poniedziałek, 22 lutego 2016

Od φίλος "Walentynki" cz.4 (cd. Shammen)

Na sercu zrobiło mi się cieplej. Nie straciłam go. Nie wiem jak to się ułoży. Ale w razie czego, na pewno zostanie chociaż jako przyjaciel. I tam myśl była moim pocieszeniem.
Szliśmy w niezręcznej, ale błogosławionej ciszy. Z niezręcznej zamieniła się w płynny spokój. Nikt nic nie mówi, chodź każdy chce coś powiedzieć. Ta cisza zbliża najbardziej. Las zdawał się ciągnąć w nieskończoność.
- Filos, nie chcę żebyś przeze mnie płakała. - powiedział. Nawet nie poczułam kiedy łzy spłynęły mi z oczu.
- Nic się nie stało. Ja... jestem bardzo wrażliwa na nowe sytuację. I płaczę nawet nie wiedząc dlaczego.
- Ja też tak trochę mam. No wiesz, uciekłem od ciebie. - spuścił wzrok. Zatrzymałam się. Łapą złapałam za jego pysk zmuszając go by spojrzał mi w oczy.
- Nie wracajmy do tego.
Dalszą część drogi szliśmy w tej pięknej ciszy. Dotarliśmy do gór. Słońce już powoli zachodziło.
- Jest coś o czym nie chciałam ci powiedzieć... To...
- Są Góry Amukudyeroweji. Wiem.
Zarumieniłam się. Usiedliśmy obok siebie.
- Czuję się tak bardzo dziwnie. Jestem szczęśliwa... Tak nazywa się to uczucie. Od kiedy ciebie poznałam zaczęłam to czuć. Lęki z przeszłości... Wszyscy ich doświadczyliśmy.
Pokiwał głową.
- Musi ci być bardzo ciężko.
- Przypominasz ją. - powiedział - Na każdym kroku. Opuściłem cię bo... nie dawałem sobie rady z tym, że jesteś jak Adelin.
- Przepraszam, jeśli cię to krępuje, ale opowiedz o niej.
- Ona... Kochała zwierzęta i naturę. Była cudowna, taka wolna. Ale weszła w sidła Oberona. Uwięził ją i posiadł na własność. Aż uciekła. Ale nie na długo. Oberon nigdy jej nie wypuścił. Stworzył tylko uczucie, że puszcza ją wolno...
- Stój. Wiem że nie jesteś gotów o tym mówić.
W świetle promieni zachodzącego słońca oglądaliśmy królestwo. Ostatni jego promień był moim pytaniem.
- Shammen... Chciałeś mi coś powiedzieć.
- Wiem, że wydaje się że to odciągam... ale jest już późno. Zejdźmy na dół, a obiecuję, że wszystko ci powiem. Po prostu... sam nie wiem. Coś mnie blokuje.
- Więc czas by ta blokada stopniała. Chodź. - złapałam go za łapę. Zbiegliśmy po zboczu. Tam stanęłam i spojrzałam w jego oczy.
- Jesteśmy na dole.
- Ty chytrusie.
- Mów.
- Więc...

(Shamm? Cokolwiek chcesz mi przekazać, nie wiem)

niedziela, 21 lutego 2016

Od Severusa "Tajemnicze przejście" cz. 10 (cd. Lucy)

Krew mi nieprzyjemnie pulsowała w żyłach, gdy powoli odzyskiwałem świadomość. Najwyraźniej zasnąłem... i poczułem, ciepły oddech na swoim karku. Wciąż nie całkiem przytomny rozchyliłem powieki, by zobaczyć drzemiącą Lucy. Obejmowała mnie w pasie, wtulona w moją szyję. Leżała niemalże przyciśnięta swoim ciałem do mojego. Ja zacząłem się tylko zastanawiać, dlaczego jest tak blisko, a nie leży nieco dalej... kiedy uświadomiłem sobie, co działo się dnia poprzedniego, natychmiastowo zrobiłem się czerwony. Jedzenie tychże owoców nie było dobrym pomysłem... nie uśmiechało się do mnie ponowne skosztowanie ich. Nie chodziło tu o dość dziwaczne widzenia, lecz o niechciane zbliżenie z przyjaciółką, która zapewne będzie mi to wielokrotnie wypominać w przyszłości. Szarpnąłem lekko ramieniem, na którym dziewczyna miała ułożoną głowę, przez co mruknęła cicho, chcąc dać mi do zrozumienia, że chce jeszcze chwilę pospać. Westchnąłem. I co mam teraz zrobić?
Popatrzyłem w rubinowo-brzoskwiniowe niebo, po którym spokojnie płynęły beżowe chmury. Dziwne urojenia zniknęły, a wszystko wyglądało ponownie tak, jak w momencie naszego przybycia. Gdzieś tam wysoko nad nami malował się cień wielkiego drzewa, w którym znajdował się portal. Przymknąłem powieki. Na nowo uderzyło mnie znużenie. Byłem już zmęczony. Chciałem wracać. Ten wymiar aż za bardzo przypominał mi Ogród. Różniły się między sobą tylko i wyłącznie tym, że ten wymiar był nieco "podkoloryzowany". To jednak było tak samo złe, jak to, co miałem okazję przeżywać w swoim "królestwie". Jednak nie chodziło mi tu o Czarne Królestwo, lecz to okrutne więzienie, z którego nie w sposób uciec. Było to niemalże niewykonalne.
- Severus...? - mruknęła dziewczyna.
- Tak?
- Co się wczoraj stało? - zapytała. Przez chwilę wstrzymałem oddech, gorączkowo rozmyślając, co miałbym odpowiedzieć.
- Pojęcie "wczoraj" tutaj zanika. Wygląda na to, iż tutaj noc nigdy nie zawitała.
- Drobiazg - odpowiedziała, jeszcze bardziej wtulając się we mnie - To co się stało? Opowiadaj.
- Co się stało...? - z sykiem wciągnąłem powietrze - Nic się nie stało.
- Nie kłam - zaśmiała się lekko, wciąż w połowie drzemiąc.
- Różne... dziwne rzeczy - dalej zbywałem jej pytanie.
- To znaczy jakie?
- Nie warto tego roztrząsać - odpowiedziałem, siadając. Głowa Lucy zsunęła się na miękką trawę, ale to wystarczyło, aby wyraźnie niezadowolona posłała mi spojrzenie rozgniewanej dziewczynki.
- A było mi tak ciepło i przyjemnie...
Nie odpowiedziałem, bo już powoli wstawałem i zaczynałem się rozglądać na boki. Na nowo poczułem dziwny niepokój, jakby zaraz miało się coś stać. Coś złego. Lucy wcale nie wyglądała na zestresowaną, bo całkowicie spokojna przeciągnęła się, jednocześnie ziewając szeroko.
- Nie dasz się nawet wyspać... - narzekała dalej. Nie wątpiłem w to, że pamiętała wydarzenia sprzed naszego zaśnięcia, a jeśli nawet się myliłem, z całą pewnością prędzej czy później to sobie przypomni. Zadrżałem. Wolałem, aby nie oglądała po raz kolejny mojego idiotyzmu tak ogromnego, że moja matka z całą pewnością przewracałaby się w grobie, nie mogąc pojąć, jakim cudem jej syn zachował się tak karygodnie. Lucy była dla mnie przyjaciółką. Nawet bardzo dobrą przyjaciółką. Jak więc mogłem ją pocałować? Jak mogłem popełnić tak haniebny czyn? To aż po prostu nie mieściło mi się w głowie.
- Jestem głodna - oświadczyła dziewczyna. Jako, że do tej pory stałem odwrócony do niej plecami, teraz odwróciłem się do niej przodem. Miałem cichą nadzieję, że cień padający na moją twarz przez wiecznie wschodzące słońce (o ile to w ogóle można było nazwać słońcem, co raczej jakąś bliżej nie zidentyfikowaną świecącą gwiazdą aż do złudzenia podobną do naszego Słońca) skutecznie zamaskował rumieniec odmalowany na moich policzkach.
- Chcesz po raz kolejny zjeść coś, po czym będziesz się zachowywać jakbyś była nietrzeźwa za równo przez alkohol, jak i przez narkotyk? - zapytałem, zachowując całkowitą powagę.
- Dlaczego by nie? - odpowiedziała zachowując niezwykle lekki ton głosu. Westchnąłem.
- Ja w każdym razie nie mam zamiaru tego powtarzać.
- Czemu?
- Jeszcze pytasz? - popatrzyłem na nią spod przymrużonych powiek, krzyżując ręce na piersi. Wywróciła oczami.
- Daj spokój... to przecież nic wielkiego.
Ponownie nie odpowiedziałem jej, tylko ponownie odwróciłem się w stronę świecącej planety pnącej się po niebie. Mogła zawsze stać w miejscu, jednakże ciężko było to zaobserwować, skoro byliśmy tu tak krótko.
- Pusto tu trochę... nie uważasz? Nigdzie ani śladu żywej duszy... - powiedziała, chcąc przerwać ciszę.
- Może i to nawet lepiej - odparłem.
- Dlaczego?
- Nigdy nie wiadomo, co może zamieszkiwać te tereny. I równie dobrze może być tak samo nieświadome tego, co robi, jak my wcześniej.
- W końcu rosną tu jakieś jadalne owoce... czyli jest szansa, że coś tutaj mieszka - rozmyślała na głos. Zacisnąłem dłonie w pięści.
- Już skończ, proszę. Tylko tego nam brakuje, aby coś nas zaatakowało. Skoro jesteś głodna to znak, abyśmy jak najszybciej wrócili do Królestwa.
Dziewczyna westchnęła niezadowolona. Wciąż siedziała na ziemi, więc zaczęła ręką gładzić miękką niczym puch trawę. Kątem oka obserwowałem jej poczynania.
- Potrzebujesz odrobiny rozluźnienia... chcesz robić wszystko już i teraz, im szybciej, tym lepiej... - przestała przeczesywać palcami trawę - Ty zawsze taki jesteś w obliczu nieznanego. Na co dzień robisz wszystko spokojnie i powoli. To przecież nie ma sensu. Boisz się nieznanego? A może przyszłości?
Milczałem. Sam dopiero zdałem sobie z tego sprawę, że rzeczywiście miała rację. Jednak nad powodem sam musiałem się chwilę namyślić, gdyż sam nie znałem dokładnej przyczyny takiego postępowania. Sposób myślenia, jaki sobie ukształtowałem mógł być spowodowany moimi przeżyciami. Miałem tu głównie na myśli długotrwałe zamieszkiwanie Ogrodu Cienia oraz bardzo nieprzyjemną przygodę z bratem. Wszystko to, w co wierzyłem, w jednej chwili roztrzaskało się na tyle kawałków, że nawet za wiele lat nie zdołałbym tego ułożyć w jedną, spójną całość. Całe moje życie w jednej chwili legło w gruzach. Walka o przetrwanie w Ogrodzie wymagała ode mnie nieustannej uwagi, skupienia i kontrolowania, czy potwór chcący ze mnie zrobić sobie przekąskę nie stał tuż za mną. Musiałem mieć się cały czas na baczności, gdyż przez cały czas byłem narażony na atak nieprzyjaciela. Zabić mnie mogło dosłownie wszystko, a mimo to uszedłem z życiem. Cały czas nie mogę uwierzyć jak. Od wtedy właśnie zacząłem wierzyć w cuda.
Kiedy udało mi się uwolnić i trafić do Watahy Szlachetnego Kamienia poczułem ustabilizowanie, grunt pod nogami i pewność, że jestem wśród swoich. Nie bałem się tak jak wcześniej. Wciąż pozostało przeczucie, że strażnicy z Białego Królestwa mogą mnie odnaleźć i spalić całą watahę, a mimo to tego nie zrobili. Moja siostra, Fire była agentem mojego brata. Jednak do teraz mu nie powiedziała prawdy o tym, że mnie odnalazła, ani tym bardziej gdzie. Wciąż nie mogłem pojąć, dlaczego tego nie zrobiła. Pewnie dostałaby jakieś wynagrodzenie i wysokie stanowisko wraz z wszelakimi przywilejami, jakiego pozazdrościłby jej niejeden wysoko postawiony porucznik armii. Glory był do tego zdolny. Do niesprawiedliwości i nierówności.
Po tym wszystkim została we mnie cząstka "starego ja" i "nowego ja". Obecnie byłem zbudowany z właśnie tych przeżyć. Połączeniem tych dwóch określeń, tych dwóch czasów. Nie mogę pojąć, jakim cudem jeszcze niedawno broniłem się przed kolejnymi ferangami, a teraz pracuję nad wybudowaniem Czarnego Królestwa. Pozostała we mnie cecha, dzięki której potrafię walczyć za wszelką cenę o przetrwanie. Pilnuję tego, co mam, żeby tego nie stracić. Nie stracić życia. Jestem czujny. Potrafię z tym walczyć, lecz kiedy jest to konieczne, daję się ponieść intuicji. I to właśnie na niej polegam przez znaczną część swojego życia. To właśnie jej zawdzięczam to, że wciąż tutaj jestem.
- Odpowiesz ty mi wreszcie czy nie? - moje rozmyślania przerwała mi Lucy. Na nowo odwróciłem się w jej stronę, patrząc z góry na jej orzechowe oczy.
- Nie mam pojęcia. Wiem tylko tyle, że rzeczywiście powinniśmy stąd odejść, i to jak najprędzej. Może kiedy indziej wrócimy, ale dopiero wówczas, kiedy będziemy dobrze przygotowani na taką podróż.
Lucy nie komentując podniosła się z trawy i stanęła u mojego boku.
- Skoro pan przywódca tak zarządza, chodźmy więc - zadrwiła, ale zignorowałem to. Miała prawo być zła, chociażby za to, że mogła być nieco zmęczona i niewyspana. Ja również najchętniej jeszcze uciąłbym sobie drzemkę, ale poczucie, że coś nas zaraz zaatakuje nie dawało mi spokoju. Złudnie pewien siebie ruszyłem na prawo, czyli w stronę, z której przyszliśmy. Szliśmy w milczeniu. Po kilku minutach drogi mój wzrok przykuło kolejne stado jasnych, błyszczących kulek zbliżających się w moją stronę. Otworzyłem usta, aby powiadomić o tym dziewczynę, lecz ta już patrzyła w tamtym kierunku. Wyglądała na zamyśloną, ale nie chcąc jej przeszkadzać, powstrzymałem się od wszelkich uwag.
Kiedy byliśmy już około sto metrów od olbrzymiego korzenia, po którym zeszliśmy na dół, usłyszałem dziwny, szeleszczący dźwięk. Nadstawiłem słuchu, nieco zwalniając.
- Co jest? - zapytała Lucy, patrząc na moją twarz w zaciekawieniu. Uniosłem dłoń, dając znak, aby zamilkła. Zatrzymałem się, oczekując na powtórzenie się dźwięku. Nic. Cisza.
- Co się dzieje? - dopytywała dalej. Tym razem nieco ściszyła głos, nerwowo wodząc wzrokiem po okolicy. Łąkę, na której obecnie staliśmy, porastało kilka fantazyjnych krzewów z gałązkami, na których znajdował się jakiś miękki, różowy puch, a gdzieniegdzie wyrastały drzewa owocowe. To właśnie tam skupiłem swój wzrok. Ona również zaczęła tam patrzeć. Stała na tyle blisko, że zorientowałem się, iż z napięcia przestała oddychać. Najwyraźniej zrozumiała, że rzeczywiście nie jesteśmy sami.
- Ksssa...hhhooo heeeramgoa...! - usłyszeliśmy cichy, syczący głos. Zamarłem. Istota mogła stać dziesięć metrów od nas, a mimo to wyraźnie ją usłyszeliśmy.
- Lucy...
- T-tak? - wyjąkała.
- Uciekajmy - zarządziłem, nie wykonując żadnych innych ruchów, prócz stania i wpatrywania się w krzaki, choć doskonale wiedziałem, że obca istota zamieszkująca ten wymiar musiała stać za nami. Moja towarzyszka przełknęła ślinę, powoli i delikatnie potakując. Potwór ryknął potężnie, na co ja i Lucy równocześnie rzuciliśmy się do panicznej ucieczki. Zostało sto, dziewięćdziesiąt, osiemdziesiąt, siedemdziesiąt metrów... I wtedy cały świat wywrócił się do góry nogami, a ja poczułem palący ból w kręgosłupie. Upadłem, miażdżony ciężarem istoty. Miała łapy, a raczej szpony zakończone ostrymi pazurami. Posiadała dwie nogi, przez co od razu skojarzyłem ją z jakimś ptakiem. Syknęło mi prosto do ucha. Wciąż w połowie ogłuszony leżałem w trawie, mrużąc oczy. Mógł ważyć około stu kilogramów... może i nawet więcej. W każdym razie to wystarczyło, aby zdusić mi klatkę piersiową na tyle, że nie mogłem oddychać i miałem jednocześnie wrażenie, że zaraz popękają mi żebra.
Do moich uszu dobiegł wrzask Lucy, która najwyraźniej zawróciła, by mnie ratować. Potwór ponownie ryknął i zgramolił się ze mnie na tyle nieuważnie, że zostawił wzdłuż mojej ręki długie rozcięcie. Syknąłem z bólu. Nie mogłem złapać oddechu, jednak gdy uświadomiłem sobie, że istota właśnie pędzi w kierunku dziewczyny, błyskawicznie podniosłem się z ziemi i chwyciłem leżącą metr dalej ułamaną gałąź drzew. Zignorowałem brak tlenu w płucach. Ruszyłem najszybciej jak tylko mogłem w ślad za nim. Lucy krzyknęła po raz kolejny, zawróciła i pospiesznie zaczęła uciekać do korzenia. Stworzenie było nieco wyższe ode mnie i rzeczywiście miało dwie długie i powykręcane nogi, zginające się we wszystkie strony. Mimo ich patyczkowatej budowy poruszał się dwa razy szybciej niż ja, dzięki czemu już niemalże dosięgnęło swoim masywnym, lecz ostro zakończonym dziobem bark Lucy. Kłapało szczękami, usilnie próbując jej dosięgnąć, ale ta się nie poddawała i starała się przyspieszyć najbardziej, jak tylko może. Przypominał nieco ptaka, ale nie posiadał piór, ani też skrzydeł. Miał dodatkowo dwie krótkie łapki i wcześniej wspomniane długie szpony, na których się poruszał i które zapewne rozcięły mi rękę.
Wziąłem zamach i modląc się w duchu do Wikvirnitemojosa, rzuciłem patyk w stronę istoty. Ten zrobił kilka obrotów w powietrzu, po czym ku mojemu zaskoczeniu idealnie uderzył w głowę stworzenia, jednocześnie przebijając się przez jej delikatną strukturę i przebijając na wylot. Ptakopodobny, zwolnił rycząc najgłośniej jak tylko może. Lucy na to krzyknęła w odpowiedzi, sądząc, że ten wciąż ją dogania i potknęła się o skrawek gigantycznego korzenia. Upadła na niego, zdzierając sobie kolano. Wciąż zaskoczony swoim sukcesem zwolniłem, aż w końcu całkiem zatrzymałem się nad truchłem dziwnego stworzenia. Zacząłem mieć mroczki przed oczami, spowodowane niedotlenieniem organizmu.
- Już w porządku... nie żyje... - powiedziałem sapiąc. Lucy zaczęła cicho łkać, ni to żałując nad zdartym kolanem, ni to ze szczęścia, ni to ze strachu. Może po prostu z mieszanin uczuć. Dopiero teraz poczułem uderzający ból, jaki przeszywał moją rękę. Ponownie syknąłem z bólu, a kolana się pode mną ugięły. Zrobiło mi się gorąco i zimno za razem. Musiał mieć jakiś jad w pazurach... a przed nami jeszcze dobre kilka kilometrów wspinaczki na górę, plus kolejne kilka do Shaten. Bojąc się tego, co zobaczę, ostrożnie popatrzyłem na swój łokieć. Zobaczyłem mnóstwo krwi, rozorane mięśnie i gdzieniegdzie jaśniejsze fragmenty, które zapewne musiały być kością. Rozcięcie zaczynało się przy ramieniu, a kończyło kilka centymetrów za łokciem. Wyglądało wyjątkowo paskudnie... nie mogłem poruszyć całą ręką, ani tym bardziej jej zgiąć. Serce waliło mi jak młotem. Mogłem się wykrwawić, ale strach było mi to bandażować.
- Lucy... chyba mamy problem... - stęknąłem, już całkiem pozwalając się moim kolanom zgiąć, przez co uklęknąłem dobre trzy metry od korzenia, na którym ona obecnie leżała jak długa, wciąż cicho łkając. W oddali usłyszeliśmy kolejny ryk, tym razem dużo głośniejszy i groźniejszy. Cholera... mogłem zabić młode wyjątkowo mściwej matki.

<Lucy? Jak uratujesz ich z opresji? Mogą zawsze po prostu zwiać, ale wtedy trucizna w Sevciu będzie się szybciej rozprzestrzeniać lub wywali się w połowie drogi, nie mogąc wstać... no albo po prostu poślizgną się na korzeniu i spadną>

sobota, 20 lutego 2016

Od Shammen’a „Walentynki” cz.3 (C.D Filos)

Słowa Filos trochę mnie przejęły. Dreptałem w kółko. Zdążyłem pobiec aż do lasu. W sumie wypowiedź wadery nie miała w sobie nic strasznego. Gdyby nie futro, na moich policzkach znajdowały by się czerwone rumieńce. Nie zwykłem do takich słów, od rozstania z Adelin… znów potworna wizja śmiejącej się Filos i byłej partnerki przed oczami. Postanowiłem jednak wrócić. Zawstydzony ze spuszczoną głową zacząłem podążać do górskiego pasma znajdującego się nie dalej, niż dwadzieścia metrów. Zachowałem się wręcz głupio uciekając. Co takiego było w jej wypowiedzi, że wymsknęły mi się zupełnie niepotrzebne słowa? Ze złości, smutku i wstydu warknąłem na siedzącego na gałęzi ptaka. Było to do mnie niepodobne. Zachowałem się krótko mówiąc, bezczelnie, w stosunku do przyrody. Bez powodu przestraszyłem małego wróbla. Zwierzę oderwało się od gałęzi, rozprostowując małe skrzydełka. Odleciało w nieznaną mi stronę. Zaraz pożałowałem, że go przestraszyłem. Mój instynkt wilka budził się co pewien czas, sprawiając, że zachowywałem się inaczej niż zwykle w stosunku do swojego żywiołu. Chciałem wyszeptać „Przepraszam”, ale ptak już odleciał. To była moja wina. Tak samo zapewne skrzywdziłem Qui. Żałowałem wypowiedzianych wcześniej przeze mnie słów. Gdzieś w powietrzu unosił się zapach wadery. Zacząłem ją wołać.
- Filos! Nie chciałem, przepraszam… proszę, wyjdź gdziekolwiek jesteś. – Nawoływałem waderę. Zapach był słaby, być może jeszcze z czasu, gdy tu wędrowaliśmy.
- Tu jestem. – Zza krzaków wyłoniła się biała wadera i przemówiła melodyjnym, delikatnym głosem. Zauważyłem jej łzę. Nieśmiało wyciągnąłem łapę i otarłem kroplę słonej łzy spływającej po futrze Qui.
- Nie chciałem, przepraszam. – Popatrzyłem w pełne głębi, miodowe oczy wadery. Lekko się uśmiechnąłem po czym postawiłem łapę na ziemi. – To idziemy w te góry?
- Pewnie. – Filos spuściła wzrok. Nie chciałem, by tak wyszło. Tak nie miało być. Czy zaprzepaściłem wszystko? Czy to ‘wszystko’ odeszło? Nie umiałem odpowiedzieć na te pytania. Nadzieja, nadzieja, że nie – tylko to mogłem zrobić. Wszystko przez to, że chyba nadal zbytnio przeżywam rozstanie z Adelin, które nastąpiło już dość dawno. Chciałem zacząć żyć teraźniejszością, zapomnieć o przeszłości. Nie wyszło. Wspomnienia nadal siedziały w mojej głowie, nie chciały mi odpuścić. Czy istnieje coś takiego jak zapomnienie o przeszłości? Chciałbym. Bardzo. Brakowało mi drugiej osoby, po odejściu Adelin straciłem cząstkę siebie. Na zawsze. Ta ‘część mnie’ już nie powróci. Zostanie w ciemności i zapomnieniu. Nigdy już nie odzyskana, nie uratowana. W głowie na okrągło słychać było JEJ śmiech. Jej łkanie. Jej głos. Wiedziałem tylko tyle – nie poradzę sobie sam z zapomnieniem. Do tej pory niby tak prosta czynność, póki naprawdę musisz ją wykonać. Staje się ona trudna i niezrozumiała. Na pozór wyrzucenie z siebie wspomnień jest proste – czyżby? Czy mi się kiedyś to uda? W myślach zadawałem sobie mnóstwo pytań, ale nie na wszystkie zdołałem sobie odpowiedzieć. Cisza była krępująca. Uczucie wstydu i niezręczności rosło.
- Przepraszam jeszcze raz. Nie chciałem tego. Ja też Cię lubię, po prostu… później Ci opowiem. Tam na górze. – Na moim pysku pojawił się nieco melancholijny uśmieszek. Wadera popatrzyła mi prosto w oczy. Chyba wiedziała, że chodzi o PRZESZŁOŚĆ.

< Filos? Wylewy Shamma, he he xd >

piątek, 19 lutego 2016

Od φίλος "Serce czy umysł?" cz.2 (cd.Shaten lub Shammen)

- Oczywiście! - powiedzieliśmy z Shammem prawie jednocześnie.
- Więc co mamy zrobić?- spytałam
- To... dość ciężkie do wytłumaczenia. Po prostu weźmy te płatki. Wystarczy je zjeść - Shaten podała nam po płatku.
- Na trzy... - mruknął Shamm - Raz... Dwa...Trzy! - zjedliśmy równocześnie tajemniczy kwiat. Poczułam zawirowania w głowie i potknęłam się. Zamknęłam oczy. Z początku widziałam tylko ciemność. Po chwili przerzedziła się. Stałam koło Shaten i Shammena tak jak wcześniej. Ale coś się zmieniło.
- Ja... poznaję to miejsce... - zaczęłam - To musi być mój koszmar. Nie mam ich dużo, miałam tylko dwa koszmary ale to na pewno jeden z nich. Tu chodzi o dzień, kiedy zabiłam swoją rodzinę.
- Więc co musimy zrobić? - spytał basior
- Musimy zmienić bieg wydarzeń. Filos, co dokładnie się działo?
- To... Najpierw polowałam na zająca... Zobaczyłam tą wizję, pobiegłam do rodziny i rzuciłam czar.
- Więc nie możemy pozwolić byś wróciła do rodziny. - stwierdziła Shaten.
- Jak? - spytał Shamm
- Myślę, że wystarczy, że odciągniemy moją uwagę. Od tych zajęcy. Shaten, możesz wyczarować szlak z kryształów od miejsca, które ci wskażę?
- Powinno się udać.
- Shamm, mógłbyś przekonać rośliny żeby wyrosły o... tutaj? - spytałam wskazując łapą miejsce na ziemi.
- Powinno się udać.
- Więc Shan, ty wyczaruj tą ścieżkę odtąd dotąd. - powiedziałam pokazując szlak. Wszyscy zajęli się swoimi sprawami, a ja pobiegłam przyprowadzić tu siebie.
Dostrzegłam Mnie z daleka. Biegałam pomiędzy zającami. Wystarczyło tylko, że naprowadzę siebie do miejsca, w którym Shaten stworzyła kryształy.
Skryłam się za krzakiem i rzuciłam w Siebie śnieżką.
- Co to? - spytała Ja podchodząc bliżej. Straciłam zainteresowanie zającami.
Kiwnęłam ręką do Shamm i Shaten, żeby się schowali. Uczynili to. Skryłam się głębiej za krzakami. Ja wybiegłam w stronę krzaków, ale je wyminęłam. Zauważyłam szlak z pięknej urody kryształów. Doprowadziły Mnie do niewielkiego źródełka naokoło którego rosły kwiaty. Zaczęłam obchodzić źródełko, wąchając kwiatki. Kiedy obeszłam je całe, usiadłam z przodu. Zamknęłam oczy i uspokoiłam się. Zasnęłam.
W tym samym momencie wybiegliśmy ze swoich kryjówek.
- Shaten, Shamm, udało się!!! - krzyknęłam zadowolona
- Teraz zmienimy tylko twój drugi koszmar i zajmiemy się snami Shammena. - powiedziała Shaten.
Cały obraz zaginął w bieli.
Kiedy znowu się wyostrzył, byliśmy niedaleko obozu, w którym mieszkali kłusownicy. Z daleka dojrzałam Siebie i Shaten ze snu. Shan dawała mi znaki łapą bym pobiegła i zamroziła namioty. Muszę ją odciągnąć od namiotów.
- Jedyne co musimy zrobić to odciągnąć stamtąd Shaten ze snu i dać mi działać samej.
Moi towarzysze pokiwali głowami. Szybko się naradziliśmy. Kiedy ja ze snu wbiegłam do namiotu, prawdziwa ja dobiegłam do Shaten ze snu i odciągnęłam ją jak najdalej od namiotu.
- Qui, ty tutaj? O co... - Shaten stanęła jak wryta, kiedy zobaczyła prawdziwą Shaten. Shammen to wykorzystał i uśpił lekarstwem od Shan. Teraz Shamm został pilnować naszej zdobyczy, a ja i Shaten poszliśmy pomóc mi ze snu wykończyć kłusowników.
- Chętnie skopię im tyłki jeszcze raz.
- Taktyka taka sama? - spytałam
- Jasne.
Wbiegłyśmy z Shaten do obozowiska i rozwaliliśmy wszystkie namioty i wszystkich kłusowników. Wszyscy pomarli w bólu. Senna Ja znalazła Shan koło obozowiska. Ja skryłam się wtedy w jednym z namiotów.
- Wszyscy nie żyją? - spytałam Senna Ja
- Tak. Wszyscy co do joty. - odparła Shaten.
Po tych słowach znowu nastała biel. Teraz czas na sny Shammena.

(Shaten, Shammen? Kto z was chce)

czwartek, 18 lutego 2016

Od φίλος "Walentynki" cz.2 (c.d. Shammen)

Obudziło mnie dopiero wpadające przez szyb słońce. Ospale otworzyłam oczy. Shamm spał niedaleko mnie. Trąciłam go łapą.
- Wstawaj. Nastał kolejny dzień - wyszeptałam. Shamm przewrócił się na drugi bok.
- Co z tego Adelin? Mogę sobie pospać. - wymamrotał nieprzytomny. Szturchnęłam go jeszcze raz.
- Odczep się. Chce spać.
- Shammen! - wrzasnęłam. Obudził się rozespany.
- To... to ty Filos?
- Tak to ja. - zaśmiałam się - Chociaż możesz mnie nazywać Adelin.
Shammen zarumienił się.
- Byłem praktycznie nieprzytomny.
- No dobrze, nieprzytomku. Zwijajmy się lepiej stąd.
- Czasami naprawdę brzmisz jak Adelin. I jesteś taka biała.
- Dobra, nieważne. Chodźmy. Wypadałoby coś zjeść.
Shammen wybiegł za mną. Robiło się naprawdę coraz cieplej. Gruba warstwa śniegu stopniała i została tylko półtora metrowa warstwa puchu. W miejscach gdzie było go mniej, widać już było krokusy i przebiśniegi. Zima odchodziła tak nagle , jak przyszła.
W chwile mojej nieuwagi Shammena już nie było. Skoczył za jakąś zdobyczą. Po chwili przybiegł z zającem w pysku. Odskoczyłam przestraszona.
- Nie jesz mięsa? - spytał
- Jem bardzo rzadko, ale już nie poluje.
Pokiwał głową i podsunął mięso. Podziękowałam i zabrałam się za jedzenie. Smak mięsa był dla mnie czymś nowym, tak dawno nie miałam go w pysku.
Po zjedzonym posiłku poszliśmy na budowę. Zastaliśmy tam tylko Severusa.
- Dajcie spokój, chcecie dzisiaj pracować? I tak nikogo tu nie będzie. Zróbcie sobie wolne. - powiedział lekceważąco. Zawróciliśmy.
- To co robimy? - spytał Shamm
- Nie wiem, możemy gdzieś pójść. Może w Góry... po prostu góry.
- Góry powiadasz? Niech będzie. - uśmiechnął się. Podreptaliśmy ścieżką pomiędzy małymi lasami. Nie przestawaliśmy rozmawiać. Każdy miał jakiś temat do rozmów. Aż doszliśmy na szczyt. Słońce dopiero wschodziło. Gdzieniegdzie widać już było pierwiosnki i krokusy. Ze szczytu jak na dłoni widzieliśmy całe królestwo. Las Conteilaxne i Condiamida, Wodospad Adrtemetdri, Las Ninpasejtuna. Amfiteatr, Cmentarz i kawałek Świątyni. Po prostu ślicznie. Usiedliśmy i zaczęliśmy oglądać widoki.
Moje słowa przerwały niezręczną ciszę.
- Słuchaj Shammen, wiem że praktycznie się nie znamy. I nie wiem jak te sprawy potoczą się dalej. Boję się, boje się że mnie wyśmiejesz. Ale niezależnie od twojej odpowiedzi... Ja... - odwróciłam głowę - naprawdę cię polubiłam.
- Co...o.... Ja, ja muszę to sobie przemyśleć. - krzyknął i zaczął zbiegać po zboczu. Łzy stanęły mi w oczach.
To koniec. Nie zostanie nawet jako przyjaciel.

(Shammen? Okrutna ma osoba, okrutna)

środa, 17 lutego 2016

Od Shaten "Serce czy umysł?" cz.1 (c.d Filos lub Shammen)

Ciągle nie mogę zapomnieć o tej sytuacji na polanie... te wspomnienia... ten ból... ten krzyk... ten strach w moich oczach... To uczucie bycie bezsilności. Tyle emocji na raz. Obiecałam sobie, że ukryje je jak najgłębiej... Bezskuteczne. Powróciły moje emocje... czy one są złe? Czy może jednak...
- Shaten! - moje rozmyślenia przerwały krzyki Filos.
- Hm? A Hej... - podeszłam do niej z lekko oklapniętymi uszami.
- Coś się stało? - spytała patrząc na mnie.
- Nie nie... wszystko gra... - wzięłam głęboki wdech - dobijam po prostu samą siebie... klasyka... - spojrzałam w lewą stronę i zobaczyłam czarnego basiora - A ten to kto?
- Ten? To nowy basior... Shammen... - popatrzyła na niego rozmarzonym wzrokiem. - Oho... widzę, że nasza Filos... - pomyślałam z lekkim uśmiechem.
- Pokazałam mu okolicę. Właśnie... dawno nie widziałam Anays i Warrora - odparła. Poczułam nagłe skręcanie w żołądku. Natychmiast się skrzywiłam.
- Ej, wszystko gra? - spytała. Miłość... coś czego ja nigdy nie odczuwałam, bo ukrywałam w sobie emocje...
- Shaateen... - Nienawidzę tego uczucia. Ukrywanie swoich emocji... ale to uratowało królestwo...
- Shaten! - Filos przerwała mi rozmyślanie. Otrząsnęam się i popatrzyłam na nią.
- Wybacz, zamyśliłam się...
- Co się stało? Skrzywiłaś się gdy wspomniałam o... - Filos popatrzyła na mnie jakby zrozumiała dlaczego - wybacz zapomniałam, że nie czułaś nigdy czegoś takiego ja... - zatkałam jej pysk łapą.
- Cii... Qui nie tutaj! - szepnęłam jej do ucha i puściłam jej pysk.
- Wybacz... nie rozumiem, czemu tyle emocji ukrywasz przy innych - odwróciłam się i natychmiast opuściłam głowę - Twoje emocje, słowa i czyny są piękne i godne podziwu. Po prostu nie wiem czemu to ukrywasz... - popatrzyłam na białą waderę - Przy mnie jesteś sobą, a przy innych jesteś poważna, zła i niedostępna. Dlaczego?
- Bo... gdyby nie to... mogłabym stracić nad sobą kontrolę... - odpowiedziałam.
- Ale Shaten... powinni Cię znać taką jaką jesteś, a nie w masce.
- Filos nie rozumiesz! - krzyknęłam tak, że wilki w odległości dwóch metrów, by mnie usłyszały - Nie mogę być sobą przy innych! Ty możesz, bo tylko pod wpływem agresji coś Ci się dzieje! Ja natomiast pod wpływem adrenaliny! Nie umiem tego kontrolować, dlatego się ukrywam, rozumiesz?!
- A próbowałaś nad tym zapanować? - Spytał Shammen podchodząc do nas. Od razu zauważyłam jak Filos podskoczyło ciśnienie.
- Wiele razy... Qui tamtego dnia nie widziałaś... nie widziałaś czym jestem jak stracę nad sobą kontrolę... Słucham głowy - zaczęłam delikatnie odchodzić - Serce jest we mnie zamknięte. Od wielu miesięcy tak działam. Tego już nie odmienię... chyba, że...
- Chyba, że co? - dopytała Filos.
- Chyba, że moje koszmary znikną.
- Jakie koszmary? - wtrącił się Shammen.
- Z dawnych lat gdy pracowałam dla ludzi... - zacisnęłam łapy - krzyki bólu, strachu... prze ze mnie. Krzywdziłam, aż w końcu krzywdę i cierpienia otrzymałam i ja....
- Torturowali Cię? Jak na polanie?
- Gorzej - Od razu odpowiedziałam na pytanie Filos - odkąd uciekłam koszmary mnie prześladują. Rany się nie goją, a ja staram to uśmierzyć lecząc innych.
- Nie możemy Ci jakoś pomóc? - spytała.
- "Możemy"? - powtórzyłam patrząc na Shammena.
- No... Filos mi o tobie opowiadała. Jak zawdzięcza ci życie. Więc... czemu nie - lekko się uśmiechnął.
- Nie potrzebuje pomocy.
- Shaten, potrzebujesz i to bardzo! - krzyknęła Filos - tyle razy nam pomogłaś. Pozwól, że teraz ja ci pomogę - powiedziała z szczerością w oczach.
- Jest... - dodałam i wyciągnęłam płatki fioletowych kwiatów - możemy wejść do moich snów... tyle że...
- Tyle, że co? - spytali równocześnie.
- Tyle, że zanim dojdziemy do mojej głowy każdy z was musi pokazać swoje koszmary zanim wejdziemy do mnie - dodałam.
- Nie da się tego ominąć? - spytał basior.
- Nie sądzę... testowałam to już u kogoś innego i nie dało się. Drugim efektem ubocznym jest to, że jak wejdziemy do mojej głowy, to nie będę z wami, tylko będę tam w moich koszmarach w przeszłości, teraźniejszości. Jeśli chcecie mi pomóc, to postarajcie się zmienić przebieg koszmaru.
- Nie zmieni to twoich wspomnień? - spytał Shamm.
- Nie, to tylko sny. Wspomnienia będą takie jakie były. Tylko koszmary znikną.
- Będziemy jakby w czasie i planie twojego koszmaru?
- Dokładnie. Jak zginiecie w koszmarze, obudzicie się. Nie wrócicie, dopóki ja się nie obudzę.
- A co jeśli Ty zginiesz w koszmarze? - spytała Filos.
- Obudzę się i wy też - dodałam. Staliśmy w krótkiej ciszy.
- To... piszecie się?
<Shamm? Filos? Jeśli chcecie możecie oboje odpisać>

wtorek, 16 lutego 2016

Rok istnienia

Wiecie, że dziś Czarne Królestwo skończyło rok? Jest to dla mnie rzecz niezwykle zaskakująca, gdyż jeszcze pamiętam, gdy zakładałam tego bloga. To było tak niedawno... a już minął rok. Wciąż ciężko mi w to uwierzyć... Zorientowałam się o tym tydzień temu. :')
Blog wciąż jest tym, czym był na początku - mało sławny, mały, cichutki, ale i za razem z duszą i klimatem. Właśnie dlatego tak bardzo go lubię. Jest "inny" niż pozostałe, porusza nieco inne tematy, panują tutaj inne warunki, a wilki prowadzą inny sposób życia i ich byt różni się od członków "typowych watah"... już nie narzekam na brak wilków, bo wiem, że nic z tym nie zrobię. Dobrze jest jak jest... co za dużo, to niezdrowo, a ja jestem z Was niezwykle dumna, że jednak chce Wam się pisać i robicie to dość często. To się ceni! Mam nadzieję, że mnie nie opuścicie... bo to byłoby bolesne dla mnie, bo blog faktycznie zacząłby się sypać. A tego nie chcę. Może być mało wilków, lecz ważne jest to, aby tworzyły fascynujące historie, z jakimi Wy nie macie problemów. Niekiedy sama z zniecierpliwieniem oczekuję na kolejną część, a je same czytam z ogromną przyjemnością, choć kto mnie zna nieco bliżej wie, że mi ciężko zaimponować. Wam się to udało. Jesteście wspaniałymi ludźmi i chcę, abyście to wiedzieli. Cześć z Was jest tutaj od dawna, nawet nie wiem od kiedy, bo już nie liczę czasu...


W każdym razie nie zaprzestawajcie w pisaniu i wierzeniu w siebie! Nawet jeśli coś Wam teraz nie wychodzi, niewykluczone, że w przyszłości będzie Wam to szło o niebo lepiej! Wierzę w Was. Szczerze wierzę. Spełniajcie marzenia i dążcie do swoich celów, tak jak robiliście to dotychczas... sprawiacie wrażenie ludzi ambitnych i podejrzewam, że tacy właśnie jesteście.

Ponadto chciałabym Was wynagrodzić... każdy dostanie dziesięciokrotność ilości opowiadań napisanych przez daną postać (43 op. = 430 BM). :)
Nomida zaczarowane-szablony