze się wahał, aż w końcu nie otworzył drzwi szerzej.
- Opowiedz mi, jak wygląda ten cały... Dziadek Z Brodą. Pomyślę, co z tym zrobić.
***
Kiedy słońce powoli chyliło się ku zachodowi, przystąpiłem do realizacji mojego głównego planu. Stojąc na jednym z nieco niższych szczytów Gór Amukudyeroweji, skupiłem się najbardziej jak tylko mogłem, starając się skumulować w łapach jak najsilniejszą moc. Wokół mnie zaczęły wirować liście opadłe jeszcze w jesieni. W końcu czując, że tracę powoli oddech z nadmiaru energii w ciele, pozwoliłem mocy się uwolnić. Stężona miała kolor fioletowy. Lśniąca bryza im wyżej się unosiła, tym bardziej rozszalałej wichury miała postać i coraz ciężej było nad nią sterować. W jednej chwili zrobiło się zimno, a najsilniejszy wiatr był na tyle wysoko, że ciężko było dostrzec, czy cokolwiek się dzieje. Ja jednak czułem, że zaklęcie zadziałało. Zamknąłem oczy, starając się jak najdokładniej wyobrazić sobie, gdzie wichry mają się kierować.
Dopiero pozwoliłem sobie odpuścić po godzinie nieustannego używania mocy. Bezsilnie padłem na ziemię. Ledwo dychałem z wysiłku. Wtedy na mój nos spadł pierwszy płatek śniegu. Uśmiechnąłem się do siebie. Udało się. Uniosłem wzrok i dojrzałem, że w istocie wisiały nad całą okolicą gęste, szarawe chmury, z których stopniowo zaczynał prószyć śnieg.
***
Kiedy wróciłem, było już ciemno. Członkowie Czarnego Królestwa zbierali się we wskazanym miejscu, przy prowizorycznym stole, na którym tańczyły pojedyncze płomyki ognia wyczarowane przez Fade'a, tym samym oświetlając pachnące już z odległości potrawy. Dopiero w tym momencie zacząłem odczuwać magię tych świąt.
- Severus, szybciej! Bo nam zaśnieży cały stół! - zaśmiała się Lucy. Uśmiechając się szeroko, przyspieszyłem kroku. Bezinteresowne prezenty były zdecydowanie najlepsze. Nie musieli się nigdy dowiadywać, że pierwszy w życiu śnieg szczeniaków spadł dzięki mojej interwencji. Kiedy wilki w końcu mnie ujrzały, zniecierpliwione powstały, gotowe na moje słynne przemówienie.
- Po raz pierwszy spotykamy się w tak licznym gronie, by celebrować Święto Narodzin Shianuraoztanadesa, co mnie niezwykle raduje. Przyjemnie było patrzeć na współpracę wszystkich członków Czarnego Królestwa i wspólnie spędzony czas. Był on co prawda szczególnie pracowity, jednak i za razem jednym z najwspanialszych w roku. Sądzę, że w przyszłym możemy to powtórzyć, wyprawiając dużo huczniejszą imprezę, tym razem już w budynku Czarnego Królestwa. Tymczasem musimy się zadowolić wieczerzą na świeżym powietrzu. Chciałbym wam wszystkim życzyć wielu wspaniałych chwil wraz z pozostałymi wilkami, zdrowia w nadchodzącym roku, powodzenia we wszystkim, czego się tylko podejmiecie i rzecz jasna wielu zaskakujących przygód oraz nowych doświadczeń.
- I prezentów! - dorzuciła Istoria, która połowę swojej uwagi poświęcała na obserwację spadających płatków śniegu.
- I prezentów. Teraz możemy zmówić modlitwę.
Większość wilków złożyło krótkie modły, pozostali, niewierzący, po prostu wodzili wzrokiem po pozostałych. Anonim cały czas na mnie patrzył, jakby chciał coś powiedzieć. Po zakończonej modlitwie zaciągnąłem go na stronę. Nie musiałem pytać, w czym rzecz, bo sam bez ogródek wypalił:
- Uszyłem. Jest w twojej chacie.
Chwilę później przyszedł do nas Warror. Ku mojemu zdumieniu wszystkie pakunki zorganizowane przez resztę wilków również walały się po moim mieszkaniu. Anonim wszedł do środka i już chwilę później przyniósł mi przebranie, które wprawiło mnie w osłupienie. Było solidniej i lepiej wykonane, niż sobie to wyobrażałem.
- Zapewniałeś, że nie umiesz szyć...
- Severus, ruchy! Bo szczeniaki zaczną się niecierpliwić! - ponaglił Warror, który zamykając za sobą drzwi, rzucił na mnie czar, od którego zakręciło mi się w nosie. Kiedy kichnąłem, spostrzegłem, że spadła ze mnie część czarnego futra, a ja zrobiłem się szarawy. Najwidoczniej iluzja zaczęła działać.
- Teraz jeszcze tylko wciśniesz się w te ciuszki, zapakujesz prezenty i w drogę!

<chętny?>

poniedziałek, 3 października 2016

Od Severusa "Tajemnicze przejście" cz. 12 (cd. Lucy)

Zauważyłem, że Lucy słysząc ryk potwora postanowiła doczołgać do mnie. Obserwuję jej każdy ruch, czując coraz to większe zawroty głowy. Zaraz zemdleję - powtarzałem sobie w myślach.
- Severus! Co ja zrobiłam?! Gdybym nas nie zatrzymywała byłbyś teraz bezpieczny... - wykrzyknęła, przywierając do mojej koszuli, która teraz stopniowo stawała się czerwona od krwawiącego łokcia.
- Lucy... To nieważne. Zostaw mnie. Jeśli teraz ruszysz do teleportu, potwór zajmie się mną. Uciekaj... - wyszeptałem mocno roztrzęsiony głosem. Byłem już naprawdę słaby. Zdrowa ręka trzęsła mi się niemiłosiernie. Nie wytrzymam tak długo, to jest pewne. Kolejny ryk obcej istoty. Zacisnąłem powieki, nie zważając na całą resztę świata. Czekałem tylko, aż Lucy się ode mnie oderwie i pobiegnie, by ratować swoje życie. Jest jeszcze taka młoda, ma jeszcze tyle lat przed sobą...
- Nie zostawię cię samego. Ani teraz, ani nigdy - oznajmiła stanowczo. Słyszę dźwięk łamanych gałęzi. Już jest blisko.
- Biegnij...
Kiedy równie rozdygotana Lucy odrywa się od mojej piersi rozchylam lekko powieki, chcąc skontrolować, jak daleko już jest... Ta jednak stoi zwrócona do mnie plecami i unosi coś wysoko ponad głowę. Chciałem ją po raz kolejny przekonać do ucieczki, gdyż potwór znajdował się raptem kilkanaście metrów od nas i zbliżał się w zawrotnym tempie, jednak ona mnie wyprzedziła, krzycząc:
- Możesz mnie zabić, ale Severusa nigdy nie pozwolę ci skrzywdzić!
Cisnęła trzymanym przedmiotem o ziemię. Dookoła pojawił się pomarańczowy pył. Odruchowo zamknąłem oczy. Następnie usłyszałem dzikie piski i ryki dziwnej istoty. Różnorakie podmuchy wiatru sprawiły, że choć spróbowałem spojrzeć, co się dzieje, jednak w tej samej chwili potwór wziął zamach dziobem i uderzył w brzuch mojej przyjaciółki. Jej ciało uderzyło o korzeń olbrzymiego drzewa. Obejrzałem się raz jeszcze, dostrzegając, że nasz przeciwnik runął na ziemię, a jego skóra jest porozcinana w wielu miejscach. Nie miałem teraz czasu na zastanawianie się nad tym, co się stało, bo przysunąłem się bliżej Lucy, idąc chwiejnie na kolanach.
- Lucy...? Co ci jest? - wyszeptałem, odgarniając jej włosy z czoła i badając gorączkowo spojrzeniem jej brzuch, czy nie stało jej się nic poważniejszego. Niestety nie ja zdawałem medycynę, a mój brat. - Ryzykowałaś dla mnie życiem. Po co to zrobiłaś?
- Ty zrobiłbyś dla mnie to samo... - wycharczała.
- W każdym razie... Jak się stąd wydostaniemy? - zapytałem, badając spojrzeniem wysepkę, górującą wysoko nad naszymi głowami, na której znajdował się portal.
- Żadne z nas nie może nawet wstać, a mamy przed sobą kilka kilometrów wędrówki... - powiedziała ledwo słyszalnie, a później jej mięśnie zelżały. Nim zdążyłem krzyknąć do niej, by spróbować ją wybudzić, mnie również świat wywrócił się do góry nogami. Ostatnie, co ujrzałem to niewyraźny zarys ludzkiej sylwetki, autentycznie należący do kobiety.
***
Rzecz, która mnie wybudziła była ostrym, dość duszącym zapachem. Zacząłem kaszleć, co sprawiło, że głowa zaczęła mnie niemiłosiernie boleć, zupełnie jakby miała pęknąć na pół.
- Słyszysz mnie? - głos podrażnił me uszy. Od razu zapragnąłem pozbyć się jego źródła, więc wykonałem wyjątkowo nieumyślny ruch ręką.
- Severus... siedzę metr od ciebie. Nie uderzysz mnie. Czy mnie rozumiesz?
Mruknąłem coś niezrozumiałego nawet dla mnie i przechyliłem głowę. Na nic więcej nie było mnie stać.
- Co się wcześniej stało? Możesz mówić?
Ponownie spróbowałem podnieść rękę, by ponownie podjąć próbę uderzenia jej, ale tym razem sprawiło mi to dużo większy problem, więc uniosłem ją na zapewne raptem kilka centymetrów. Usłyszałem westchnięcie.
- Czyli rozumiem, że nie... do jasnej anielki, nie mam wieczności!
Moją czaszkę przeszył ból tak gwałtowny, że aż wrzasnąłem. Na uderzenie w głowę zdecydowanie nie byłem przygotowany. Odruchowo przechyliłem się na drugi bok i objąłem twarz ręką, którą mogłem ruszać. Cały czas nie otwierałem oczu.
- Zostaw... zostaw... mnie... - wymruczałem niewyraźnie, ale chyba zrozumiała.
- Robisz postępy, widzę... jak cię uderzę raz jeszcze, to zaczniesz mówić normalnie?
- Nie - oznajmiłem, masując zbolałe miejsce.
- Daję ci trzy minuty na ogarnięcie się i przypomnienie tego, co cię tak poturbowało i robię ci przesłuchania. Tylko się już tak nie rzucaj. Zszyłam ci rękę.
Usłyszałem, że się oddala. Kiedy miałem już pewność, że nie ma jej w pobliżu, uchyliłem oczy i ponownie ułożyłem się na plecach. Widziałem podwójnie. Wielokrotnie mrugałem, jednak bez zmian. Cały czas wszystko mnie bolało i nie mogłem logicznie myśleć. Co się stało? Dlaczego?
Dopiero chwilę przed nadejściem ciemnej wadery przypomniałem sobie całą tą niewygodną sytuację. Patrząc na nią już z nieco większą świadomością doszedłem do wniosku, że była to nasza lekarka, Shaten. A ja zachowywałem się przy niej nie jak przystało królowi, tylko jak pierwszy lepszy debil. Brawo, Severus. To z całą pewnością pierwszy krok do bycia szanowaną osobistością.
- I jak? Już sobie przypomniałeś?
Niechętnie skinąłem głową. Ponownie uderzyło mnie odrętwienie i znużenie. Nie mogę przecież teraz zasnąć.
- My... byliśmy w innym wymiarze - wymamrotałem - Potwór... tak, potwór.
- To ci się śniło? Czy może jaja sobie robisz?
Nie odpowiedziałem, bo ponownie odpłynąłem w stan słodkiej nieświadomości.
***
Kiedy otworzyłem oczy, spostrzegłem, iż dalej byłem w tym samym miejscu w identycznej pozycji. Przepocone ubranie wskazywało na to, że spałem dłużej, niż godzinę.
- Shaten? - odezwałem się zachrypniętym głosem. Cisza. Uniosłem głowę, mrużąc oczy i rozejrzałem się po szałasie. Bylem sam. Wszystko bolało mnie trochę mniej. Pewnie wstrzyknęła mi coś na znieczulenie. Uniosłem zdrową rękę i poruszyłem palcami. Jednak u tej drugiej nie udało mi się nawet unieść nawet na kilka centymetrów. Lepiej jej nie nadwyrężać. Leżałem tak jeszcze przez chwilę, zastanawiając się nad tym, cóż począć, aż w końcu nie zdecydowałem się na wstanie z łóżka. Zrobiłem to powoli, z uwagi na to, że ponownie zaatakowały mnie nieprzyjemne mdłości. Najbardziej zastanawiało mnie w tej chwili to, co się stało z Lucy. Miałem cichą nadzieję, że tam nie została... Ostrożnie zacząłem stawiać kroki i zaglądać w każdy możliwy zakątek miejsca, które zostało okrzyknięte przez członków królestwa "szpitalem". Wszystkie pozostałe łóżka pozostały jednak puste. Podpierając się ramy drzwi wyjściowych i mrużąc oczy patrząc w jasność dnia, namyślałem się nad tym, gdzie jeszcze mógłbym próbować jej odszukać. W końcu doszedłem do wniosku, że najprostszym pomysłem będzie zajrzenie do jej szałasu. Shaten nie będzie zachwycona, gdy zorientuje się, że jej uciekłem, ale chęć skontrolowania stanu przyjaciółki stała się dla mnie ważniejsza.
Drzwi od jej szałasu otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Cały czas trochę kręciło mi się w głowie od środków znieczulających, robiło mi się zimno i gorąco na przemian, jednak udało mi się dostrzec Lucy leżącą na swoim posłaniu. Była w swojej ludzkiej formie. Powoli podszedłem bliżej. Lekko poruszała głową przez sen. Musiała mieć koszmary. Ukucnąłem przy niej, o mało nie tracąc równowagi i nie upadając.
- Lucy? - wyszeptałem, dotykając lekko dłonią jej policzka. Ona na to odsunęła twarz. Jest gorąca - pomyślałem ze smutkiem. Sapnąłem cicho, siadając tuż obok niej. Przez kilkanaście minut okazjonalnie sam tracąc kontakt z rzeczywistością patrzyłem, jak zmaga się z koszmarem. Z jednej strony nie powinna tak cierpieć, ale z drugiej powinna choć trochę się zdrzemnąć. W tym stanie nie umiałem logicznie myśleć. Zamiast tego przysunąłem roztrzęsioną rękę bliżej jej i delikatnie ją ścisnąłem. Miała ją zdecydowanie mniejszą, drobniejszą, niepokrytą dziesiątkami maleńkich blizn i wcale nie szorstką. Potarłem kciukiem jej dłoń, uśmiechając się delikatnie, po czym straciłem przytomność.
***
Obudził mnie wrzask przerażenia. Nie spodziewając się takiej sytuacji, odruchowo spróbowałem usiąść, jednak zaczęło mnie wszystko boleć. Ponownie widząc naprawdę niewyraźnie dostrzegłem, że Lucy już się obudziła. Pierwsze co przyszło mi do głowy, to wyciągnięcie w jej stronę zdrowej ręki, gdyż tą drugą wciąż nie mogłem ruszyć. Ona chyba też nie do końca świadoma tego, co się dzieje zrozumiała ten gest i przytuliła się do mnie, jednocześnie jęcząc z bólu.
- Lucy... - wymamrotałem po jakiś dwóch minutach płakania w moje ubranie - Pójdę po Shaten.
Początkowo chyba chciała przeczyć, ale szybko uznała, że to bez sensu i że tak będzie najlepiej. Ponownie układając się na łóżku pozwoliła mi wyjść chwiejnym krokiem z szałasu.
Gdy tylko stanąłem przed wątpliwej wytrzymałości chatką od razu zauważyła mnie wściekła Shaten, która dostrzegając mnie i idąc w moim kierunku, zmieniła się w postać ludzką.
- Zwariowałeś?! Jeszcze nie do końca opracowałam lek na tą truciznę, a ty ot tak sobie chodzisz, pozwalając przedostać się jej do reszty ciała?!
- Nie wiedziałem...
- Wracaj do szpitala!
- Ale... Lucy - popatrzyłem w kierunku jej szałasu. Shaten szybko pojęła w czym rzecz, bo bez słowa rzuciła się w stronę drzwi i weszła do środka. Ja powoli, ostrożnie stawiając kroki podążyłem za nią.
- Co ja ci mówiłam? Masz iść do szpitala.
- Wybacz mu... Facet podczas choroby cierpi bardziej niż kobieta podczas porodu. Trzeba się nim opiekować jak dzieckiem - zaśmiała się lekko Lucy, choć raczej to wyglądało na próbę kaszlnięcia. Lekarka prychnęła, jednak na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Zmarszczyłem brwi. Nie do końca zrozumiałem te konspiracje.
Przed pójściem do szpitala posłałem im jeszcze przelotne spojrzenie. Shaten akurat sprawdzała, co dolega Lucy. Stwierdziła złamanie kilku żeber.
***
Minęło kilka tygodni. Lekarka pozwoliła mi się przenieść do własnej chatki, jednak ograniczać się do jak najmniejszej aktywności fizycznej. Lucy przez większość tego czasu przebywała u siebie, nie w szpitalu jak ja. Jednak kiedy tylko istniała taka możliwość odwiedzaliśmy siebie nawzajem. Czasem robiliśmy to potajemnie przed surową Shaten. Biegaliśmy między drzewami trochę jak dzieci.
Siedziałem akurat przy oknie i wpatrywałem się tępo w malujący się tam jesienny krajobraz, kiedy usłyszałem głos Lucy:
- Sevciuuu... Zmień się w człowiekaa.
- Po co? - zapytałem, odwracając się w jej stronę. Nie słyszałem jak wchodzi. Chyba po raz pierwszy odwiedzała mnie tutaj, a nie w szpitalu. Najczęściej chyba jednak to właśnie ja witałem u niej.
- Chcę ci zapleść warkoczyki.
Uniosłem brwi zaskoczony. Jej uśmiech zdradzał istne podniecenie tą wizją. Faktycznie przez ostatni czas nie zawracałem sobie głowy ścinaniem włosów, przez co były teraz dość długie, a to najwidoczniej wprawiało moją przyjaciółkę w istne podekscytowanie. Zmieniłem się w człowieka.
- Czemu nie - wzruszyłem ramionami. Dziewczyna przyklasnęła, po czym kazała mi usiąść na wytartym dywaniku. Usiadła tuż za mną i zabrała się za robotę.
- Widzę, że znacznie ci się polepszyło - stwierdziłem.
- Tobie chyba też. Shaten pozwoliła ci pić kawę? - zapytała zapewne czując w powietrzu aromat jej ulubionego napoju.
- Można tak powiedzieć... Mam ci też zaparzyć jak skończysz?
- Jeśli możesz. Byłoby mi niezmiernie miło.
Przez chwilę ze spuszczoną głową wpatrywałem się w siną, dotąd nadal nieruchomą lewą rękę.
- I co? Nadal z nią bez zmian? - zadała pytanie zmartwiona Lucy.
- Zgadza się. Jeśli jutro nie odzyskam w niej czucia, Shaten będzie zmuszona mi ją amputować.
- Będziesz bezręki jak pirat - zaśmiała się lekko - Chociaż piraci częściej nie mają nogi niż ręki. Albo oka. Zupełnie jak ten... jak mu było...? Anonim?
- Owszem - odparłem, przypominając sobie młodego basiora. Cały czas w duchu nie mogłem się pogodzić z tym, że trucizna choć mnie nie zabiła, to sprawiła, że będę zapewne kaleką aż do końca życia.
- Nie czujesz się dziwnie na myśl, że za niedługo zapewne będziesz musiała patrzeć na to, jak kuleję na trzech łapach i już nie będziesz mogła krzyczeć "weź mnie na ręce, bo mnie nogi bolą"?
- Oj, tam. Jak się postarasz, to udźwigniesz mnie i jedną ręką - zrobiła pauzę - No chyba, że uważasz, że jestem gruba.
- Kobiety... - westchnąłem. Ona na to tylko parsknęła ironicznym śmiechem i dalej zaplatała drobne warkoczyki - Nadal mi nie odpowiedziałaś.

<Lucy?>

niedziela, 21 lutego 2016

Od Severusa "Tajemnicze przejście" cz. 10 (cd. Lucy)

Krew mi nieprzyjemnie pulsowała w żyłach, gdy powoli odzyskiwałem świadomość. Najwyraźniej zasnąłem... i poczułem, ciepły oddech na swoim karku. Wciąż nie całkiem przytomny rozchyliłem powieki, by zobaczyć drzemiącą Lucy. Obejmowała mnie w pasie, wtulona w moją szyję. Leżała niemalże przyciśnięta swoim ciałem do mojego. Ja zacząłem się tylko zastanawiać, dlaczego jest tak blisko, a nie leży nieco dalej... kiedy uświadomiłem sobie, co działo się dnia poprzedniego, natychmiastowo zrobiłem się czerwony. Jedzenie tychże owoców nie było dobrym pomysłem... nie uśmiechało się do mnie ponowne skosztowanie ich. Nie chodziło tu o dość dziwaczne widzenia, lecz o niechciane zbliżenie z przyjaciółką, która zapewne będzie mi to wielokrotnie wypominać w przyszłości. Szarpnąłem lekko ramieniem, na którym dziewczyna miała ułożoną głowę, przez co mruknęła cicho, chcąc dać mi do zrozumienia, że chce jeszcze chwilę pospać. Westchnąłem. I co mam teraz zrobić?
Popatrzyłem w rubinowo-brzoskwiniowe niebo, po którym spokojnie płynęły beżowe chmury. Dziwne urojenia zniknęły, a wszystko wyglądało ponownie tak, jak w momencie naszego przybycia. Gdzieś tam wysoko nad nami malował się cień wielkiego drzewa, w którym znajdował się portal. Przymknąłem powieki. Na nowo uderzyło mnie znużenie. Byłem już zmęczony. Chciałem wracać. Ten wymiar aż za bardzo przypominał mi Ogród. Różniły się między sobą tylko i wyłącznie tym, że ten wymiar był nieco "podkoloryzowany". To jednak było tak samo złe, jak to, co miałem okazję przeżywać w swoim "królestwie". Jednak nie chodziło mi tu o Czarne Królestwo, lecz to okrutne więzienie, z którego nie w sposób uciec. Było to niemalże niewykonalne.
- Severus...? - mruknęła dziewczyna.
- Tak?
- Co się wczoraj stało? - zapytała. Przez chwilę wstrzymałem oddech, gorączkowo rozmyślając, co miałbym odpowiedzieć.
- Pojęcie "wczoraj" tutaj zanika. Wygląda na to, iż tutaj noc nigdy nie zawitała.
- Drobiazg - odpowiedziała, jeszcze bardziej wtulając się we mnie - To co się stało? Opowiadaj.
- Co się stało...? - z sykiem wciągnąłem powietrze - Nic się nie stało.
- Nie kłam - zaśmiała się lekko, wciąż w połowie drzemiąc.
- Różne... dziwne rzeczy - dalej zbywałem jej pytanie.
- To znaczy jakie?
- Nie warto tego roztrząsać - odpowiedziałem, siadając. Głowa Lucy zsunęła się na miękką trawę, ale to wystarczyło, aby wyraźnie niezadowolona posłała mi spojrzenie rozgniewanej dziewczynki.
- A było mi tak ciepło i przyjemnie...
Nie odpowiedziałem, bo już powoli wstawałem i zaczynałem się rozglądać na boki. Na nowo poczułem dziwny niepokój, jakby zaraz miało się coś stać. Coś złego. Lucy wcale nie wyglądała na zestresowaną, bo całkowicie spokojna przeciągnęła się, jednocześnie ziewając szeroko.
- Nie dasz się nawet wyspać... - narzekała dalej. Nie wątpiłem w to, że pamiętała wydarzenia sprzed naszego zaśnięcia, a jeśli nawet się myliłem, z całą pewnością prędzej czy później to sobie przypomni. Zadrżałem. Wolałem, aby nie oglądała po raz kolejny mojego idiotyzmu tak ogromnego, że moja matka z całą pewnością przewracałaby się w grobie, nie mogąc pojąć, jakim cudem jej syn zachował się tak karygodnie. Lucy była dla mnie przyjaciółką. Nawet bardzo dobrą przyjaciółką. Jak więc mogłem ją pocałować? Jak mogłem popełnić tak haniebny czyn? To aż po prostu nie mieściło mi się w głowie.
- Jestem głodna - oświadczyła dziewczyna. Jako, że do tej pory stałem odwrócony do niej plecami, teraz odwróciłem się do niej przodem. Miałem cichą nadzieję, że cień padający na moją twarz przez wiecznie wschodzące słońce (o ile to w ogóle można było nazwać słońcem, co raczej jakąś bliżej nie zidentyfikowaną świecącą gwiazdą aż do złudzenia podobną do naszego Słońca) skutecznie zamaskował rumieniec odmalowany na moich policzkach.
- Chcesz po raz kolejny zjeść coś, po czym będziesz się zachowywać jakbyś była nietrzeźwa za równo przez alkohol, jak i przez narkotyk? - zapytałem, zachowując całkowitą powagę.
- Dlaczego by nie? - odpowiedziała zachowując niezwykle lekki ton głosu. Westchnąłem.
- Ja w każdym razie nie mam zamiaru tego powtarzać.
- Czemu?
- Jeszcze pytasz? - popatrzyłem na nią spod przymrużonych powiek, krzyżując ręce na piersi. Wywróciła oczami.
- Daj spokój... to przecież nic wielkiego.
Ponownie nie odpowiedziałem jej, tylko ponownie odwróciłem się w stronę świecącej planety pnącej się po niebie. Mogła zawsze stać w miejscu, jednakże ciężko było to zaobserwować, skoro byliśmy tu tak krótko.
- Pusto tu trochę... nie uważasz? Nigdzie ani śladu żywej duszy... - powiedziała, chcąc przerwać ciszę.
- Może i to nawet lepiej - odparłem.
- Dlaczego?
- Nigdy nie wiadomo, co może zamieszkiwać te tereny. I równie dobrze może być tak samo nieświadome tego, co robi, jak my wcześniej.
- W końcu rosną tu jakieś jadalne owoce... czyli jest szansa, że coś tutaj mieszka - rozmyślała na głos. Zacisnąłem dłonie w pięści.
- Już skończ, proszę. Tylko tego nam brakuje, aby coś nas zaatakowało. Skoro jesteś głodna to znak, abyśmy jak najszybciej wrócili do Królestwa.
Dziewczyna westchnęła niezadowolona. Wciąż siedziała na ziemi, więc zaczęła ręką gładzić miękką niczym puch trawę. Kątem oka obserwowałem jej poczynania.
- Potrzebujesz odrobiny rozluźnienia... chcesz robić wszystko już i teraz, im szybciej, tym lepiej... - przestała przeczesywać palcami trawę - Ty zawsze taki jesteś w obliczu nieznanego. Na co dzień robisz wszystko spokojnie i powoli. To przecież nie ma sensu. Boisz się nieznanego? A może przyszłości?
Milczałem. Sam dopiero zdałem sobie z tego sprawę, że rzeczywiście miała rację. Jednak nad powodem sam musiałem się chwilę namyślić, gdyż sam nie znałem dokładnej przyczyny takiego postępowania. Sposób myślenia, jaki sobie ukształtowałem mógł być spowodowany moimi przeżyciami. Miałem tu głównie na myśli długotrwałe zamieszkiwanie Ogrodu Cienia oraz bardzo nieprzyjemną przygodę z bratem. Wszystko to, w co wierzyłem, w jednej chwili roztrzaskało się na tyle kawałków, że nawet za wiele lat nie zdołałbym tego ułożyć w jedną, spójną całość. Całe moje życie w jednej chwili legło w gruzach. Walka o przetrwanie w Ogrodzie wymagała ode mnie nieustannej uwagi, skupienia i kontrolowania, czy potwór chcący ze mnie zrobić sobie przekąskę nie stał tuż za mną. Musiałem mieć się cały czas na baczności, gdyż przez cały czas byłem narażony na atak nieprzyjaciela. Zabić mnie mogło dosłownie wszystko, a mimo to uszedłem z życiem. Cały czas nie mogę uwierzyć jak. Od wtedy właśnie zacząłem wierzyć w cuda.
Kiedy udało mi się uwolnić i trafić do Watahy Szlachetnego Kamienia poczułem ustabilizowanie, grunt pod nogami i pewność, że jestem wśród swoich. Nie bałem się tak jak wcześniej. Wciąż pozostało przeczucie, że strażnicy z Białego Królestwa mogą mnie odnaleźć i spalić całą watahę, a mimo to tego nie zrobili. Moja siostra, Fire była agentem mojego brata. Jednak do teraz mu nie powiedziała prawdy o tym, że mnie odnalazła, ani tym bardziej gdzie. Wciąż nie mogłem pojąć, dlaczego tego nie zrobiła. Pewnie dostałaby jakieś wynagrodzenie i wysokie stanowisko wraz z wszelakimi przywilejami, jakiego pozazdrościłby jej niejeden wysoko postawiony porucznik armii. Glory był do tego zdolny. Do niesprawiedliwości i nierówności.
Po tym wszystkim została we mnie cząstka "starego ja" i "nowego ja". Obecnie byłem zbudowany z właśnie tych przeżyć. Połączeniem tych dwóch określeń, tych dwóch czasów. Nie mogę pojąć, jakim cudem jeszcze niedawno broniłem się przed kolejnymi ferangami, a teraz pracuję nad wybudowaniem Czarnego Królestwa. Pozostała we mnie cecha, dzięki której potrafię walczyć za wszelką cenę o przetrwanie. Pilnuję tego, co mam, żeby tego nie stracić. Nie stracić życia. Jestem czujny. Potrafię z tym walczyć, lecz kiedy jest to konieczne, daję się ponieść intuicji. I to właśnie na niej polegam przez znaczną część swojego życia. To właśnie jej zawdzięczam to, że wciąż tutaj jestem.
- Odpowiesz ty mi wreszcie czy nie? - moje rozmyślania przerwała mi Lucy. Na nowo odwróciłem się w jej stronę, patrząc z góry na jej orzechowe oczy.
- Nie mam pojęcia. Wiem tylko tyle, że rzeczywiście powinniśmy stąd odejść, i to jak najprędzej. Może kiedy indziej wrócimy, ale dopiero wówczas, kiedy będziemy dobrze przygotowani na taką podróż.
Lucy nie komentując podniosła się z trawy i stanęła u mojego boku.
- Skoro pan przywódca tak zarządza, chodźmy więc - zadrwiła, ale zignorowałem to. Miała prawo być zła, chociażby za to, że mogła być nieco zmęczona i niewyspana. Ja również najchętniej jeszcze uciąłbym sobie drzemkę, ale poczucie, że coś nas zaraz zaatakuje nie dawało mi spokoju. Złudnie pewien siebie ruszyłem na prawo, czyli w stronę, z której przyszliśmy. Szliśmy w milczeniu. Po kilku minutach drogi mój wzrok przykuło kolejne stado jasnych, błyszczących kulek zbliżających się w moją stronę. Otworzyłem usta, aby powiadomić o tym dziewczynę, lecz ta już patrzyła w tamtym kierunku. Wyglądała na zamyśloną, ale nie chcąc jej przeszkadzać, powstrzymałem się od wszelkich uwag.
Kiedy byliśmy już około sto metrów od olbrzymiego korzenia, po którym zeszliśmy na dół, usłyszałem dziwny, szeleszczący dźwięk. Nadstawiłem słuchu, nieco zwalniając.
- Co jest? - zapytała Lucy, patrząc na moją twarz w zaciekawieniu. Uniosłem dłoń, dając znak, aby zamilkła. Zatrzymałem się, oczekując na powtórzenie się dźwięku. Nic. Cisza.
- Co się dzieje? - dopytywała dalej. Tym razem nieco ściszyła głos, nerwowo wodząc wzrokiem po okolicy. Łąkę, na której obecnie staliśmy, porastało kilka fantazyjnych krzewów z gałązkami, na których znajdował się jakiś miękki, różowy puch, a gdzieniegdzie wyrastały drzewa owocowe. To właśnie tam skupiłem swój wzrok. Ona również zaczęła tam patrzeć. Stała na tyle blisko, że zorientowałem się, iż z napięcia przestała oddychać. Najwyraźniej zrozumiała, że rzeczywiście nie jesteśmy sami.
- Ksssa...hhhooo heeeramgoa...! - usłyszeliśmy cichy, syczący głos. Zamarłem. Istota mogła stać dziesięć metrów od nas, a mimo to wyraźnie ją usłyszeliśmy.
- Lucy...
- T-tak? - wyjąkała.
- Uciekajmy - zarządziłem, nie wykonując żadnych innych ruchów, prócz stania i wpatrywania się w krzaki, choć doskonale wiedziałem, że obca istota zamieszkująca ten wymiar musiała stać za nami. Moja towarzyszka przełknęła ślinę, powoli i delikatnie potakując. Potwór ryknął potężnie, na co ja i Lucy równocześnie rzuciliśmy się do panicznej ucieczki. Zostało sto, dziewięćdziesiąt, osiemdziesiąt, siedemdziesiąt metrów... I wtedy cały świat wywrócił się do góry nogami, a ja poczułem palący ból w kręgosłupie. Upadłem, miażdżony ciężarem istoty. Miała łapy, a raczej szpony zakończone ostrymi pazurami. Posiadała dwie nogi, przez co od razu skojarzyłem ją z jakimś ptakiem. Syknęło mi prosto do ucha. Wciąż w połowie ogłuszony leżałem w trawie, mrużąc oczy. Mógł ważyć około stu kilogramów... może i nawet więcej. W każdym razie to wystarczyło, aby zdusić mi klatkę piersiową na tyle, że nie mogłem oddychać i miałem jednocześnie wrażenie, że zaraz popękają mi żebra.
Do moich uszu dobiegł wrzask Lucy, która najwyraźniej zawróciła, by mnie ratować. Potwór ponownie ryknął i zgramolił się ze mnie na tyle nieuważnie, że zostawił wzdłuż mojej ręki długie rozcięcie. Syknąłem z bólu. Nie mogłem złapać oddechu, jednak gdy uświadomiłem sobie, że istota właśnie pędzi w kierunku dziewczyny, błyskawicznie podniosłem się z ziemi i chwyciłem leżącą metr dalej ułamaną gałąź drzew. Zignorowałem brak tlenu w płucach. Ruszyłem najszybciej jak tylko mogłem w ślad za nim. Lucy krzyknęła po raz kolejny, zawróciła i pospiesznie zaczęła uciekać do korzenia. Stworzenie było nieco wyższe ode mnie i rzeczywiście miało dwie długie i powykręcane nogi, zginające się we wszystkie strony. Mimo ich patyczkowatej budowy poruszał się dwa razy szybciej niż ja, dzięki czemu już niemalże dosięgnęło swoim masywnym, lecz ostro zakończonym dziobem bark Lucy. Kłapało szczękami, usilnie próbując jej dosięgnąć, ale ta się nie poddawała i starała się przyspieszyć najbardziej, jak tylko może. Przypominał nieco ptaka, ale nie posiadał piór, ani też skrzydeł. Miał dodatkowo dwie krótkie łapki i wcześniej wspomniane długie szpony, na których się poruszał i które zapewne rozcięły mi rękę.
Wziąłem zamach i modląc się w duchu do Wikvirnitemojosa, rzuciłem patyk w stronę istoty. Ten zrobił kilka obrotów w powietrzu, po czym ku mojemu zaskoczeniu idealnie uderzył w głowę stworzenia, jednocześnie przebijając się przez jej delikatną strukturę i przebijając na wylot. Ptakopodobny, zwolnił rycząc najgłośniej jak tylko może. Lucy na to krzyknęła w odpowiedzi, sądząc, że ten wciąż ją dogania i potknęła się o skrawek gigantycznego korzenia. Upadła na niego, zdzierając sobie kolano. Wciąż zaskoczony swoim sukcesem zwolniłem, aż w końcu całkiem zatrzymałem się nad truchłem dziwnego stworzenia. Zacząłem mieć mroczki przed oczami, spowodowane niedotlenieniem organizmu.
- Już w porządku... nie żyje... - powiedziałem sapiąc. Lucy zaczęła cicho łkać, ni to żałując nad zdartym kolanem, ni to ze szczęścia, ni to ze strachu. Może po prostu z mieszanin uczuć. Dopiero teraz poczułem uderzający ból, jaki przeszywał moją rękę. Ponownie syknąłem z bólu, a kolana się pode mną ugięły. Zrobiło mi się gorąco i zimno za razem. Musiał mieć jakiś jad w pazurach... a przed nami jeszcze dobre kilka kilometrów wspinaczki na górę, plus kolejne kilka do Shaten. Bojąc się tego, co zobaczę, ostrożnie popatrzyłem na swój łokieć. Zobaczyłem mnóstwo krwi, rozorane mięśnie i gdzieniegdzie jaśniejsze fragmenty, które zapewne musiały być kością. Rozcięcie zaczynało się przy ramieniu, a kończyło kilka centymetrów za łokciem. Wyglądało wyjątkowo paskudnie... nie mogłem poruszyć całą ręką, ani tym bardziej jej zgiąć. Serce waliło mi jak młotem. Mogłem się wykrwawić, ale strach było mi to bandażować.
- Lucy... chyba mamy problem... - stęknąłem, już całkiem pozwalając się moim kolanom zgiąć, przez co uklęknąłem dobre trzy metry od korzenia, na którym ona obecnie leżała jak długa, wciąż cicho łkając. W oddali usłyszeliśmy kolejny ryk, tym razem dużo głośniejszy i groźniejszy. Cholera... mogłem zabić młode wyjątkowo mściwej matki.

<Lucy? Jak uratujesz ich z opresji? Mogą zawsze po prostu zwiać, ale wtedy trucizna w Sevciu będzie się szybciej rozprzestrzeniać lub wywali się w połowie drogi, nie mogąc wstać... no albo po prostu poślizgną się na korzeniu i spadną>

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Od Severusa "Znowu zacni goście" cz. 4 (cd. chętny)

Tak jak spodziewałem, chwilę później z cienia wychyliła się szara wadera, która nieufnie przesuwała wzorkiem między mną a Lucy. Gdy tylko Aria spostrzegła, że rzeczywiście miałem rację, natychmiast rzuciła się na nowo przybyłą, przez co ta upadła na ziemię.
- Ray! - pisnęła.
- Na chwilę cię spuścić z oka, Ay - mówiąc to, poczochrała jej grzywkę - A ty już się gdzieś zapodziewasz.
- Głodna byłam! - mruknęła, poprawiając swoją fryzurę. - Dziękuję. To właśnie jest Ravyn, moja siostra.
- Jestem Severus... - zacząłem, ale tak jak przypuszczałem, moja przyjaciółka również miała wiele do powiedzenia w tym temacie:
- A ja Lucy! Skoro wasza wataha nie żyje, to może szukacie jakiejś by dołączyć? Bo wiecie, jakby co to możecie być z nami, my z chęcią was przyjmiemy, bo...
- Lucy, spokojnie - westchnąłem, jednak w duchu lekko się uśmiechałem. Wadera zawsze była dość energiczna i choć zdążyłem już do tego przywyknąć, to i tak bywały chwile, kiedy to miałem ochotę wybuchnąć gromkim śmiechem, jednak moja pozycja oraz wrodzona powaga nie zezwalała mi na taki ruch.
- Ray, możemy?! Ray, proszę, Ray! - wykrzyknęła Aria, na co jej siostra odpowiedziała uśmiechem.
- Jeśli chcesz, mała... No, i oczywiście jeśli Władca pozwoli - przeniosła swój wzrok na moją osobę. Skinąłem głową, rozumiejąc, o co jej chodzi.
- Nic nie stoi na przeszkodzie, abyście mogły dołączyć.
- Słyszysz Ray?! Jesteśmy we watasze! Takiej prawdziwej! - piszczała mała, radośnie podskakując na wciąż rozłożonej na całej szerokości ścieżki siostrze.
- Tak dokładniej w Czarnym Królestwie - poprawiłem. Ta jednak zdawała się mnie już nie słyszeć. Przesadne podniecenie nowym środowiskiem nie pozwalało jej spokojnie stanąć w miejscu.
- Królestwie? - zapytała starsza z nich, strącając z siebie siostrzyczkę, następnie wstała i otrzepała z błota.
- Owszem - odpowiedziałem spokojnie. Lucy wciąż szeroko się uśmiechała, nie spuszczając z oczu młodszej z nich. Miałem niejasne wrażenie, jakby właśnie zastanawiała się nad tym, kiedy będzie miała własne szczeniaki. Oczywiście mogło mi się to jedynie zdawać.
- To znaczy... macie tu jakieś miasto? Pałac? Lub coś w ten gust?
- Tak jakby. Obecnie się budujemy, a kiedy skończymy, z całą pewnością będzie widać efekty. Oczywiście nie jest powiedziane, kiedy dokładnie wszystko będzie takie, jakie być powinno... na razie zostańmy przy tym, że obecnie znajdujemy się na najmniej cywilizowanych terenach Perallii.
- Peralla? Pierwsze słyszę o czymś takim - zaintrygowała się Lucy. Nie dziwiłem się jej. Byłem uczony jako książę, dlatego też o okolicy wiedziałem niemalże wszystko, a to, żeby ona pozostała w niewiedzy było wymuszone na mnie. Niektóre rzeczy mogłyby ją nieco zaskoczyć... ale właściwie nie ma czego tutaj ukrywać.
- Jeśli chcecie, mogę wam nieco przybliżyć ten temat.
Wyższa brązowa wadera entuzjastycznie pokiwała głową, a nowicjuszki widząc to, postąpiły tak samo... Pomijając szarą samicę, która zrobiła to jakby od niechcenia.
- W takim razie będę o tym mówił po drodze... nie ma sensu, abyśmy bezcelowo stali w miejscu - po tych słowach, aby podkreślić ich znaczenie, ruszyłem w stronę, gdzie wybudowaliśmy szałasy.
- W takim razie czym jest ta Peralla? - zapytała Ray, która choć początkowo wyrażała niechęć. Jednak być może chciała wymusić ode mnie jakieś informacje.
- Otóż Peralla to teren, dość obszerny, na którym się znajdujemy. Obejmuje on Czarne Królestwo, Białe Królestwo, Watahę Nuit Solitarie, Watahę Zorzy Polarnej, Watahę Tajemniczej Nocy, Watahę Ciemnej Nocy, Watahę Asai, Watahę Purpurowej Róży, Watahę Wilków Północy, Watahę Szlachetnego Kamienia oraz pomniejsze, nie zarejestrowane watahy, które mogły się utworzyć pod moją "nieobecność". Inne tereny, na które dzielimy Ziemię to Obbry, Lovdras, Ognist, Haomia oraz Nevramlan. Dla każdej z krain zamieszkiwanych za równo przez ludzi, jak i wilki oraz inne magiczne stworzenia, można wyróżnić inną faunę. Peralla jest dość zrównoważona klimatyczne, w Haomii przeważają równiny i tereny górzyste, a zimy bywają ostrzejsze. Tegoroczna jesień w Czarnym Królestwie mogła przybyć właśnie z Haomii.
- Matko... - westchnęła przerażona Lucy - Współczuję jej mieszkańcom. Muszą się z tym użerać co roku.
- Obbry jest najgorętsza i to właśnie tam mieszka najwięcej stad lwów i tygrysów. Lovdras z kolei to kompletne przeciwieństwo Obbry, gdyż tam panuje bezkresna zima, a wszystko skuwa lód. W Ognist oraz Nevramlanie przeważają zdecydowanie ludzie, choć w tym drugim tak samo często spotykane są różne odnogi i kombinacje istot ludzkich z nadnaturalnymi.
- Czyli to coś trochę jak kontynenty - podsumowała Lucy. Popatrzyłem na nią pytająco, zastanawiając się, cóż takiego wygaduje. Ona zauważywszy to, szybko pokręciła głową.
- Wybacz. Za dużo czasu spędziłam z ludźmi.
- Dużo wiesz o świecie - podsumowała Ray.
- Niekoniecznie... może jakąś wiedzę posiadam, aczkolwiek nie jestem typem podróżnika. Prawdę mówiąc nigdy nie postawiłem łapy poza Perallę i teoretycznie miałem okazję przebywać tylko w Białym Królestwie oraz Watasze Szlachetnego Kamienia. Nie mam pojęcia, jak wygląda ludzkie miasto, gdyż szczerze powiedziawszy mam co do niego pewne obawy. Zdaje się, że porównując się do Lucy, nie jestem "na czasie", a tam zwyczajnie uznano by mnie za dziwaka.
- Czyli musimy tam iść - roześmiała się Lucy. Popatrzyłem na nią, zastanawiając się, czy to był kolejny żart.
- Jakoś mnie tam nie ciągnie... - oznajmiłem po chwili, a następnie spostrzegłem, że już wkroczyliśmy na żwirową ścieżkę, wzdłuż której zbudowane były skromne szałasy - Jesteśmy już na miejscu.
- Sevo, ale gdybyś tylko to zobaczył, te wszystkie budynki... no zabrakłoby ci słów! - nie ulegała.
I właśnie tego boję się najbardziej - pomyślałem, ale nie powiedziałem tego na głos, a co jednynie dalej szedłem w kierunku, gdzie znajdował się największy z szałasów. To właśnie tam powinny zamieszkać siostry, bo zdawało się logiczne, że nie chciały się rozstawać. W moim przypadku, Glory tylko i wyłącznie by prosił o to, abyśmy zostali rozdzieleni. Gdy w końcu doszedłem tam, gdzie chciałem, zatrzymałem się i obróciłem do nowych:
- Od teraz będziecie tutaj mieszkać.
Drobniejsza z nich zaciekawiona zajrzała do środka i pochłaniała wzrokiem każdy ujrzany tam szczegół.
- Uroczo - oceniła starsza z nich. Nie odpowiedziałem, na to, tylko obserwowałem, jak te wchodzą do środka i się rozglądają, a ich oczy świecą z zachwytu. Lucy również nie powiedziała już nic więcej, bo najwyraźniej nie wiedziała, co dokładnie miałaby mówić. Nie trzeba było pytać, czy im się podoba, bo od samego początku było jasne, że tak. Takie drobne rzeczy, a mimo to zachwycają. Wiedziałem jednak, że jedna z nich nie ma do mnie zaufania. Najwyraźniej musiałem je zyskać... ale nie na siłę. Z czasem to przyjdzie samo.
- Mieszkam w pierwszej chacie od południa. W razie pytań możecie się tam wybrać, a jeśli mnie nie znajdziecie, powinnyście przeszukać tereny budowy. Jeżeli chcecie, Lucy może was po nich oprowadzić. W każdym razie jutro o świcie mamy tam zbiórkę.
- A... co będziemy budować? - zapytała Aria, wychylając się z szałasu.
- Świątynię wilczych bogów - tym razem odpowiedzi udzieliła Lucy. Chyba chciała się jak najlepiej zapoznać z nowymi. Aria tym razem nie odpowiedziała, tylko na znak, że rozumie, pokiwała głową.
- Przed nami jeszcze wiele pracy - oznajmiłem. Nagle przypomniałem sobie, po co tak właściwie odszedłem z terenu budowy - Wybaczcie, ale muszę już iść. Ty, Lucy możesz zostać i odpowiedzieć na pytania nowych mieszkańców.
- Nie ma sprawy - uśmiechnęła się. Ja na to odwróciłem się w przeciwną stronę i żwawo ruszyłem w kierunku, z którego przybyłem. Uświadomiłem sobie, że choć była zima, to na szczęście mrozy już minęły na rzecz jesieni, a teraz już zaczyna się robić cieplej. Można było pomylić obecną porę roku z wczesną wiosną... W pewnej chwili ktoś wprost na mnie naskoczył. Zaskoczony odsunąłem się, a zwierzę tracąc równowagę, poślizgnęło się i upadło po drugiej stronie mojego grzbietu. Kiedy zorientowałem się, kto mnie zaatakował, uniosłem brew. Naomi. Mogłem się tego spodziewać. Może i nie zrobiła tego całkiem na poważnie, lecz to nie zmieniało faktu, że nie miałem zielonego pojęcia, o co może jej chodzić.
- Co ty robisz? - zapytałem, obserwując, jak ta podnosi się z grubej warstwy lodu. Jej drobne łapki ślizgały się przy każdym ruchu.
- A czy to ważne? - burknęła niezadowolona, już stając tak, jak powinna.
- Powinnaś wrócić na budowę. To obowiązek każdego z członków.
- Doprawdy? - zakpiła - A te dwie to co? Wyjątek? Burżuazja?
- Pragnę podkreślić, iż one dołączyły dopiero kilka minut temu, a ty dużo wcześniej, przez co one na zbiórkę przybędą jutro, a ty już dzisiaj. Ponadto już jest południe, więc mniej czasu spędzisz na budowie od pozostałych.
Przewróciła oczami. Nie wyglądała na zadowoloną, głównie z tego powodu, że musi zrobić to, co jej nakazałem.
- Niech ci będzie. Ale jeśli one nie pojawią się jutro na zbiórce, będziesz miał przechlapane.
- Wybacz, ale co ja mam do tego? - zapytałem, ponownie ruszając w drogę. Ona podążyła za mną, starając się iść po rozmokłym śniegu, by jak najbardziej ograniczyć szansę ponownej wywrotki.
- Dużo. Czyli mówisz, że kiedy zacznie się ściemniać, puścisz mnie do domu?
- Owszem. Nie mam zamiaru zmuszać cię do czegokolwiek więcej, bo nie na tym rzecz polega.
Naszym oczom ukazała się otwarta przestrzeń, będąca już niemalże ukończonym amfiteatrem. Do wieczora powinien ukazać się już w pełnej odsłonie, a niedługo potem będzie można wystawiać pierwsze wieczorne przedstawienia i koncerty. Od jutra bierzemy się za świątynię, bo niemalże byłem całkowicie pewien, że wilkom brakuje odrobiny religii, wytchnienia i modlitwy. Kto zostanie kapłanem, jeszcze zobaczymy, co czas pokaże, ale początkowo zapewne ja będę musiał objąć tą funkcję. Wiedziałem od samego początku, że bycie królem to odpowiedzialność, od której nie ma wakacji. Teraz już mam pewność, że odrobina rozrywki to właśnie to, czego mi jest brak. Miejmy nadzieję, że jakieś kreatywne historyjki przedstawione na deskach amfiteatru będą wystarczające... a może po prostu brak mi snu? Wskoczyłem na scenę i odwróciłem się w stronę Noodle, która starała się dyrygować pracą.
- Widzę, że wygląda to bardzo dobrze - oznajmiłem szczerze. Na to ona się uśmiechnęła zadowolona i odpowiedziała:
- No ba!

<chętny? Jak bardzo widać, że nie mam weny?>

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Od Severusa "Znowu zacni goście" cz. 2 (cd. Ravyn)

Wilki akurat uwijały się sprawnie na budowie, pokrzykując do siebie polecenia, bądź prośby, głoszące o tym, by zwyczajnie przynieść daną rzecz lub się nią zająć. Można uznać, że mnie wyręczali. Ja siedziałem na w znacznej części już wybudowanej scenie i bacznie obserwowałem poczynania pozostałych. Już po chwili zauważyłem, że coś, a raczej ktoś spowodował sensację wśród budowniczych - ich pyski ciekawsko odwracały się w jego stronę, a jako, że ich spojrzenia nakierowane były na zarośla, nie miałem prawa wiedzieć, cóż to takiego. Zgrabnie zeskoczyłem ze sceny i powoli podszedłem bliżej. Wilki widząc, że nadchodzę, zaczęły mi robić miejsce, dzięki czemu nie musiałem sobie torować drogi.
- Tam jest lis? - zapytał Warror, spoglądając na Anays.
- Nie wiem, ale wygląda na to, że tak - odparła półgłosem. Wychodzi na to, że najprawdopodobniej w krzakach ukryła się jedna z tych przebiegłych rudych kit, od których aż roiło się w Białym Królestwie. Glory uważał je za najdzielniejszych poddanych, lecz w rzeczywistości grabiły i niszczyły to, co zebrali dla siebie biedniejsi, tym samym pozbawiając ich resztek jedzenia czy zarobków, jednocześnie skazując na śmierć. Miałem z nimi wyjątkowo niemiłe wspomnienia.
Zacząłem warczeć ostrzegawczo, wkraczając między nisko ułożone gałęzie. Chwilę później moim oczom rzeczywiście ukazał się lekko speszony lis. Kulił się przede mną, jednak jego spojrzenie mówiło co innego - był całkowicie gotów do walki. Zdawałoby się, że buchał z nich najczystszy ogień.
- Kim jesteś? - zapytałem. Lis posłał mi najpierw niespokojne spojrzenie, po czym odparł:
- Szukam domu.
Wysokość głosu wskazywał na to, że miałem do czynienia nie z samcem, a samicą. Wyjątkowo waleczną i zaciętą samicą. O tym już się dowiedziałem, obserwując jej oczy.
- Godność twoja? - spytałem ponownie, jednocześnie marszcząc brwi. Cały czas byłem w pozycji bojowej, całkowicie przygotowany do pogoni za lisem. To była jedna z niewielu ras, których nie byłaby mi szkoda.
- Szukam domu.
- Przedstaw się - powtórzyłem, lecz nieco inaczej to formułując. Już traciłem cierpliwość. Lisica przewróciła oczami.
- Nic tu po mnie, już idę, więc moja godność nie jest wam potrzebna.
- Tak? - warknąłem. Poczułem charakterystyczne pulsowanie w łapach, zupełnie jakby prosiły, abym ją zabił szybko i bezboleśnie. Była na tyle blisko, że byłoby to możliwe. Musiałem się jednak powstrzymywać.
- Powiedzmy, że nazywam się X.
- Jakbyś była tak łaskawa... - warknąłem, wciąż walcząc ze swoimi emocjami i wewnętrznymi pragnieniami, godnych najprawdziwszego drapieżcy - Więc skoro nie chcesz się przedstawiać, nie musisz. Skoro nic tu po tobie, to idź.
- Więc świetnie - powiedziała, symulując pogodny ton głosu - Nie widzieliście może jakiegoś stada lisów w pobliżu?
Usłyszałem, że za mną przedziera się w krzakach jeszcze jakiś wilk. Kątem oka dostrzegłem białe futro należące do nie nikogo innego, jak tylko Filos.
- Spokojnie. Przecież w Czarnym Królestwie możemy przyjmować lisy. Prawda, Królu?
Wciąż mając napięte wszystkie mięśnie, wyprostowałem się i popatrzyłem wyniośle na lisicę. Wciąż nie wzbudzała mojego zaufania, ale jako, że obserwowała mnie znaczna część członków Czarnego Królestwa, nietaktem było odrzucenie takiej propozycji.
- Masz rację. Zobaczymy jak się sprawdzisz wśród wilków, X - odrzekłem, zdobywając się na spokojny ton głosu, po czym odwróciłem się i odszedłem.
- Ale... jak to? Jestem przyjęta do... watahy? Co to za Królestwo? - usłyszałem jeszcze zdezorientowany głos rudej.
- Na to wygląda - odpowiedziała jej Filos.
Moje serce biło jak oszalałe. Czy abym na pewno dobrze postępował? Ten lis może przecież zrujnować całe Królestwo i skłócić wszystkich ze sobą - myślałem. Ogarnęły mnie wyrzuty sumienia i niepewność co do słuszności własnych postępowań. A co jeśli jednak nie mam racji? Jeśli lisica jednak jest inna, niż te, które pozwalały sobie na zdecydowanie zbyt wiele w Białym Królestwie? Może być zawsze kapusiem, agentką, która ma w planach donieść i zniszczyć od wewnątrz.
Na nowo wskoczyłem na scenę i wróciłem do oglądania wilków z odległości. Otoczyli ciasnym wianuszkiem nową i przyglądali jej się z wyjątkową uwagą. Zachowywali się trochę tak, jakby widzieli po raz pierwszy w życiu lisa.
- Przyszliście tutaj rozmawiać, czy pracować? - powiedziałem na tyle głośno, że mój niski i za razem groźny bas rozniósł się po całej okolicy. Wilki odwróciły się w moją stronę, przytaknęły i pospiesznie wróciły na stanowiska. Niektóre szemrały miedzy sobą zaniepokojone. Zapewne mówiły o moim dziwnym zachowaniu. Zlustrowałem spojrzeniem lisicę. Stała tam i zastanawiała się, co ze sobą zrobić. Obserwowałem ją. Byłem ciekaw, jaką decyzję podejmie.
- Sev, czy coś się stało? - usłyszałem nagle głos. Szybko odwróciłem się przez ramię. Za mną stała zmartwiona Lucy.
- Absolutnie nie - odparłem spokojnie.
- Jesteś pewien? Nie zachowujesz się tak jak zwykle.
Zaśmiałem się sarkastycznie, patrząc na nowo przed siebie. Moja przyjaciółka nie odpowiedziała na to. Oczekiwała najwidoczniej na jakąś konkretną odpowiedź.
- Znasz mnie aż za dobrze.
- W takim razie co się stało? - ostrożnie podeszła bliżej i położyła łapę na moim barku. Popatrzyłem na nią przez ułamek sekundy beznamiętnym spojrzeniem.
- Tam, skąd pochodzę lisy były traktowane aż zbyt dobrze. Za kradzieże, które zawsze udawały się im nienagannie, otrzymywały zasługi. Robiły co im się tam tylko żywnie podobało i nigdy nie ponosiły za to konsekwencji - odparłem. Po chwili milczenia Lucy zapytała:
- Czyli obawiasz się tej całej Naomi?
- Naomi? - powtórzyłem - Czy tak ma na imię?
- Zgadza się. Nie martw się, nic złego nie zrobi...
Łypnąłem na nią spojrzeniem.
- ...chyba - odparła, przełykając ślinę - Naprawdę, musimy po prostu zobaczyć, jaka ona jest i dopiero wyciągać wnioski.
- Zdaję sobie z tego sprawę, lecz ta myśl nie daje mi spokoju, że w rzeczywistości jest fałszywa i obłudna jak wszystkie tamte.
- Rozumiem... Ale Sev, daj jej szansę.
- Już dałem, zapraszając ją do Czarnego Królestwa. Zobaczymy, co się dalej stanie.
- Jasne... - mruknęła cicho. Na nowo odwróciłem wzrok w stronę, gdzie jeszcze przed chwilą stała Naomi. Musiała gdzieś pójść. Zacząłem jej poszukiwać spojrzeniem. Nigdzie nie dostrzegłem niczego, co by przypominało postać drobnego lisa. Zmarszczyłem brwi. Lucy popatrzyła w tym samym kierunku.
- Na co patrzysz?
- Ta cała Naomi gdzieś poszła... - mruknąłem, niby to do siebie.
- Nie ufasz jej, prawda?
Nie odpowiedziałem, tylko nadal pilnie jej poszukiwałem. Gdzie ona mogła pójść? Zniecierpliwiony zeskoczyłem ze sceny, a Lucy tuż za mną.
- Gdzie idziesz?
- Szukać jej.
- Idę z tobą - oznajmiła, nie przestając za mną iść.
- Domyśliłem się - odparłem. Skierowałem się do Lasu Conteilaxne i Condiamida, gdyż to mogło być pierwsze miejsce, do którego mały lisek mógłby się udać. Roiło się tu od gęstego listowia, nor czy innych kryjówek, do których nie wcisnąłby się żaden szanujący się wilk. Skręciliśmy raz, drugi, a po lisie ani śladu. Moje ucho zarejestrowało jakiś szelest w oddali, lecz wykluczyłem opcję, by była to Naomi. Zawsze mógł się tędy przechadzać jakiś obłąkany jeleń lub sarna. Coraz bardziej zniecierpliwiony po raz kolejny skręciłem, tym razem w lewo, a moim oczom ukazał się dość nietypowy widok. Na środku ścieżki w pozycji bojowej przykucała drobna samica.
- Nie zbliżajcie się! - pisnęła. Zdawała się być przerażona. Spoglądała to na mnie, to na Lucy.
- Spokojnie, mała - powiedziałem spokojnie - Nie chcemy ci nic zrobić.
- Co tu robisz? - zapytała nagle Lucy. Nieznajoma rozluźniła się i przysiadła, po czym siorbnęła nosem.
- Zgubiłam się..
- Och, moje biedactwo! - wykrzyknęła moja towarzyszka, mocno zaaferowana maleństwem znalezionym w środku lasu. Patrząc na nią potrafiłem powiedzieć tyle, że z całą pewnością ma więcej, niż rok, na co wskazują jej wypracowane mięśnie, czy też silna szczęka i uzębienie. Nie możliwe by było, aby była młodsza.
- A do jakiej watahy należysz?
- Ja... - zająkała się, błądząc wzrokiem wszędzie, byleby nie na nas. Po chwili zdrętwiała i zrezygnowana wypuściła powietrze z płuc - Oni nie żyją.
Na krótką chwilę zapanowała cisza, więc postanowiłem zapytać o jeszcze jedną, dość istotną rzecz. Musiałem mieć nadzieję, że ta tym razem, w przeciwieństwie do wcześniej napotkanej Naomi odpowie mi na nie wprost.
- Jak się nazywasz?
- Aria. 
Przypomniałem sobie wcześniej usłyszane szuranie dalej w krzakach. Wcześniej to zignorowałem, ale istniała szansa, że to wcale nie był jeleń, jak początkowo myślałem, a jej towarzysz bądź towarzyszka. Istota ta na pewno musiała być większa od poszukiwanego lisa, patrząc na hałas, jaki wywoływała.
- Jesteś tu sama?
- Nie mogę znaleźć mojej siostry - jęknęła - Tylko my zostałyśmy z watahy, a ja się zgubiłam!
Jej wyraz pyska zdradzał to, że może zaraz zacząć płakać. By tak się nie stało, szybko przetarła ślepia łapą. Zmarszczyłem brwi. Poczułem jakiś... zapach. Dość wyrazisty. Nie mógł należeć ani do Lucy, ani do Arii, ani do Naomi. Musiał być tutaj ktoś jeszcze. Nie powiedziałem jednak nic na ten temat, a co jedynie odpowiedziałem waderze:
- Kiedy się zgubiłyście? Może jest niedaleko.
- N-nie wiem...  - wykrztusiła. Zapach stał się wyraźniejszy. Zacząłem wędrować spojrzeniem po najbliższej okolicy, lecz nawet moje wprawione oko niczego nie dostrzegło. Istniała tylko jedna możliwość... ktoś maskował się będąc niewidzialnym.
- Sprawdzałaś wszędzie? - dopytywała Lucy. Ja w tym czasie przymknąłem ślepia i dałem znak wiatru, by lekko zawiał. Gdy tak już się stało, byłem w stanie przyznać, że rzeczywiście miałem rację. Półtora metra ode mnie stała niewidoczna, smukła sylwetka, będąca również waderą. Czy to jakieś przekleństwo? Wpierw Naomi, później Aria, a teraz odnalazł się ktoś, kto zapewne jest jej siostrą. Jeśli tak dalej pójdzie, we watasze zostanę tylko ja i może góra pięciu innych basiorów. Z góry wiedziałem, że w całym Czarnym Królestwie, aż do końca jego dziejów, znacznie przeważać liczebnie będą właśnie samice. Cóż za ironia losu.
- Jej siostra stoi tam - mówiąc to, wykonałem ruch głową w kierunku, z którego wyczułem ową waderę.

<Ravyn?>

czwartek, 19 listopada 2015

Od Severusa "Tajemnicze przejście" cz. 8 (cd. Lucy)

Lucy nawet nie zwracając większej wagi, na me wszelkie uwagi, zjadła owoc. Aż krzywo na to patrzeć ciężko, a serce się kraja na widok dziewczyny, która nawet nie wie, że w sidła diabła wpaść niebawem ma dane. Ja niestety, jako towarzysz, dzielne wsparcie tej uroczej, młodej damy, pochwyciłem również w dłonie dziwny owoc. Popatrzyłem, pokukałem, aż w końcu na to samo się zdecydowałem. Ona parska gromkim śmiechem, widząc mą nietęgą minę. Owoc bowiem, że tak powiem, w smaku słodki, aż lukrowy. Jakby światło się pożarło! Chwilę później, co złe było, poczuć bowiem miałem prędko, że na nowo głód mnie zżera. "Więcej, więcej!" - krzyczy podświadomość. Mimowolnie, nawet nie wiem kiedy, w dłoń mą wszedł, kolejny przysmak podniebienia. Mija chwila, jedna, druga, a z zapasów nic zostało. Brunetka cicho się śmieje.- Skąd ten uśmiech? Skąd ten ubaw? Może podasz mi swój powód, dla którego aż tak bardzo cieszysz duszę?
- Ach, Severusie, nie uwierzysz! Bo kosmiczny statek widzę! A, przepraszam, mój waćpanie, to pomyłka! Toż to talerz! A na nim! O mój Boże - w kółko tańczą wielkie noże!
Prędko patrzę za swe ramię - ma rację! Toż to burza, i to wielka - z huraganem!
- Prędko, szybko! Pośpiesz się że! Zaraz urwą nam te nogi, i na niczym wtem uciekać! - wnet wrzasnąłem, zrywając się na proste nogi. Już wystraszony, nie na żarty, już się pchałem do ucieczki!
- Ależ o czym ty tu mówisz?! Widzę przecie, że tu czysto jest na świecie! Pchły niewinne ciebie straszą? A może widzenie, sprawia twe oburzenie?!
- Nie, nieprawa! Gnaj przed siebie, boś ty krótko żywa być możesz!
- O czym ty wygadujesz?! Co się dzieje?! Nic nie widzę! Deszcz na głowę mi tu spada, nic takiego, co strasznego tu nie widzę!
- Jaki deszcz?! Przecie ulewa! Zaraz zerwie mnie z tej ziemi, pożegnamy się ponownie, lecz tym razem nie na żarty, bom ja martwy!
Teraz już tak bardzo przestraszony, ba! Na wpół żywy - przerażony! Chwyciłem małą dłoń panienki, i pociągnąłem w swą stronę, wiedząc, że me nogi, są jak z waty! Zaraz upaść, zaraz zemdleć przecie mogę!
- Co ty robisz?! Co się dzieje?! Może wreszcie mi wyjaśnisz, co ty widzisz, ty wariacie! Nie rozumiem twego strachu! A może jednak jam jest ślepa i nie widzę? Powiedz, szybko, bo ta trwoga, zrobi jeszcze ze mnie twego wroga!
Nie odparłem, lecz z przestrachu rozgotowany, biec zacząłem wprost przed siebie i na ślepca, wciąż wpadałem na przeszkody, jakim były dziwne kłody. To nie kłody! To są twarze! To wygląda jak w koszmarze! Lucy krzyczy, szarpie, płacze, myśli, że już jej nie zobaczę. Jednak ja wiem swoje racje, im my dłużej wytrzymamy, tym my bardziej silni, mocni, tym my szybsi, i mniej martwi.
- Sevciu, Sevciu! Zatrzymaj się! Złapać oddechu chcę!
- Nie narzekaj, biegnij ciągle!
- Ale gdzie?! Toż to maraton, toż to szaleństwo! Przecie my to zgodne małżeństwo!
- Jasne, jasne, ty ma żono - kiedy termin jest porodu? Kiedy syn mój świat zobaczy? Może córka? Co ma ładne piórka?
- Jakie piórka znowu! Ma przepiękne łuski, mówię! I ta córcia, tak urocza, że marzeniem twym się w mig stanie!
- Łuski, mówisz? Z kim to dziecię? Z kim ta zdrada? Przecież ja wciąż zdrowy na umyśle, wiem, że z rybą je spłodziłaś!
- Kłamstwo, kłamstwo! To nieprawda! Dziecko twoje, nie myśl mylnie, a ten wygląd to przestroga, abyś robił je jak należy!
Zatrzymałem się raptownie i spojrzałem w twarz dziewczyny. Czy to kłamstwo, czy żartuje? Czy ona mi coś sugeruje? Ona jednak, niewzruszona, może lekko szalona, rozczochrana w oczy patrzy. A twarz jak u buraka - od biegu na policzkach różowe wypieki. Kołysze się jak pijana i głośno dyszy, mówi coś pod nosem, lecz niełatwo jest zrozumieć, co tam ględzi, co tam mówi, bo wpół żywa się być zdaje.
- Lucy, powiedz słowo, czy ja może twoje truchło wciąż za rękę może ściskam?
- Głupcze, ślepcu i wariacie! Jam jest żywa! Nic jak tylko na bajarza się nadajesz! Kłamstwo w kłamstwie i ziarna prawdy tu nie widzę! Jak wyjaśnisz swą opowieść? Może szybko się tu przyznasz, że sam nie wiesz, jakim cudem, takie głupstwo wyszło z ust twoich?
- Mówię prawdę, nic nie kłamię.
- Oj, biada ci! Zrywam z tobą, już nie wracaj! Ni to kwiatów, ni całusów, choć kobieta, a rzecz krucha, wciąż wymaga od partnera tych przyjemności! Co ci szkodzi? Masz minutę! Inaczej nasz związek raz na zawsze zginie marnie!
Dłoń wyrwała z dłoni mojej i gromami z oczu miota. Czeka, liczy sobie cicho. Kiedy jednak czas ten minie - oj, mój bracie! Cóż ja pocznę? Gdzie przeżyję? Jedna czynność, tyle trzeba, a ponownie trafię w jej serce. Już niewiele tak brakuje, Lucy patrzy, oczekuje. Co tu robić? Czy całować? Czy też może zrezygnować? Pal to licho! Pocałuję! W końcu - jedno życie dla człowieka jest nam dane, więc ryzyko jest tu bardzo wskazane. Chwilę potem, już po fakcie, patrzę na nią, co mi zrobi, co uczyni, co mi powie. Czy udzieli mi tej łaski, że wybaczy wszystkie winy?

<Dziwne op., dziwny temat. Cóż poradzić, że zjedli owocki-halucynki? Lucy, kontynuuj, robi się ciekawie. Tematy do rozmów również się nie kończą. Mówią, myślą i widzą co innego co średnio kilka minut, sekund. xD>

poniedziałek, 16 listopada 2015

Od Severusa "Koniec Samotności" cz. 2 (cd. Skayres)

Jak zwykle nie mogłem zasnąć. Dręczyły mnie nieprzyjazne myśli, będące wspomnieniami wrogich spojrzeń wszystkich tych, którym zawiniłem. Za każdym razem, gdy przymrużałem powieki, one wracały, przyprawiając o ból głowy. Po kilkugodzinnym przewracaniu się z boku na bok, próbując się pozbyć wizji wytwarzanych przez mój mózg, a może i nawet sumienie, postanowiłem, że pójdę się przejść. Wieczór choć chłodny, to przyjemny - obyło się bez wiatru, deszczu, czy innych nieprzyjaznych zjawisk pogodowych. Szedłem przez Las Conteilaxne i Condiamida, wsłuchując się w ciszę. Nie każdy wilk lubił samotność, lecz ja należałem do tego ginącego już gatunku. Niektórym wydawało się to dziwne i całkowicie to rozumiem. Ja niestety wiecznie miałem wiele rzeczy do przemyślenia.
Wciąż nie do końca pojmuję, dlaczego mój brat żywi do mnie aż taką nienawiść i najwyraźniej nie jest mi dane kiedykolwiek uzyskać tę wiedzę. Odkąd pamiętam, nigdy nie byliśmy do końca zgodni ze sobą. Przeszedłem obok strumienia i kątem oka obserwowałem swoje odbicie, wmawiając sobie w duchu, że to nie jestem ja, a mój starszy brat bliźniak. Być może wygląda trochę inaczej, niż go zapamiętałem. Jest bardziej zadbany, ma w sobie więcej dumy i wyniosłości w samym wyrazie pyska. Może wygląda młodziej, ponieważ jeszcze nim zostałem przeniesiony do Ogrodu Cienia, już chadzały plotki, iż ten jako, że jest nieśmiertelny zachowa wieczną młodość.
Ja, z tego co się zorientowałem nie otrzymałem tej łaski. Za każdym razem, gdy tylko toczyłem bój z jednym z mutantów zamieszkujących Ogród kończyłem poturbowany, ledwo mogąc utrzymać się na łapach. Wiem, że będąc nieśmiertelnym ciało szybciej się regeneruje, co oznacza całkowite zrośnięcie się rany w przeciągu kilku minut, a nawet odnowienie oderwanej kończyny. Nagle nadleciało stado świetlików, które sprawiło, że moja sylwetka odbijająca się w wodzie stała się niemalże niewidoczna, bacząc na to, że owady świeciły jasnym blaskiem, a moje czarne futro wtapiało się w mrok nocy.
Niespodziewanie usłyszałem jakieś głośne szuranie dobiegające z oddali. Przystanąłem i odwróciłem głowę w tym kierunku. Dźwięk stawał się coraz wyraźniejszy, więc zorientowałem, że są to również śmiechy i chichoty, które najpewniej należały do przedstawicielki płci pięknej. W tej chwili nie miałem ochoty na rozmowy, tym bardziej, że przerwano mi rozmyślania na temat mojej przeszłości. Gdy osobnik, najprawdopodobniej obcy, obłąkany i zagubiony był już naprawdę blisko mnie, postanowiłem przemówić.
- Co robisz o tej porze na terenie Czarnego Królestwa?
Najwidoczniej mój głos zabrzmiał zbyt groźnie, ponieważ - tak jak przewidywałem zresztą - obca wadera z rozpędu wpadła na drzewo i zaryła z całej mocy głową w sam jego środek. Niewzruszony po prostu stałem i patrzyłem na jej poczynania. Podniosła łapę, a następnie pomasowała zbolałe od uderzenia czoło. Kiedy tylko uświadomiła sobie, co było powodem jej zaskoczenia, pośpiesznie odwróciła się w moim kierunku, a następnie w oka mgnieniu rzuciła się na mnie. Przygwoździła moje ciało do ziemi i uradowana krzyknęła prosto w pysk:
- Jezu, ty jesteś najprawdziwszym wilkiem!
Jezu? Co w ogóle znaczy to słowo? Samica musiała pochodzić z naprawdę odległych terenów, skoro nawet ja, doświadczony (choć zdawałoby się nieco zacofany basior) nie znam jego znaczenia. Może to jakaś nowa gwiazda muzyki współczesnej? W końcu ona sama wyglądała mi na młodą. Zmarszczyłem brwi niezadowolony. Zebrało mi się na zbędną niegrzeczność, ale cóż poradzić - nie dość, że przerwała mi rozmyślania, to jeszcze bezczelnie na mnie leży. Kompletnie straciłem humor.
- No co ty nie powiesz, a ja myślałem, że...
Wadera jednak z podniecenia wykonała dziwaczny ruch, po którym to jej łapa wylądowała w moim oku. Syknąłem niezadowolony, próbując ją wyciągnąć, lecz ona skutecznie mi to uniemożliwiała. Ba! Nawet tego nie zauważyła.
- Weź... - zacząłem, ale ta mówiła dalej swoje:
- Nawet nie wiesz jak długo was szukałam!
Dalej usiłowałem się uwolnić, ale ona kontynuowała swoją radosną przemowę.
- Zawsze chciałam mieć przyjaciela!
Na ułamek sekundy spoważniała i popatrzyła na mój pysk, jednocześnie zabierając łapę z mojego oka. Ulga była niestety tylko chwilowa, bo ta mówiła dalej, wciąż nie racząc uwolnić mnie ze swojego "uścisku":
- Zostaniemy przyjaciółmi? A może się uśmiechniesz?
To były jedne z najgorszych słów, jakie mogłem usłyszeć. Kiedy już była przy "się", doskonale wiedziałem, co zamierza. Chwyciła kąciki moich ust i całkowicie nieostrożnie pociągnęła je ku górze, symulując uśmiech. To jednak rozzłościło mnie jeszcze bardziej. Zdobyłem się jednak na resztki mojej uprzejmości i po prostu zrzuciłem ją z siebie, ale nie tak, by wylądowała na ziemi, ale tak, by po prostu ze mnie zeszła i zdążyła stanąć jak należy. Ja również powróciłem do pozycji typowej dla wilka i mruknąłem do niej:
- Nie, nie uśmiechnę się. Może i uznasz mnie za starego, zrzędliwego starca, ale po prostu nie lubię, gdy ktoś zakłóca mi spokój. Jestem cierpliwy, ale z pewnymi granicami. Czego tutaj szukasz?
Nieznajoma skuliła się, z lekka przestraszona.
- Szukam przyjaciół...? - powiedziała drżącym głosem. Popatrzyłem na nią nieufnie. Mimowolnie zdałem sobie sprawę z tego, że zacząłem zachowywać się jak mój brat, co nie było prawidłową postawą wobec innych wilków, szczególnie takich, jakim zdawała się być wadera. Odetchnąłem. Muszę się nieco uspokoić, żeby nie zrobić czegoś głupiego.
- Niech zgadnę... Jesteś samotnym wilkiem, który od dłuższego czasu nie miał kontaktu z rówieśnikami?
- Zgadza się! - odparła nieznajoma, najwidoczniej odzyskując już wiarę we własne słowa oraz pewność w siebie. Popatrzyłem na nią w zamyśleniu. Może wcale nie robiła tego wszystkiego ze złośliwości... Skoro od dawna nikogo nie widziała, było to do zrozumienia.
- W takim razie jak ci na imię? - zapytałem, zachowując swoją stałą powagę.
- Skayres, ale możesz mi mówić po prostu Skay, żeby nie plątać języka. Mam dwa lata, kończę trzy szesnastego marca. Lubię czytać, spać, spacerować, poznawać nowe rośliny i... i... Gadać! - mówiła to tak szybko, że z trudem zrozumiałem, co właśnie do mi przekazuje. Podejrzewam, że po prostu chce się tym z kimkolwiek podzielić. - Moim ulubionym kolorem jest...
- Dobrze, dobrze, już wystarczy. Jestem Severus... - tak jak się spodziewałem, wadera przerwała mi po raz kolejny:
- Zostaniemy przyjaciółmi?
- Nie mam pojęcia, aczkolwiek o ile dołączysz do Czarnego Królestwa na pewno kogoś znajdziesz.

<Skay? Niewiele dorzuciłam, wiem, ale przynajmniej masz co pisać xd>

niedziela, 18 października 2015

Od Severusa "Zimno w nowym, spokojnym domu" cz. 2 (cd. chętny)

Wychodząc z chaty, poczułem uderzający chłód. Otuliłem nagie ramiona rękoma, a następie zawróciłem, by wyciągnąć z środka ciepłą kurtkę, którą kiedyś udało mi się wyczarować. Nie chciałem dziś przemieniać się w wilka, ponieważ wiedziałem, iż ludzkie ręce są dużo bardziej zręczne od wilczych łap, a jako, że wybierałem się na budowę, były one niezmiernie ważne. Odwróciłem twarz w stronę liści niesionych przez wiatr i dostrzegłem coś, czego raczej się nie spodziewałem. W moją stronę wlokła się chwiejnym krokiem nieznana mi biało-niebieska wadera. Już z daleka dało się dostrzec, że jest wychudzona i naprawdę do granic możliwości wyczerpana. Zaabsorbowany jej stanem, natychmiast zechciałem się nią zająć, więc podszedłem bliżej. Coś najwyraźniej musiało się stać, że doprowadziło ją to do takiego, a nie innego wyglądu. Gdy byłem tuż obok, ta zachwiała się tak mocno, że upadła.
- Jeść, dajcie mi jeść i pić i dom i... - powiedziała zachrypniętym głosem, a później jej ślepia się zamknęły. Ona sama zaczęła słabiej oddychać. Teraz już czułem konieczność udzielenia jej pomocy. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do swojej chaty, a następnie położyłem na swoim łóżku, włożyłem poduszkę pod jej tylne łapy oraz przykryłem kocem. Budowa może poczekać. Wilki poradzą sobie beze mnie. Teraz musiałem się nią zająć. W małym kominku wewnątrz chatki wciąż tlił się mały płomyk, więc nic nie szkodziło temu, bym mógł podgrzać wodę. Wlałem zapas do małego, metalowego garnuszka i postawiłem nad kominkiem, a następnie przykryłem pokrywką. Trzeba było tylko czekać, aż się zagotuje. W tym czasie sięgnąłem z półki jeden ze słoiczków otrzymanych od Lucy i Jemito'a. Wszystkie były wypełnione ziarnami lub zmieloną kawą, prócz jednego, do którego zielarz wrzucił listki ususzonej mięty. Zapas już się powoli kończył, więc przyszła mi do głowy myśl, by niedługo się do niego wybrać i poprosić o jeszcze trochę. Z innej półki sięgnąłem kubek i postawiłem go na stoliku obok łóżka. Chwilę później woda w garnuszku zaczęła bulgotać, więc szybko wrzuciłem listki mięty do kubka i zalałem wodą.
Wiedząc, że nie wolno mi wlewać niczego do ust osoby nieprzytomnej, musiałem ją jakoś obudzić. Przyłożyłem wciąż chłodną dłoń na jej czole. Było gorące. Chyba naprawdę musiała się bardzo rozchorować. Jej oddech był niepokojąco charczący. Ważna była każda minuta. Jeden niewłaściwie podjęty krok i odejdzie z tego świata. Niespodziewanie wadera poruszyła się i zakaszlała. Patrzyłem na nią spokojnymi oczyma. Ona również zaczęła się we mnie w bezruchu obserwować ślepiami lśniącymi z powodu gorączki.
- Jeśli mogę cię prosić, leż tak i się nie ruszaj. Straciłaś przytomność. Musisz odpocząć. Nie możesz ryzykować, bo po raz kolejny utracisz przytomność - popatrzyłem w stronę parującego kubka - Gdy herbata trochę ostygnie, pozwolę ci usiąść i się napić. Mam nadzieję, że lubisz herbatę miętową.
Nadal mnie obserwowała, najwyraźniej nadal nie wiedząc, co odpowiedzieć. Prócz trzaskającego ognia słychać było jeszcze ciche burczenie brzucha samicy.
- Jeśli chcesz, mogę teraz iść spróbować coś dla ciebie upolować.
Wadera przez chwilę na mnie patrzyła, a później powiedziała:
- Jeśli byłbyś tak dobry...
Nie czekając na jej dalszą reakcję, wstałem i podszedłem bliżej drzwi i zatrzymałem się w półkroku, by przypomnieć jej moje polecenie.
- Ufam, że spełnisz moją prośbę i nie ruszysz się z miejsca.
A następnie wyszedłem, w progu przemieniając się w wilczą postać. Musiałem chwilę się zastanowić, idąc przez ścieżki pokryte żółtymi i zielonymi liśćmi, gdzie mógłbym zdobyć coś pożywnego dla nieznajomej. Jesień zdecydowanie nie była porą sprzyjającą polowaniom. Kątem oka dostrzegłem coś, co poruszało się szybko i sprawnie. Nie mogło być zbyt wielkie, więc łatwo domyśliłem się, że był to królik. Jeden szybki ruch i już drgał na wpół żywy w mojej paszczy. Wyprostowałem się i zawróciłem w stronę chaty. Jak na początek tyle powinno wystarczyć. Gdy zbiorę resztę wilków, może uda się upolować coś więcej. Samica widząc, że już przyszedłem, zaskoczona podniosła zaspane powieki. Położyłem królika obok łóżka, a ona obserwowała go wygłodniałym spojrzeniem.
- Za chwilę się posilisz. Ze względu na to, że herbata jeszcze jest gorąca, najpierw się przedstaw.
Popatrzyła na mnie nieufnie, ale później jej wzrok złagodniał, uświadamiając sobie, że robiąc dla niej tyle dobrego, nie mogłem mieć złych zamiarów.
- Nazywam się Asori. Kimkolwiek jesteś, domyślam się, że jestem w Białym Królestwie lub choć w okolicach. Bardzo przepraszam, że wtargnęłam na te tereny... - gdy zobaczyła wyraz mojego zdrętwiałego pyska, zamilkła. Chwilę później westchnąłem i spokojnie wyjaśniłem:
- Białe Królestwo znajduje się kilkanaście kilometrów dalej. Jeśli właśnie tam zmierzasz, będziesz mogła iść. Nie będę cię zatrzymywał.
- W takim razie... gdzie jestem?
- W Czarnym Królestwie.
Patrzyła na mnie, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Rozumiem... Nigdy nie słyszałam o tym miejscu. Mógłbyś mi nieco odpowiedzieć?
Spuściłem wzrok, jednocześnie zmieniając się na nowo w ludzką postać. Jak zwykle miałem problem z rozpoczęciem swojej wypowiedzi tak, aby zabrzmiała choć odrobinę sensownie.
- Miejsce to zostało założone dość niedawno, a nazwane mianem "Czarnego Królestwa" ze względu na znaczną część wilków, która jest wygnańcami przybyłymi ze stolicy. W przeciwieństwie do Białego Królestwa wszystko przybrało mniej oficjalną formę.
- Musisz być już od dawna w tej watasze, skoro tak dużo o niej wiesz.
- Jestem tu właściwie od samego początku. Jeśli się uprzesz, możesz mnie nazywać "władcą", choć to określenie niezbyt przypadło mi to do gustu. Na co dzień zwą mnie po prostu Severusem i tego się trzymajmy.
Samica patrzyła na mnie szeroko otwartymi, niebieskimi oczami, okolonymi ciemnymi rzęsami.
- Czyli jesteś Alfą tej watahy?
- Nie Alfą, a władcą, i nie watahy, tylko królestwa. Jeśli o to właśnie pytasz, tylko pomyliłaś pojęcia - to owszem, masz rację.
Nie odpowiedziała. Spojrzałem w stronę ciemnego kubka, z którego niemalże całkowicie przestała się unosić para.
- Możesz już usiąść i napić się herbaty.
Wadera odpowiedziała skinieniem głowy, a ja pomogłem jej przyjąć pozycję siedzącą i podałem kubek. Jako, że Asori wciąż miała wilcze łapy, musiałem jej pomagać, przytrzymując spód, aby naczynie nie upadło, a herbata nie rozlała się na koc. Wzięła mały łyczek i oparła głowę o ścianę, którą była podparta. Zamknęła oczy i przemieniła się w człowieka. Ciemnobrązowe, niemalże czarne włosy były w nieładzie, brudne i zaniedbane nie układały się tak jak powinny. Nos miała zaczerwieniony tak samo, jak policzki i obramowania oczu. Pociągnęła nosem. Wziąłem dłoń wiedząc, że skoro jest w swojej ludzkiej formie, bez problemu może sama trzymać kubek.
- Dziękuję - powiedziała niemalże szeptem. Nieśmiało otworzyła szaroniebieskie oczęta i podniosła wzrok. Delikatnie się uśmiechnęła - Gdyby nie ty, zapewne już wąchałabym kwiatki od spodu.
Siadłem obok łóżka i oparłem się ramieniem o jego ramę, a plecami o szafkę nocną.
- Niby racja, lecz każda żywa istota zasługuje na życie.
- Ale i tak zabiłeś tego królika... - rzekła, patrząc na martwego gryzonia.
- Tak wygląda naturalny łańcuch pokarmowy - wilki żywią się innymi zwierzętami i nic na to nie poradzimy. Nawet drapieżnicy uważający się za wegetarianin prędzej czy później zorientują się, że brakuje im mięsa, a orzechy i owoce nie są tym, co chcieliby jeść. Po prostu tak jest i nic tego nie zmieni.
Asori pogrążyła się w rozmyślaniach nad moimi słowami, popijając herbatę miętową.
- Jesteś bardzo inteligentnym władcą. Nie dziwię się, że to właśnie ty zostałeś królem, a nie kto inny.
Nie odpowiedziałem, tylko na nią patrzyłem. Ona zaczęła delikatnie stukać palcami o kubek, przez co skromną chatę wypełniły kolejne ciche dźwięki. To zwróciło moją uwagę na jej równie niezadbane, brudne i połamane paznokcie.
- Może zechciałabyś się u nas zatrzymać? - zaproponowałem. Ona nieco wystraszona, a może zaskoczona podniosła na mnie wzrok.
- Na jak długo?
- Jak tylko będziesz chciała.
Patrzyła na mnie nieruchomym spojrzeniem. Nadal najwyraźniej trawiła to, co właśnie powiedziałem.
- Czyli... nawet mogę tutaj zostać na zawsze?
- Owszem.
Otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, ale przerwał jej nagły trzask drzwi wejściowych.
- Sevcio! Śnieg! - wrzasnęła dziewczyna. Odwróciłem głowę w jej stronę, jednocześnie marszcząc brwi.
- Lucy, to nie powód, by tak krzyczeć - odparłem spokojnie. Ona jednak zatrzymała się wpół kroku i trochę jakby kompletnie zawiesiła, nie kontaktując, co właśnie do niej powiedziałem. Patrzyła na Asori, która właśnie brała kolejny łyk herbaty.
- Kto to jest? Co ona tutaj robi?
- Nazywa się Asori...
- Jest twoją kochanką?
Schorowana dziewczyna aż zakrztusiła się herbatą i pokaszliwała, garbiąc się przy tym i o mało nie wylewając reszty napoju. Kilkakrotnie poklepałem ją po plecach, a ona już po chwili poczuła się lepiej.
- Nie. Przyszła tutaj z daleka. Potrzebowała pomocy.
Lucy zamknęła starannie drzwi, a robiąc to zapytała:
- Czyli, że jeśli ja też będę się źle czuła to mnie przygarniesz do siebie i będziesz niańczył?
Zawahałem się. W Królestwie tymczasowo nie było lekarza, więc właściwie ja najwyraźniej powinienem objąć to stanowisko, do czasu, aż ktoś się nie znajdzie.
- Jak na chwilę obecną, tak.
Lucy słysząc tę nowinę zachwiała się, robiąc omdlewającą minę i przytrzymała się szafki nocnej, która stała tuż przy wejściu.
- Właściwie to nie czuję się zbyt dobrze.
Przymrużyłem oczy.
- Przecież widzę, że to kłamstwo. Nie musisz już udawać. Znam cię zbyt dobrze, by twierdzić inaczej.
Brązowowłosa westchnęła i stanęła normalnie.
- A szkoda. Gdybyś się mną zajmował, to byłoby dość... zabawne.
- Dlaczego znowu zabawne?
Moja przyjaciółka wzruszyła ramionami. Mogłem się tego spodziewać.
- A tak swoją drogą... Pójdziesz na budowę? Wszyscy na ciebie czekają.
- Wątpię... Jeśli możesz, to przekaż pozostałym, żeby wyjątkowo pracowali beze mnie. Muszę się zająć Asori.
- Zamień się, co? - jęknęła niezadowolona Lucy. Popatrzyłem na nią.
- Dlaczegóż to?
- Jest zimno, a mi dziś nie za bardzo się chce pracować.
Popatrzyłem na moją pacjentkę. Patrzyła to na mnie, to na Lucy. Chyba zastanawiała się, jaką decyzję podejmę.
- Zgoda, o ile obiecujesz mi, że zapewnisz jej właściwą opiekę. Niech dopije herbatę, a tam jest dla niej królik. Po budowie upolujemy kolację i przyniesiemy coś jeszcze. Ewentualnie możesz coś w międzyczasie dla niej przygotować.
Jej wzrok powędrował ku słoikom z ziarnami zmielonej kawy.
- A kawę?
Powoli wstałem. Poczułem, że jakaś kość przeskakuje mi w kolanie, a kręgosłup niemiłosiernie pulsował bólem. Zbyt dużo czasu przesiedziałem w niezmiennej pozycji. Jak to mawiają - starość nie radość.
- Na razie się powstrzymaj, musimy się zająć leczeniem, a nie dawkowaniem kofeiny. Może później ją poczęstujesz gdy jej stan się polepszy.
Lucy wyglądała na rozczarowaną. Skierowałem się do drzwi, a gdy je otworzyłem, zorientowałem się prędko, że rzeczywiście ziemię pokrywała milimetrowa warstwa białego puchu, tak jak powiedziała to Lucy. Zamknąłem wejście do mojej chaty i przemieniłem w wilka, gdyż doskwierał mi kłujący mróz. Od mojego ostatniego wyjścia na zewnątrz, temperatura znacznie się obniżyła. Aż strach pomyśleć, co będzie później. Ruszyłem przed siebie, zostawiając na płytkim śniegu odciski swoich łap.
Przemierzając Las Conteilaxne i Condiamida dostrzegłem jakąś postać siedzącą nad taflą zamarzającej wody. Jako, że była dość wątła, oznaczało to, że miałem do czynienia z waderą. Przystanąłem i obserwowałem, jednocześnie nasłuchując jej cichej pieśni. Zastrzygłem niespokojnie uchem słysząc, że samica śpiewa tekst pieśni ludowej Białego Królestwa. Zdenerwowany swoim najnowszym odkryciem, zacząłem warczeć. Chciałem się jak najprędzej dowiedzieć się, czy owa nieznajoma była szpiegiem. Przestraszona odwróciła się w moją stronę.
- Kim jesteś? - warknąłem.
- Przechodziłam tutaj... postanowiłam zrobić mały odpoczynek.
Powoli wyłoniłem się zza krzaków i przybliżyłem do niej. Ona coraz bardziej zrażona spuszczała głowę i płasko kładła uszy. Gdyby nie siedziała na krawędzi jeziorka, z całą pewnością rzuciłaby się do ucieczki.
- Twoja godność? - zapytałem.
- Jestem Shaten. Czasami mówią mi Dark lub Rav.
- Co cię tu sprowadza? - spytałem ponownie, widząc, iż samica poczuła się nieco pewniej zaraz po tym, gdy przedstawiła swoje imię. Miałem co do niej mieszane uczucia. Wyglądała na hardą, a i tak dostrzegalne były pod jej oczami lśniące ślady łez.
- Mówiłam już. Przechodziłam tędy. - mruknęła niezadowolona.
- Zdaje mi się, czy płakałaś?
- Nie. Po prostu myłam swój pyszczek w jeziorze - oznajmiła, lecz ja czułem każdą komórką swojego ciała, że nie mówiła prawy. Nie chcąc już drążyć tematu, postanowiłem go zmienić.
- Masz może dom? Jakąkolwiek rodzinę?
Spuściła wzrok. Może nie powinienem był pytać, ale nie znając na to odpowiedzi nie mogłem do niczego sensownego dociec.
- Nie mam domu... o rodzinie nie chce gadać...
Złagodniałem. W jej gładko niebieskich oczach pozbawionych źrenic czy też tęczówek kryło się coś takiego, dzięki czemu wiedziałem, że mogę jej zaufać.
- Rozumiem... W takim razie zapewne jej poszukujesz?
- Najpierw ja ci zadam parę pytań - oznajmiła, podnosząc głowę i lustrując mnie spojrzeniem.
- Słucham - odparłem już całkowicie spokojnie.
- Więc... jak cię zwą? Ile masz lat i kim jesteś?
- Zwą mnie Severus i obejmuję stanowisko władcy Czarnego Królestwa. Z tego, co mi wiadomo niebawem powinienem obchodzić szóste urodziny.
- Aha... a czemu mnie zaczepiłeś? - zapytała już całkowicie swobodnie.
- Jesteś na naszym terenie.
- I co z tego? Nic nie zrobiłam nie miałeś, po co mnie zaczepiać - powiedziała, jednocześnie ostrzegawczo jeżąc sierść.
- To, że nie znam cię i powinienem się zorientować, kim jesteś, by prędzej czy później nie okazało się, że jesteś szpiegiem, bądź mordercą i zagrażasz naszemu dobru - wytłumaczyłem, nie tracąc stoickiego spokoju. Słysząc to, uspokoiła się nieco.
- Jak ci przeszkadza moje towarzystwo, to sobie pójdę... - mruknęła.
- Nie wyglądasz nazbyt niebezpiecznie i zdaje się, że jesteś nieco zagubiona. Nie chciałabyś dołączyć do nas? - Podniosła na mnie wzrok z nadzieją w oczach. Wadera chyba nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że jej łzy zamarzły zmieniając się w drobinki lodu wczepione w grube, zimowe furo.
- Serio pytasz?
- Jak najbardziej. Jeśli nie chcesz, po prostu powiedz.
- Znaczy... chcę... ale nie wiem, czy nie będę wam tłoczyć watahy... - odparła niepewnie.
- Obiecuję, że nie będziesz. Nasza "wataha" to królestwo, co oznacza, że nigdy nie zabraknie miejsc dla nowych przybyszów.
Zadrżała z podekscytowania. Wyglądała na niezwykle zadowoloną ze szczęścia, jakie ją spotkało.
- Właśnie zmierzałem na budowę. Tam obecnie zgromadziły się wszystkie wilki z całego Czarnego Królestwa.
Shaten speszona przełknęła ślinę. Po raz kolejny straciła wiarę we własne czyny.
- Ile ich jest? Więcej niż sto?
- Zdecydowanie mniej. W obecnym stanie mogę liczyć jedenaście osób.
Ruszyłem przed siebie, a ona za mną. Wadera wyglądała na zaskoczoną.
- Dlaczego tak mało? W końcu to królestwo, Czarne Królestwo. Ponoć działacie wbrew innym i jest was bardzo dużo.
Przez chwilę poczułem, jak robi mi się jeszcze chłodniej niż zawsze, a krew zatrzymała się w moich żyłach. Może tylko mi się zdawało, lecz zaiste nie było to przyjemne uczucie.
- Skąd masz takie informacje?
- No... - zawahała się - ...Właściwie to nie wiem.
- Powiem ci tyle, że to wszystko to jedno wielkie kłamstwo. Działamy chwilowo tylko i wyłącznie dla siebie, ani nie negatywnie, ani nie pozytywnie dla innych wilków. Generalnie zamieszkujemy tereny, na których to nie ma możliwości obawiania się jakichkolwiek innych psowatych, gdyż jest to kompletne odludzie.
Nie odpowiedziała. Śnieg zaczął padać coraz mocniej, a wiatr wtórował mu dmąc bezlitośnie, a my z trudem mogliśmy się orientować w terenie. Na szczęście po kilkunastu minutach nieprzyjemnego marszu dotarliśmy na miejsce. Ja zdecydowałem się uspokoić uciążliwe wichry, jednak na śnieg padający już jesienią nie mogłem nic poradzić. Tymczasem ja i nowa członkini królestwa trafiliśmy na jedyny teren, na którym to nie leżała gruba warstwa białego puchu. Najwyraźniej był regularnie odgarniany przez innych członków królestwa. Gdy tylko zostałem dostrzeżony przez jednego z wilków, jakim była Noodle, prędko do mnie podbiegła.
- Nie zjawili się wszyscy. Melduję nieobecność Jemito, Tempusa, Leana i Rae.
Zmarszczyłem brwi. Zawsze stawiali się sumiennie na budowie, a teraz nagle nie byli obecni?
- Dobrze, później to sprawdzimy.
Noodle w milczeniu patrzyła na Shaten, a ona na nią.
- Kto to jest? - zapytała w końcu biało-niebieska wadera.
- Zwie się Shaten i dziś dołączyła do naszej wspólnoty.
- Miło mi cię poznać - uśmiechnęła się ciepło Noodle. Nowa odwzajemniła uśmiech. Pozostałe wilki również zaczęły się zbierać i nim zaczęły o cokolwiek pytać, ja wyprzedziłem je słowami:
- Wybaczcie mi moje spóźnienie. Spotkałem wycieńczoną do granic waderę i musiałem jej udzielić pomocy.
Wilki na szczęście zrozumiały, o co mi chodzi i prędko wzięliśmy się do pracy. Shaten na szczęście nie tylko uczynnie spełniała swoje obowiązki, ale i także pałała do tego olbrzymim zapałem. Aż przyjemnie było na to patrzeć. Kilka godzin później wspólnie ruszyliśmy w drogę powrotną, by nikt nie zaginął we wciąż sypiącym śniegu. Próbowałem uspokoić jakoś wiatry, lecz tym razem nie ustępowały, pozostałe wilki, które podjęły podobną próbę spotkały się z podobnym skutkiem. Najwyraźniej działała tu jakaś... jakby to nazwać... siła wyższa. Jakiś czas później ktoś wrzasnął:
- Widzę czyjąś łapę wystającą ze śniegu!
Zatrzymałem się w pół kroku. Mój już dość zmrożony umysł przyswoił, że ktoś mógł utracić przytomność. Natychmiast skierowałem się w stronę wskazaną przez Warrora, cały czas bardzo zestresowany, a wręcz rozdygotany myślą, co tam mogłem zobaczyć. Widok był dużo bardziej przerażający, niż się początkowo spodziewałem. Po rozgarnięciu lodowatego śniegu ujrzeliśmy wykrzywiony pysk w grymasie strachu z szeroko otwartymi oczami należącymi do... Leany - drugiej wadery w Czarnym Królestwie. Jej łapy były ustawione tak, jakby nadal przemierzała lodowe pustynie, lecz obecnie była czymś na wzór rzeźby. Moje serce przyspieszyło.
- Nie żyje - powiedziałem sam do siebie. Najwidoczniej nie wytrzymała tak niskiej temperatury... W takim razie, co się stało z pozostałymi? Też tak skończyli? Z coraz mocniej bijącym sercem ruszyłem dalej, nerwowo rozglądając się na boki. Ujrzałem kolejną lodową figurę, będącą zamarzniętym Tempusem. Dalej nadepnąłem coś, co było ogonem Jemito zakopanego całkowicie w już blisko półmetrowym śniegu. Gdy tylko śniegi znikną, będziemy musieli ich odszukać i wyprawić pogrzeb na nowo wybudowanym Cmentarzu... W pewnym momencie wdepnąłem roztrzęsioną łapą w dołek, całkowicie zapadając się w chłodzie. Gdy udało mi się z niego wygrzebać, zauważyłem, że jakiś wilk właśnie sturlał się ze stromego zbocza. Przerażony jeszcze bardziej zjechałem z tej samej nierówności, o mało nie wpadając na niego, będąc już na dole. Była to Saphira. Posłała mi wymęczone spojrzenie i popatrzyła w drugą stronę. Zauważyliśmy ślady jakiś łap odciśniętych we śniegu. Podeszliśmy bliżej... i ujrzeliśmy obcą waderę. Oddychała, choć płytko.
- Halo? Hej, żyjesz? Halo? - zapytała wystraszona Saphira, szturchając ją lekko łapą. Nieznajoma otworzyła ślepia i pierwszą osobę, jaką ujrzała, był nie kto inny, jak ja. Ku naszemu zaskoczeniu wrzasnęła głośno i na nowo straciła przytomność.
- C-co teraz zrobimy? - wykrztusiła Saphira.
- To przecież oczywiste... Przygarniemy ją.
Nie czekając na odzew ze strony wadery, wziąłem białą jak wszechobecny śnieg samicę na barki i z trudem zacząłem wnosić na górę, do pozostałej części karawany. Poruszałem się chyba najprędzej ze wszystkich, gdyż myśl, że omdlała mogła nas lada moment opuścić, tak samo jak Asori rano, zaiste napędzała moje łapy.

<Chętny? Jest to połączenie trzech op. - od Shaten, Filos oraz Asori :D>
Nomida zaczarowane-szablony