Zaczęło mi się nudzić ciągłe siedzenie w szałasie. Może się przejdę i
zapoznam z terenami? A co innego mogę porobić? Nic. Wyszłam z szałas i
rozejrzałam się. Było tu nawet ładnie. Trochę mało kwiatów. Może to
kiedyś zmienię. Przechadzając się zobaczyłam kilka domów i szałasów. Po
dziesięciu minutach miałam ochotę na medytację. Znalazłam najbliższe
źródełko i tam usiadłam. Zaczęłam medytować. Kiedy powoli zaczęłam się
odpręża coś mi to przerwało. Otworzyłam szybko oczy i wstałam. Jakiś
wilk obok mnie stał. Miał czerwoną sierść. Na brzuchu, klatce piersiowej
i na nogach jej barwa była biała. Posiadał wielkie, kruczo-czarne
skrzydła. Był przystojny, ale nie do końca w moim typie.
- Kim jesteś? - spytał się. Nie mogłam w jego głosie rozszyfrować uczucia. Może lekka radość? Chyba nie.
- Jestem Noodle. - nie chciało mi się z nim droczyć - A ty?
- Jestem Jemito. Należę do Czarnego Królestwa.
- Ja również. - wyglądał na zdziwionego. Chyba się nie orientował z nowinkami. - Należę już tak około dwóch tygodni.
- OK. - powiedział wolno - Jakimi władasz żywiołami, jeśli mogę wiedzieć?
- Wodą, ciszą i naturą. A ty? - ta rozmowa była jakaś sucha.
- Mrokiem, śmiercią i życiem. - Szczerze myślałam, że będzie miał coś wspólnego z ogniem, a tu proszę.
<Jemito? Nie mam specjalnie pomysłów>
środa, 15 kwietnia 2015
piątek, 10 kwietnia 2015
Od Warrora "Jak dołączyłem?"
Była noc. Biegłem przez jakieś zarośnięte, opuszczone pole. Za sobą
słyszałem powarkiwanie trzech wilków, gonili mnie chyba. Trochę
przesadziłem z tym żartem, ale żeby od razu się tak denerwować?
Nie zwalniałem. Musiałem ich jakoś zgubić. Przyśpieszyłem i dotarłem na polanę. Poznawałem to miejsce, choć było ciemno i jedyne światło dawał jasny księżyc.
Wbiegłem na ścieżkę, przeskoczyłem kilka zwalonych drzew oraz rów z wodą. Wilki były coraz dalej, ale to jeszcze nie fakt, że zgubiłem ich na dobre. Biegłem dalej skręcając w zarośla, lecz potknąłem się o wystający korzeń. Padając z hukiem, uniosłem głowę i ujrzałem zawieszone pnącza nad jaskinią odchyliłem je łapą. Okazało się, że to przejście, chociaż przechodziłem tą drogą dużo razy, a owego korytarzu nie zauważyłem. Od razu wszedłem tam, zakryłem przejście i szybko
dotarłem na koniec tunelu. Kolejny raz byłem na łące, ale na ładniejszej niż tamta: trawa była bardziej miękka i łaskotała w łapy. Zaciekawiony pobiegłem dalej. Drzewa układały się w ścieżkę. Natychmiast wyczułem, że niedaleko mieszka jakaś wataha. Postanowiłam się tam udać.
- Ciekawe czy mnie przyjmą - wyszeptałem sam do siebie i zbliżałem do nich coraz bardziej. Było jeszcze wcześnie i ciemno, dlatego usiadłem pod drzewem, iż pomyślałem że w dzień będzie lepiej jak do nich pójdę. Ogarnął mnie sen. Nie wiem ile spałem, ponieważ kiedy otworzyłem oczy świeciło poranne słońce, a obok stał duży basior. Przyglądając mi się pewnie próbował odgadnąć kim jestem i co tu robię, oraz jakie mam zamiary. Wstałem i spojrzałem na niego zaciekawiony.
- Cześć - rzekłem spokojnie.
- Cześć co tutaj robisz? To zajęty teren.
- Tak, wiem... mógłbym dołączyć?
- Oczywiście, że możesz. Miejsca jest dużo. - powiedział spokojnie.
- Dzięki - odparłem lekko zdziwiony, ale zadowolony z odpowiedzi.
- Jak się nazywasz?
- Warror.
- Oprowadzić cię po terenie? - spojrzał w moją stronę.
- Nie trzeba, poradzę sobie - pobiegłem zwiedzić moją nową watahę i zawyłem radośnie.
Nie zwalniałem. Musiałem ich jakoś zgubić. Przyśpieszyłem i dotarłem na polanę. Poznawałem to miejsce, choć było ciemno i jedyne światło dawał jasny księżyc.
Wbiegłem na ścieżkę, przeskoczyłem kilka zwalonych drzew oraz rów z wodą. Wilki były coraz dalej, ale to jeszcze nie fakt, że zgubiłem ich na dobre. Biegłem dalej skręcając w zarośla, lecz potknąłem się o wystający korzeń. Padając z hukiem, uniosłem głowę i ujrzałem zawieszone pnącza nad jaskinią odchyliłem je łapą. Okazało się, że to przejście, chociaż przechodziłem tą drogą dużo razy, a owego korytarzu nie zauważyłem. Od razu wszedłem tam, zakryłem przejście i szybko
dotarłem na koniec tunelu. Kolejny raz byłem na łące, ale na ładniejszej niż tamta: trawa była bardziej miękka i łaskotała w łapy. Zaciekawiony pobiegłem dalej. Drzewa układały się w ścieżkę. Natychmiast wyczułem, że niedaleko mieszka jakaś wataha. Postanowiłam się tam udać.
- Ciekawe czy mnie przyjmą - wyszeptałem sam do siebie i zbliżałem do nich coraz bardziej. Było jeszcze wcześnie i ciemno, dlatego usiadłem pod drzewem, iż pomyślałem że w dzień będzie lepiej jak do nich pójdę. Ogarnął mnie sen. Nie wiem ile spałem, ponieważ kiedy otworzyłem oczy świeciło poranne słońce, a obok stał duży basior. Przyglądając mi się pewnie próbował odgadnąć kim jestem i co tu robię, oraz jakie mam zamiary. Wstałem i spojrzałem na niego zaciekawiony.
- Cześć - rzekłem spokojnie.
- Cześć co tutaj robisz? To zajęty teren.
- Tak, wiem... mógłbym dołączyć?
- Oczywiście, że możesz. Miejsca jest dużo. - powiedział spokojnie.
- Dzięki - odparłem lekko zdziwiony, ale zadowolony z odpowiedzi.
- Jak się nazywasz?
- Warror.
- Oprowadzić cię po terenie? - spojrzał w moją stronę.
- Nie trzeba, poradzę sobie - pobiegłem zwiedzić moją nową watahę i zawyłem radośnie.
wtorek, 24 marca 2015
Od Anastasi "Jak się tu znalazłam?" cz.1 (cd. chętna wadera)
Spojrzałam ostatni raz na Demetrię - moją opiekunkę, która była nimfą, i
odeszłam. Mieszkałam z driadami i nimfami w samym środku puszczy.
Dopatrzyć się tu jakiegoś wilka! Ja nie jem mięsa, więc jedynym moim
hobby było tworzenie nowych zwierząt.
Zmieniłam się w driadę i wsiadłam na grzbiet czystego już konia. Klacz w niemal wszystkich kolorach tęczy zarżała przyjaźnie na powitanie.

Spojrzałam jej w oczy. Galia położyła się. Była mi posłuszna. Sama wychowałam ją od małego. Zrodziła się z życiodajnego kwiatu, który zresztą też sama pielęgnowałam. Nie mogłam sobie wyobrazić lepszej nauczycielki od Demetrii.
- Nie pora na wspominki. Musicie biec. - Zaśmiała się Dem.
Wsiadłam na jaskrawy grzbiet klaczy i bez namysłu popędziłam ją do cwału. Moja pupilka zręcznie omijała każde drzewo. Biegała tu od małego i mogła wybiec z lasu mając zamknięte oczy. Trudno się więc dziwić, że biegła jak koń wyścigowy na otwartym polu. Zatrzymałam się przy krawędzi lasu. Zsiadłam z niej i złapałam postronek. Nie mogłam sobie wyobrazić założenia na biedaczkę siodła. Sznurek obwiązany wokół szyi konia był ostatecznością. I tak nigdy nie spadałam.
Raziło mnie słońce. Z mojej lewej strony wciąż było słychać śpiew ptaków i szumy zwierząt, które wyglądały do mnie tęsknie zza krawędzi drzew. Szłam tak rozmyślając o swoich sprawach. O tym, jak te potwory mnie porzuciły i jak znalazły mnie młode driady. Klacz zahamowała i zawisłam na chwilę w powietrzu. Jakby znikąd znalazłam się w kanionie.
- Kolejny i nie ostatni raz uratowałaś mi życie - Mówiłam patrząc na kamienie spadające po skałach w dół, i w dół, i w dół. - "Zawsze mi się to przytrafia"
- Dobra, bo ci się w głowie zakręci - Rzuciła po czym wciągnęła mnie. Nie lubiła mówić. Szłam skrajem tego kanionu jakiś czas, po czym bez namysłu wsiadłam na konia, zrobiłam okrążenie w galopie i dałam sygnał do skoku. Zrobiła to bez strat miękko lądując jakieś 5 metrów dalej. Z sześcioma byłby mały problem. Wędrowałyśmy teraz żwawym truchtem aż klacz się nie zmęczyła. Trzeba było zsiadać.
- Zatrzymajmy się tu na noc - Było to drugie i ostatnie zdanie wypowiedziane przez nią tego i następnego dnia. Nie miała ochoty, by ktoś nakrył ją na tym, że mówi. Rozgrzałyśmy się przy ognisku. Nuciłam pod nosem słowa znanej mi piosenki, którą przetłumaczyłam już dawno, ale wolę śpiewać ją w ten sposób:
Menya polnostʹyu net,
Absolyutno vserʹyez.
Situatsiya help.
Situatsiya SOS.
Ya sebya ne poymu
Ty otkuda vzyalasʹ?
Pochemu, pochemu?
Na tebya povelasʹ
Vyklyuchayetsya svet
YA kuda-to lechu
Bez tebya menya net
Nichego ne khochu
Eto medlennyy yad
Eto svodit s uma
A oni govoryat - vinovata sama
Ya soshla s uma, ya soshla s uma
Mne nuzhna ona, mne nuzhna ona, mne nuzhna ona!
Ya soshla s uma, ya soshla s uma
Mne nuzhna ona, mne nuzhna ona
YA SO-SHLA S U-MA
Bez tebya ya ne ya
Bez tebya menya net
A oni govoryat, Govoryat eto bred
Eto solnechnyy yad Zolotyye luchi
A oni govoryat Nado srochno lechitʹ
Ya khotela zabytʹ do upora i vniz
Ya schitala stolby i rasteryannykh ptits
Bez tebya menya net, otpusti. otpusti.
Do ugla po stene, mama-papa prosti..
Ya soshla s uma, ya soshla s uma
Mne nuzhna ona, mne nuzhna ona
Ya soshla s uma, ya soshla s uma
Mne nuzhna ona, mne nuzhna ona
YA SO-SHLA S U-MA
MNE NUZHNA ONA!
Raz, dva posle pyati
Ma-ma papa prosti
Ya so-shla s u-ma
Raz, dva posle pyati
Ma-ma papa prosti
Ya so-shla s u-ma
YA soshla s uma, ya soshla s uma
Mne nuzhna ona, mne nuzhna ona, mne nuzhna ona!
YA soshla s uma, ya soshla s uma
Mne nuzhna ona, mne nuzhna ona
YA SO-SHLA S U-MA!
MNE NUZHNA ONA!
Galia zarżała cicho.
- Wiem, skrzeczę jak kura.
Klacz kręciła łbem tak długo, aż zaczęłam znowu nucić refren tym razem po swojemu:
- Zwariowałam... Zwariowałam... Potrzebuję jeeej...
Temu krakaniu towarzyszyło moje głośne ziewnięcie i zanim się obejrzałam obie usnęłyśmy.
Po przebudzeniu się jedyne, co zdążyłam dojrzeć to dogorywanie płomyka. Potem spojrzałam na moją klacz, która wbrew pozorom nie spała. Uderzyła mnie ogonem na wznak i poruszyła uszami, ale ja nie ruszyłam się aż usłyszałam głos obcej wadery. W końcu wilk!
- Kim ona jest?
- Nie wiem, ale to może być wilk.
- Masz rację, nic nie jest wykluczone.
Usłyszałam kroki, zmieniłam się w wilka i podążyłam za obcymi. Galia poruszała się bezszelestnie z opuszczoną głową. Rozmyślałam o tym, kim oni są, kiedy jak zwykle potknęłam się o wystający korzeń i wpadłam prosto na waderę.
Wstałyśmy. Obca z którą się zderzyłam jeszcze się otrzepywała, gdy basior stojący obok się odezwał.
- Kim jesteś?
- Na imię mam Anastasia i pochodzę z dzikiej puszczy będącej daleko stąd, a to jest moja wierna klacz - Galia. Odeszłam z moich rodzinnych stron, by odnaleźć wilki zwane przez tamtejsze istoty "zachodnimi".
- Masz rodzinę?
- Wataha o żywiole ognia... - Spojrzałam na błękitne plamy zdobiące moją sierść.
- A więc dobrze, Anastasio. Ufam, że masz pokojowe zamiary. - Powiedział dostojnie basior. - Pozwól, że zaprowadzę cię na tereny mojej watahy.
- Moment. Teraz ja zadam wam parę pytań...
<Severus? Jakaś wadera?>
Zmieniłam się w driadę i wsiadłam na grzbiet czystego już konia. Klacz w niemal wszystkich kolorach tęczy zarżała przyjaźnie na powitanie.

Spojrzałam jej w oczy. Galia położyła się. Była mi posłuszna. Sama wychowałam ją od małego. Zrodziła się z życiodajnego kwiatu, który zresztą też sama pielęgnowałam. Nie mogłam sobie wyobrazić lepszej nauczycielki od Demetrii.
- Nie pora na wspominki. Musicie biec. - Zaśmiała się Dem.
Wsiadłam na jaskrawy grzbiet klaczy i bez namysłu popędziłam ją do cwału. Moja pupilka zręcznie omijała każde drzewo. Biegała tu od małego i mogła wybiec z lasu mając zamknięte oczy. Trudno się więc dziwić, że biegła jak koń wyścigowy na otwartym polu. Zatrzymałam się przy krawędzi lasu. Zsiadłam z niej i złapałam postronek. Nie mogłam sobie wyobrazić założenia na biedaczkę siodła. Sznurek obwiązany wokół szyi konia był ostatecznością. I tak nigdy nie spadałam.
Raziło mnie słońce. Z mojej lewej strony wciąż było słychać śpiew ptaków i szumy zwierząt, które wyglądały do mnie tęsknie zza krawędzi drzew. Szłam tak rozmyślając o swoich sprawach. O tym, jak te potwory mnie porzuciły i jak znalazły mnie młode driady. Klacz zahamowała i zawisłam na chwilę w powietrzu. Jakby znikąd znalazłam się w kanionie.
- Kolejny i nie ostatni raz uratowałaś mi życie - Mówiłam patrząc na kamienie spadające po skałach w dół, i w dół, i w dół. - "Zawsze mi się to przytrafia"
- Dobra, bo ci się w głowie zakręci - Rzuciła po czym wciągnęła mnie. Nie lubiła mówić. Szłam skrajem tego kanionu jakiś czas, po czym bez namysłu wsiadłam na konia, zrobiłam okrążenie w galopie i dałam sygnał do skoku. Zrobiła to bez strat miękko lądując jakieś 5 metrów dalej. Z sześcioma byłby mały problem. Wędrowałyśmy teraz żwawym truchtem aż klacz się nie zmęczyła. Trzeba było zsiadać.
- Zatrzymajmy się tu na noc - Było to drugie i ostatnie zdanie wypowiedziane przez nią tego i następnego dnia. Nie miała ochoty, by ktoś nakrył ją na tym, że mówi. Rozgrzałyśmy się przy ognisku. Nuciłam pod nosem słowa znanej mi piosenki, którą przetłumaczyłam już dawno, ale wolę śpiewać ją w ten sposób:
Menya polnostʹyu net,
Absolyutno vserʹyez.
Situatsiya help.
Situatsiya SOS.
Ya sebya ne poymu
Ty otkuda vzyalasʹ?
Pochemu, pochemu?
Na tebya povelasʹ
Vyklyuchayetsya svet
YA kuda-to lechu
Bez tebya menya net
Nichego ne khochu
Eto medlennyy yad
Eto svodit s uma
A oni govoryat - vinovata sama
Ya soshla s uma, ya soshla s uma
Mne nuzhna ona, mne nuzhna ona, mne nuzhna ona!
Ya soshla s uma, ya soshla s uma
Mne nuzhna ona, mne nuzhna ona
YA SO-SHLA S U-MA
Bez tebya ya ne ya
Bez tebya menya net
A oni govoryat, Govoryat eto bred
Eto solnechnyy yad Zolotyye luchi
A oni govoryat Nado srochno lechitʹ
Ya khotela zabytʹ do upora i vniz
Ya schitala stolby i rasteryannykh ptits
Bez tebya menya net, otpusti. otpusti.
Do ugla po stene, mama-papa prosti..
Ya soshla s uma, ya soshla s uma
Mne nuzhna ona, mne nuzhna ona
Ya soshla s uma, ya soshla s uma
Mne nuzhna ona, mne nuzhna ona
YA SO-SHLA S U-MA
MNE NUZHNA ONA!
Raz, dva posle pyati
Ma-ma papa prosti
Ya so-shla s u-ma
Raz, dva posle pyati
Ma-ma papa prosti
Ya so-shla s u-ma
YA soshla s uma, ya soshla s uma
Mne nuzhna ona, mne nuzhna ona, mne nuzhna ona!
YA soshla s uma, ya soshla s uma
Mne nuzhna ona, mne nuzhna ona
YA SO-SHLA S U-MA!
MNE NUZHNA ONA!
Galia zarżała cicho.
- Wiem, skrzeczę jak kura.
Klacz kręciła łbem tak długo, aż zaczęłam znowu nucić refren tym razem po swojemu:
- Zwariowałam... Zwariowałam... Potrzebuję jeeej...
Temu krakaniu towarzyszyło moje głośne ziewnięcie i zanim się obejrzałam obie usnęłyśmy.
Po przebudzeniu się jedyne, co zdążyłam dojrzeć to dogorywanie płomyka. Potem spojrzałam na moją klacz, która wbrew pozorom nie spała. Uderzyła mnie ogonem na wznak i poruszyła uszami, ale ja nie ruszyłam się aż usłyszałam głos obcej wadery. W końcu wilk!
- Kim ona jest?
- Nie wiem, ale to może być wilk.
- Masz rację, nic nie jest wykluczone.
Usłyszałam kroki, zmieniłam się w wilka i podążyłam za obcymi. Galia poruszała się bezszelestnie z opuszczoną głową. Rozmyślałam o tym, kim oni są, kiedy jak zwykle potknęłam się o wystający korzeń i wpadłam prosto na waderę.
Wstałyśmy. Obca z którą się zderzyłam jeszcze się otrzepywała, gdy basior stojący obok się odezwał.
- Kim jesteś?
- Na imię mam Anastasia i pochodzę z dzikiej puszczy będącej daleko stąd, a to jest moja wierna klacz - Galia. Odeszłam z moich rodzinnych stron, by odnaleźć wilki zwane przez tamtejsze istoty "zachodnimi".
- Masz rodzinę?
- Wataha o żywiole ognia... - Spojrzałam na błękitne plamy zdobiące moją sierść.
- A więc dobrze, Anastasio. Ufam, że masz pokojowe zamiary. - Powiedział dostojnie basior. - Pozwól, że zaprowadzę cię na tereny mojej watahy.
- Moment. Teraz ja zadam wam parę pytań...
<Severus? Jakaś wadera?>
Od Rae'i "Zagadka" cz. 1 (cd. chętna wadera)
Byłam niepewna swoich kroków w nowej watasze. Księżyc świecił tu inny, a
niestety, słońce również było. Być może tutaj jest moje miejsce, lecz
moje uczucia były rozwiane.
Wiatr lekko powiewał mą sierścią, lekki i dostojny jego szum działał na mnie kojąco. Mogłam więc choć na chwilę zapomnieć o przykrej rzeczywistości.
Zaczęłam odczuwać głód. Pomyślałam, że najlepszym rozwiązaniem będzie jednak przeczekanie tej potrzeby. Spacerowałam spokojnie dalej. Czułam tysiące najróżniejszych zapachów, oraz setki odgłosów i rozmów innych wilków. Wiem, że może się to wydawać śmieszne, ale taka jest prawda. Mam bardzo dobry wzrok, słuch i węch.
Stawiałam kolejno łapy i myślałam. Myślałam, o tym, jaki to księżyc jest piękny. Jego światło odbijało się na moim futrze. Byłam w pełni uspokojona i odprężona. Stanęłam więc i zaczęłam wpatrywać się w księżyc. Myślałam, że nic mi tego nie przerwie. Myliłam się.
Zza siebie usłyszałam głos. Wilczy głos. Z tego, co usłyszałam, była to wilczyca.
- A ty to... Rae? Tak? - zapytała wesoło. Nie wiem, skąd ta energia i uśmiech na jego, bądź jej pysku. Nie miałam ochoty na rozmowy z kimkolwiek. Milczałam więc udając, że tego nie słyszałam. Próbowałam ponownie się odprężyć, jednak znów usłyszałam ten sam głos.
- Hej, przecież wiem, że mnie słyszysz. Masz przecież taki "wspaniały słuch". - tym razem, wraz z wypowiadanymi słowami śmiała się. To mnie zirytowało, lecz nadal milczałam. Nie chciałam pogaduszek. Niech wreszcie pójdzie zająć się innym wilkiem.
- Czemu jesteś taka ponura? - wadera śmiała się.
Miałam jej dość, więc złowrogo odwróciłam w jej stronę moją głowę. Oczy świeciły mi się, na niebiesko. Światło księżyca nadawało grozy mojemu spojrzeniu. Zauważyłam, że jest to jedna z wader z tej watahy. Nie wiem która. Wyszczerzyłam kły, zaczęłam warczeć na znak, żeby się oddaliła. Obróciłam się całym ciałem w jej stronę. Warcząc, powiedziałam tylko:
- Zostaw mnie w spokoju.
- No dobra, dobra... Myślałam, że chociaż z Tobą da się pogadać...
- Nie da się. - odrzekłam i zaczęłam z wyszczerzonymi kłami biec w jej stronę. Przegoniłam ją, i wróciłam do wcześniejszego zajęcia. Zauważyłam, że ona nadal tutaj jest. Powiedziałam więc cichym głosem:
- Czego tutaj chcesz?
- Po prostu... Znalazłam coś, a skoro masz dobry wzrok, myślałam, że na to zerkniesz.
- Nie. - parsknęłam.
- No dobra... Ale może chociaż... No dobra... Ty sztywna i ponura, głupia idiotko, trzeba się cieszyć z życia. Ale skoro wolisz do końca życia być taką jak jesteś teraz, to marnie z Tobą.
Milczałam.
<Wadera?>
Wiatr lekko powiewał mą sierścią, lekki i dostojny jego szum działał na mnie kojąco. Mogłam więc choć na chwilę zapomnieć o przykrej rzeczywistości.
Zaczęłam odczuwać głód. Pomyślałam, że najlepszym rozwiązaniem będzie jednak przeczekanie tej potrzeby. Spacerowałam spokojnie dalej. Czułam tysiące najróżniejszych zapachów, oraz setki odgłosów i rozmów innych wilków. Wiem, że może się to wydawać śmieszne, ale taka jest prawda. Mam bardzo dobry wzrok, słuch i węch.
Stawiałam kolejno łapy i myślałam. Myślałam, o tym, jaki to księżyc jest piękny. Jego światło odbijało się na moim futrze. Byłam w pełni uspokojona i odprężona. Stanęłam więc i zaczęłam wpatrywać się w księżyc. Myślałam, że nic mi tego nie przerwie. Myliłam się.
Zza siebie usłyszałam głos. Wilczy głos. Z tego, co usłyszałam, była to wilczyca.
- A ty to... Rae? Tak? - zapytała wesoło. Nie wiem, skąd ta energia i uśmiech na jego, bądź jej pysku. Nie miałam ochoty na rozmowy z kimkolwiek. Milczałam więc udając, że tego nie słyszałam. Próbowałam ponownie się odprężyć, jednak znów usłyszałam ten sam głos.
- Hej, przecież wiem, że mnie słyszysz. Masz przecież taki "wspaniały słuch". - tym razem, wraz z wypowiadanymi słowami śmiała się. To mnie zirytowało, lecz nadal milczałam. Nie chciałam pogaduszek. Niech wreszcie pójdzie zająć się innym wilkiem.
- Czemu jesteś taka ponura? - wadera śmiała się.
Miałam jej dość, więc złowrogo odwróciłam w jej stronę moją głowę. Oczy świeciły mi się, na niebiesko. Światło księżyca nadawało grozy mojemu spojrzeniu. Zauważyłam, że jest to jedna z wader z tej watahy. Nie wiem która. Wyszczerzyłam kły, zaczęłam warczeć na znak, żeby się oddaliła. Obróciłam się całym ciałem w jej stronę. Warcząc, powiedziałam tylko:
- Zostaw mnie w spokoju.
- No dobra, dobra... Myślałam, że chociaż z Tobą da się pogadać...
- Nie da się. - odrzekłam i zaczęłam z wyszczerzonymi kłami biec w jej stronę. Przegoniłam ją, i wróciłam do wcześniejszego zajęcia. Zauważyłam, że ona nadal tutaj jest. Powiedziałam więc cichym głosem:
- Czego tutaj chcesz?
- Po prostu... Znalazłam coś, a skoro masz dobry wzrok, myślałam, że na to zerkniesz.
- Nie. - parsknęłam.
- No dobra... Ale może chociaż... No dobra... Ty sztywna i ponura, głupia idiotko, trzeba się cieszyć z życia. Ale skoro wolisz do końca życia być taką jak jesteś teraz, to marnie z Tobą.
Milczałam.
<Wadera?>
sobota, 21 marca 2015
Od Severusa "Ta ruina?" cz. 3 (cd. Lucy)
Uśmiechnąłem się lekko widząc jej zmieszanie. Najwyraźniej uznała, że jestem na nią zły.
- Nic się nie stało.
- Na pewno? - upewniła się podnosząc niepewna wzrok, próbując wyczytać z moich oczu, czy mówię prawdę, czy zamierzam ją zrobić w balona.
- Tak, oczywiście.
- To dobrze... - mruknęła wciąż zawstydzona patrząc do wnętrza kubeczka. Również popatrzyłem na kawę. Tak bardzo przypominała mi ona mój dawny dom oraz panujące tam zwyczaje...
- Wiesz, to bardzo miło z twojej strony, że pomyślałaś o tym, by przygotować kawę. Jest bardzo smaczna.
- Dziękuję. To jest tak właściwie moją pasją. Bez tego nie potrafię żyć. Zapach świeżo mielonych ziaren kawy, skórek pomarańczy, cynamonu czy innych przypraw, spienionego mleka... - rozmarzyła się lekko przymrużając oczy. Pokiwałem w zamyśleniu głową.
- To widać gołym okiem... Po raz pierwszy od kilku lat mogę wypić filiżankę kawy. Niemalże zapomniałem jak smakuje, lecz od samego aromatu zdołałem sobie to przypomnieć... Niestety, ale we Watasze Szlachetnego Kamienia nie było tej prawdziwej kawy, tylko magiczna, o naturalnym, słodszym smaku, bardziej przypominającym watę cukrową. Może i mojemu bratu by ona zasmakowała, gdyż nie znosi kawy.
- Zaraz... Nie lubi kawy?
- No niezbyt. Od samego zapachu ma mdłości. To jego słaby punkt. - wywróciłem oczami.
- Jak można nie lubić kawy? - zbuntowała się dziewczyna. Wyglądała na zbulwersowaną.
- Wygląda na to, że jakoś można. I to właśnie on uważa mnie za dziwaka.
- Ciebie? On sam jest dziwny. Nie znoszę wilków, które nie mogą przełknąć tego niebiańskiego napoju! Toż to mieszanka nektaru, ambrozji i afrodyzjaku w jednym!
- Chyba masz rację. - zaśmiałem się cicho biorąc łyk kawy.
- A właśnie... Opowiesz mi trochę o nim? Jesteście do siebie tacy podobni? Mówiłeś chyba tylko tyle, że to twój starszy bliźniak, jest królem wilczej stolicy, czyli Białego Królestwa i tyle, że wyrządził ci okropną krzywdę wysyłając cię bez powodu do innego wymiaru. No i jest strasznym idiotą, bo nie lubi kawy. - rzekła stukając delikatnie paznokciami o ściankę kubka.
- Podobni chyba tylko z wyglądu... No więc jak już chyba wiesz na imię mu Glory. Rozróżniano nas chyba tylko i wyłącznie po odmiennych kolorach oczu. On miał błękitne, tak jak bezchmurne niebo w gorący, wakacyjny dzień, a ja krwistoczerwone, przez co często naśmiewano się, że jestem jakąś dziwną krzyżówką wilka i wampira, co było kompletną bzdurą. W każdym razie sprawialiśmy pozór zgodnego rodzeństwa, kryjąc rosnący z każdym dniem spór. Ojca nigdy nie widzieliśmy... No może i widzieliśmy, ale nawet go już nie pamiętamy. Matka zaginęła, gdy mieliśmy po 2 lata. Wtedy narodziła się nasza siostra, a Glory objął władzę. Wtedy kompletnie oszalał. Siostrą była jak się domyślasz Fire, którą już zdążyłaś poznać. Niestety, ale ja też nie wiem co się z nią stało. Zdaję sobie sprawę tylko z tego, że była ona szpiegiem Glorego, gdyż odeszła bez słowa z Watahy Szlachetnego Kamienia dzień przed oficjalnym rozpadem. Czuję, że to między innymi dzięki niej stało się to co stało. Wiem, że może się zdawać, że jestem potworem, ponieważ oskarżam o coś takiego własną siostrę, ale taka jest prawda.
- Zaraz... Czyli moja prawie-przyjaciółka zniszczyła nasze życie? I całą watahę? Celowo? - zdumiała się Lucy.
- Tak... Ale patrząc na to od innej strony, to gdyby nie to, to Czarne Królestwo nigdy by nie powstało, a Fire i Glory nie myśleliby, że wąchamy kwiatki od spodu.
Dziewczyna roześmiała się.
- Zaczynasz mówić zupełnie jak ja.
- Wygląda na to, że spędzam z tobą za dużo czasu.
- A to źle? - spoważniała.
- Nie. Wreszcie przestanę być sztywniakiem i trochę "znormalnieję".
- Nie musisz... Czasami odbieganie od normy jest wyjątkowe i za razem bardzo interesujące. Przykuwasz w ten sposób uwagę innych. Nie zmieniaj się.
Popatrzyłem na nią nic nie mówiąc. Ma trochę racji... Jak to by powiedziała moja rodzicielka: "inność jest fajna", co było jej życiowym mottem. Lucy dopiero po chwili zrozumiała, co powiedziała i zawstydzona po raz kolejny spuściła wzrok.
- Rozumiem... - odparłem przerywając kłopotliwe milczenie. Lucy jednak wciąż chyba nie wiedziała, jak ma się wytłumaczyć.
<Lucy? Brak weny>
- Nic się nie stało.
- Na pewno? - upewniła się podnosząc niepewna wzrok, próbując wyczytać z moich oczu, czy mówię prawdę, czy zamierzam ją zrobić w balona.
- Tak, oczywiście.
- To dobrze... - mruknęła wciąż zawstydzona patrząc do wnętrza kubeczka. Również popatrzyłem na kawę. Tak bardzo przypominała mi ona mój dawny dom oraz panujące tam zwyczaje...
- Wiesz, to bardzo miło z twojej strony, że pomyślałaś o tym, by przygotować kawę. Jest bardzo smaczna.
- Dziękuję. To jest tak właściwie moją pasją. Bez tego nie potrafię żyć. Zapach świeżo mielonych ziaren kawy, skórek pomarańczy, cynamonu czy innych przypraw, spienionego mleka... - rozmarzyła się lekko przymrużając oczy. Pokiwałem w zamyśleniu głową.
- To widać gołym okiem... Po raz pierwszy od kilku lat mogę wypić filiżankę kawy. Niemalże zapomniałem jak smakuje, lecz od samego aromatu zdołałem sobie to przypomnieć... Niestety, ale we Watasze Szlachetnego Kamienia nie było tej prawdziwej kawy, tylko magiczna, o naturalnym, słodszym smaku, bardziej przypominającym watę cukrową. Może i mojemu bratu by ona zasmakowała, gdyż nie znosi kawy.
- Zaraz... Nie lubi kawy?
- No niezbyt. Od samego zapachu ma mdłości. To jego słaby punkt. - wywróciłem oczami.
- Jak można nie lubić kawy? - zbuntowała się dziewczyna. Wyglądała na zbulwersowaną.
- Wygląda na to, że jakoś można. I to właśnie on uważa mnie za dziwaka.
- Ciebie? On sam jest dziwny. Nie znoszę wilków, które nie mogą przełknąć tego niebiańskiego napoju! Toż to mieszanka nektaru, ambrozji i afrodyzjaku w jednym!
- Chyba masz rację. - zaśmiałem się cicho biorąc łyk kawy.
- A właśnie... Opowiesz mi trochę o nim? Jesteście do siebie tacy podobni? Mówiłeś chyba tylko tyle, że to twój starszy bliźniak, jest królem wilczej stolicy, czyli Białego Królestwa i tyle, że wyrządził ci okropną krzywdę wysyłając cię bez powodu do innego wymiaru. No i jest strasznym idiotą, bo nie lubi kawy. - rzekła stukając delikatnie paznokciami o ściankę kubka.
- Podobni chyba tylko z wyglądu... No więc jak już chyba wiesz na imię mu Glory. Rozróżniano nas chyba tylko i wyłącznie po odmiennych kolorach oczu. On miał błękitne, tak jak bezchmurne niebo w gorący, wakacyjny dzień, a ja krwistoczerwone, przez co często naśmiewano się, że jestem jakąś dziwną krzyżówką wilka i wampira, co było kompletną bzdurą. W każdym razie sprawialiśmy pozór zgodnego rodzeństwa, kryjąc rosnący z każdym dniem spór. Ojca nigdy nie widzieliśmy... No może i widzieliśmy, ale nawet go już nie pamiętamy. Matka zaginęła, gdy mieliśmy po 2 lata. Wtedy narodziła się nasza siostra, a Glory objął władzę. Wtedy kompletnie oszalał. Siostrą była jak się domyślasz Fire, którą już zdążyłaś poznać. Niestety, ale ja też nie wiem co się z nią stało. Zdaję sobie sprawę tylko z tego, że była ona szpiegiem Glorego, gdyż odeszła bez słowa z Watahy Szlachetnego Kamienia dzień przed oficjalnym rozpadem. Czuję, że to między innymi dzięki niej stało się to co stało. Wiem, że może się zdawać, że jestem potworem, ponieważ oskarżam o coś takiego własną siostrę, ale taka jest prawda.
- Zaraz... Czyli moja prawie-przyjaciółka zniszczyła nasze życie? I całą watahę? Celowo? - zdumiała się Lucy.
- Tak... Ale patrząc na to od innej strony, to gdyby nie to, to Czarne Królestwo nigdy by nie powstało, a Fire i Glory nie myśleliby, że wąchamy kwiatki od spodu.
Dziewczyna roześmiała się.
- Zaczynasz mówić zupełnie jak ja.
- Wygląda na to, że spędzam z tobą za dużo czasu.
- A to źle? - spoważniała.
- Nie. Wreszcie przestanę być sztywniakiem i trochę "znormalnieję".
- Nie musisz... Czasami odbieganie od normy jest wyjątkowe i za razem bardzo interesujące. Przykuwasz w ten sposób uwagę innych. Nie zmieniaj się.
Popatrzyłem na nią nic nie mówiąc. Ma trochę racji... Jak to by powiedziała moja rodzicielka: "inność jest fajna", co było jej życiowym mottem. Lucy dopiero po chwili zrozumiała, co powiedziała i zawstydzona po raz kolejny spuściła wzrok.
- Rozumiem... - odparłem przerywając kłopotliwe milczenie. Lucy jednak wciąż chyba nie wiedziała, jak ma się wytłumaczyć.
<Lucy? Brak weny>
Subskrybuj:
Posty (Atom)

